Jedenaście lat temu, 2 maja 2008 roku, premierę miał pierwszy film z MCU, Iron Man. Choć plany przeniesienia komiksów o Avengersach na srebrne ekrany istniały od dawna, nikt wcześniej nie podjął ich na poważnie. Poszczególne filmy o superbohaterach stanowiły najczęściej odrębne całości; czasami, jak w przypadku trylogii o Spider-Manie, mieliśmy do czynienia z sequelami, ale to w zasadzie tyle.

Inauguracja Marvel Cinematic Universe zmieniła rozkład sił na planszy. Zmieniła również samą planszę. Marvel przetarł szlak, a za nim poszli inni: DC z DCEU (DC Extended Universe), a także saga filmów o X-Menach – wcześniej stanowiąca liniową trylogię, później jednak „rozwinęła się” w to, czym jest teraz. Ale, czy tego chcemy, czy nie, ani filmy o bohaterach DC, ani te o X-Menach nie dorównują poziomem widowiskom z MCU. Ani pod względem fabuły, ani efektów, ani skali przedsięwzięcia.

Filmy o superbohaterach przed MCU (nie licząc Watchmenów) wyglądały mniej więcej w ten sposób:

 

 

Tym bardziej jest się czego obawiać. Już w środę (24 IV 2019 r.) przedsięwzięcie to, a przynajmniej pewien jego rozdział, dobiegnie końca. Avengers: Endgame to zamykający film tzw. „trzeciej fazy”, zwieńczenie 11 lat pracy Marvel Studios i podsumowanie wydarzeń przedstawionych w poprzednich 21 filmach. Nieważne, co mówią krytycy filmowy – to prawdopodobnie jeden z najważniejszych filmów w historii

UWAGA: Artykuł zawiera spoilery dotyczące wcześniejszych filmów Marvel Studios. Nie zawiera spoilerów dotyczących Avengers: Endgame.

 

Iron Man, czyli jak Robert Downey Jr. i Jon Favreau dokonali niemożliwego

Co można powiedzieć o karierze Roberta Downeya Jr. przed Iron Manem z 2008 r.? Niewiele dobrego. Ot, jedna z wielu podobnych historii: młody aktor z potencjałem obiera kiepską ścieżkę rozwoju; pojawia się w coraz to gorszych i gorszych filmach. Warsztat niewątpliwie świetny; dużo gorzej z planowaniem.

Co było dalej, o tym wszyscy dobrze wiemy. Uzależnienie, odwyk. Typowe historie. Potem powrót do aktorstwa, choć już raczej bez perspektyw. Aż do 2008 roku, kiedy to Iron Man okazał się hitem – absolutnym blockbusterem. Dowodem, że po fatalnej końcówce lat dziewięćdziesiątych i początku dwutysięcznych film superbohaterski wciąż jeszcze ma przyszłość.

Talent komediowy Downeya Jr. niewątpliwie miał w tym swój udział; najmocniejszą częścią Iron Mana jest jednak świetny scenariusz – i jeszcze lepsza reżyseria. Odpowiedzialny za tę ostatnią Jon Favreau, który w filmie wciela się również w rolę Happy’ego (korpulentny ochroniarz Tony’ego Starka), uznawany jest dzisiaj za „filmowego człowieka do zadań specjalnych”. W 2008 roku nie mógł jednak poszczycić się zbyt wieloma osiągnięciami. Na swoim koncie miał kilka filmów, ale prawie wszystkie słabe. Dlatego też po Iron Manie nie spodziewano się raczej wielkiego sukcesu. A raczej: spodziewano się sukcesu, ale nie aż takiego. Nie na tak ogromną skalę.

 

 

Iron Man zmienił wszystko; w jeden weekend filmy o komiksowych superbohaterach opuściły kinowe rynsztoki (które okupowały od czasów tragicznej wręcz trylogii o Człowieku-Pająku Sama Raimiego) i trafiły na piedestał. Film chwalili niemal wszyscy, od zagorzałych fanów gatunku do największych przeciwników. Jego ocena na Metacriticu to obecnie 79 na 100 punktów; o 30 punktów więcej niż w przypadku Spider-Mana 3 z Tobey’em Maguire’m, który miał premierę zaledwie rok wcześniej.

Czym (oprócz niesamowitej kreacji Downeya Jr.) wygrywa pierwszy Iron Man? To przede wszystkim nowe podejście: po raz pierwszy w historii gatunku zdecydowano się bowiem stworzyć film „na poważnie”: z postaciami z krwi i kości, ciekawą fabułą, autentycznie interesującymi dialogami. Walki, również dość spektakularne, to zaledwie część – i to wcale nie największa – czasu ekranowego. Większość uwagi poświęcono budowaniu postaci i relacji między nimi. Choć może to zabrzmieć niewiarygodnie, było to wówczas ogromne ryzyko. Na szczęście Marvel zagrał va banque.

Efektem jest film pozostający w ogromnym kontraście do wcześniejszych produkcji z tego gatunku. Świetny i uniwersalny, bo równie interesujący dla tych najmłodszych, co i dla starszych widzów. Do tego fantastyczny od strony technicznej: filmy akcji starzeją się zazwyczaj źle, ale Iron Man zestarzał się bardzo elegancko. Pod pewnymi względami jest on nawet lepszy niż część najnowszych dokonań Marvela.

 

 

Avengers: Assemble. „Murzyn z opaską na oku” i Faza Pierwsza MCU

Sceny po napisach nie stanowiły jeszcze podówczas (tj. pod koniec pierwszej dekady XXI wieku) standardu. Mimo to Marvel postanowił pójść o krok dalej. Nie chcąc obciążać swoich filmów przesadną ilością „wątków otwartych na rzecz przyszłych filmów”, postanowił przenieść elementy łączące poszczególne historie… na koniec. I taka była pierwotnie rola scen po napisach: miały być zapowiedzią kolejnych widowisk.

Samuel L. Jackson zrobił robotę. Grany przez niego enigmatyczny Nick Fury stanowił przez dłuższą chwilę zagadkę. Jak być może pamiętacie, w klasycznych komiksach Nick Fury był biały. Efektem obsadzenia Samuela L. Jakcsona w jego roli było spore zamieszanie: wielu fanów klasycznych komiksów najzwyczajniej w świecie nie rozumiało, kim tak naprawdę jest jego postać. Na polskich forach internetowych określano go mianem „murzyna z przepaską na oku”. Dzisiaj, w dobie Spider-Man: Into the Spider-Verse, podobne zabiegi nie wydają nam się dziwne (bo zresztą nie są niczym szczególnym, w komiksach obecne były od dawna). Jednak wtedy nie było to jeszcze jasne. Również to jest miarą drogi, jaką kino o superherosach przeszło przez ostatnie dziesięć lat.

Ostatecznie – na przestrzeni czterech kolejnych filmów – Nick Fury zebrał solidną ekipę. W skład pierwszej drużyny Avengers weszli Tony Stark/Iron Man (Downey Jr.), Bruce Banner/Hulk (Edward Norton/Mark Ruffalo*), Thor (Chris Hemsworth), Steve Rogers/Kapitan Ameryka (Chris Evans), a także Natasha Romanoff/Czarna Wdowa (Scarlett Johanson) oraz Clint Barton/Hawkeye (Jeremy Renner). Iron Man pojawił się wcześniej w dwóch filmach (Iron Man oraz Iron Man 2); Thor i Kapitan Ameryka w jednym (odpowiednio: ThorKapitan Ameryka: Pierwsze starcie z 2011 roku). Film o Hulku nie należy do udanych. Hawkeye pojawia się po raz pierwszy w Thorze, a Natasha Romanoff w Iron Manie 2.

*W The Incredible Hulk zielonego olbrzyma grał Edward Norton; w Avengersach już Ruffalo.

 

 

Wraz z rozwojem dzielonego uniwersum i spajającej sześć pierwszych filmów fabuły obserwujemy wzrost zainteresowania Marvel Cinematic Universe i Avengersami. Początek XXI wieku to w Polsce czas drugiej młodości komiksu; to właśnie wtedy na rynku zaczęły ponownie pojawiać się klasyczne publikacje – najczęściej zebrane w duże albumy. Jeżeli rzucicie okiem na datę wydania, to na pewno to zauważycie: większość z nich ujrzała światło dzienne już po 2010 r. A więc już po premierze Iron Mana 2. Zainteresowanie Marvelem było tak duże, że na polski rynek przeniesiono Wielką Kolekcję Komiksów Marvela (WKKM), na zachodzie znaną pod nazwą The Official Marvel Graphic Novel Collection. Jeszcze parę lat wcześniej coś podobnego było nie do pomyślenia. Dzięki sile MCU stało się rzeczywistością.

 

4 maja 2012. Czegoś takiego jeszcze nie było, czyli słowo o Avengers

Na pierwszych Avenersów czekali wszyscy moi znajomi; większość z nich była na filmie więcej niż raz. I wszyscy, co do jednego, są zgodni:

Czegoś takiego wcześniej nie było.

Za sterami pierwszego kinowego widowiska o „Mścicielach” stanął Joss Whedon. Nie zawiódł; Avengers nadal robi wrażenie. To (ponownie) świetny film – i fantastyczne widowisko. Nie brak tu ani spektakularnych efektów wizualnych, ani interesujących postaci. Jednak to właśnie te ostatnie czynią ten film wyjątkowym. Cztery lata stopniowego naświetlania ich charakterów, budowania relacji i napięć odpłaciły nareszcie z ogromną nawiązką. To właśnie one tworzą ten film; bez nich Avengers byłoby niczym.

Jako film, Avengers to spełnienie wszystkich marzeń fana komiksów. A jednocześnie – zaskakująco poważne jak na swój gatunek widowisko: jedno z tych, które pogłębiają zarówno występujące w nich postacie, jak i relacje pomiędzy nimi.

 

 

Przeciwnikiem „Najpotężniejszych Bohaterów na Ziemi” jest w Avengersach Loki (Tom Hiddleston), brat Thora. Jego celem jest zdobycie Teseraktu, potężnego artefaktu, który (jak się potem okazuje) skrywa w sobie Kamień Nieskończoności – jeden z sześciu podobnych. Wątek ten, obecnie kluczowy, w pierwszej części Avengers stanowi jedynie „tło fabularne” – a nawet nie tyle, nawet mniej: „element tła”. Film zawiązuje jednak (w bardzo nienachalny sposób) wiele z wiodących dziś w MCU wątków. Jednocześnie stanowi on osobną całość: w takiej samej mierze, w jakiej otwiera nowe wątki, zamyka wiele starych.

Jak długą drogę przeszło MCU? Wystarczy pomyśleć o postaci Lokiego. Główny antagonista pierwszej części jest dziś jednym z bohaterów. Jednak drużynie, która stawiła mu czoło w „Bitwie o Nowy Jork” z pierwszej części „Mścicieli” daleko do dawnej spójności. Momentem przełomowym w pierwszych Avengers był ten, w którym grupa jednostek zaczyna działać razem – tworzy się zespół. Od tamtego czasu minęło jednak siedem lat, a na przestrzeni piętnastu kolejnych filmów Avengersi nie tylko zdążyli się rozpaść, ale także wejść ze sobą w konflikt (w trzeciej części Kapitana Ameryki, Civil War).

 

 

Avengers jest ponadto pierwszym filmem, w którym na scenie pojawia się Thanos – obecnie główny antagonista Marvel Cinematic Universe. Thanos pojawia się tylko na chwilę – w krótkiej scenie po napisach. Jest to jednak mocne wejście, a Marvel zrobił genialną robotę, stopniowo naświetlając tę postać. Na przestrzeni kolejnych dwóch „Faz” charakter i motywacja Thanosa stopniowo wychodzą na światło dzienne. Scenarzyści rozbudowują je i dorzucają kolejne informacje w przemilczeniach i niedopowiedzeniach. Napięcie budowane wokół tej postaci osiągnęło apogeum dopiero niedawno: w trzeciej części Avengers, czyli Infinity War, gdzie znakomita większość bohaterów ginie z jego ręki za sprawą – a jakże: Kamieni Nieskończoności.

Na coś podobnego może sobie pozwolić jedynie Marvel.

 

Faza Druga MCU. Strażnicy Galaktyki, Vision i Ant-Man

Druga Faza MCU rozpoczyna się bardzo dobrze (Iron Man 3), kończy się jednak raczej przeciętnie (Avengers: Czas Ultrona oraz Ant-Man). Nie jest to jednak większym problemem – show kradną bowiem druga część Kapitana Ameryki oraz Strażnicy Galaktyki, jeden z najlepszych filmów w jedenastoletniej historii MCU.

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz (2014 r.) to film, który przekracza granice  kilku różnych gatunków. Czy jest to jeszcze kino superbohaterskie? A może raczej thriller szpiegowski? Nie brak tu również obyczajówki. Od poprzedniej części dzieli go przepaść: Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie (2011 r.) jest bowiem filmem słabym, możliwe nawet, że najsłabszym ze wszystkich; jego jedyną rolą i celem jest przygotowanie gruntu pod pierwszych Avengers. Lecz również w tej kwestii ponosi porażkę. To jeden z gorszych filmów Marvel Studios.

Zimowym Żołnierzem jest całkiem inaczej. To jeden z najlepszych filmów Marvel Studios. I trudno się dziwić: za jego sterami stanęli bowiem bracia Joe i Anthony Russo, odpowiedzialni również za Avengers: Infinity War, a także za Endgame. I jeśli nawet Infinity War nie jest *najlepszym* filmem Marvela, to z pewnością jest na podium (top1 to dla większości Thor: Ragnarok). A Zimowy Żołnierz wraz z nim – na trzecim miejscu, ex aequo z niesamowitymi Strażnikami Galaktyki (2014 r.).

 

 

Strażnicy Galaktyki to film pastiszowy, lecz pastiszowy bardzo świadomie. Komiczne gagi – tych w filmach Marvel Studios nie brakowało chyba nigdy, tu jednak urastają do zupełnie nowej rangi: chce się powiedzieć, że „ciągną” ten film. I to w zasadzie od początku do końca, a nie inaczej jest z częścią drugą (należącą już do Fazy Trzeciej MCU). Ale Strażnicy Galaktyki to nie tylko wszechobecne „comic reliefy”. To również pierwszy wypad MCU poza Ziemię – pierwszy przyczółek superbohaterskiego przedsięwzięcia Marvela w kosmosie. Jak trudno jest zrobić film o superbohaterach w przestrzeni kosmicznej? Jak trudno jest połączyć go z sagą, której akcja rozgrywa się na Ziemi? Dość przypomnieć sobie sequel Fantastycznej Czwórki, ten, w którym pojawia się Srebrny Surfer. Choć nie; prawdę mówiąc, wolę o nim nie pamiętać.

Komizm Strażników zdecydowanie działa więc na ich korzyść – i niewątpliwie ratuje ten film, jednocześnie pozwalając mu stać się poważnym dodatkiem do całej reszty uniwersum: obrazem, bez którego to ostatnie nie byłoby dzisiaj tym samym.

 

 

Jeżeli Zimowy Żołnierz to thriller szpiegowski, a Strażnicy – pastiszem space opery z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, to Ant-Man (2015) jest filmem z pogranicza retro sci-fi heist movie. Nie jest to może najlepszy heist movie (do serii Ocean’s ma bardzo daleko), ale w połączeniu z typowo superbohaterskimi wątkami konwencja ta sprawdza się całkiem nieźle. Czyni to historię wprowadzającą Ant-Mana znacznie ciekawszą. Jest to ostatnie naprawdę dobre origin story w wydaniu Marvel Studios: te późniejsze, czyli Doctor StrangeKapitan Marvel, miały, niestety, znacznie mniej szczęścia.

 

 

Pierwsze potknięcie Jossa Whedona. Avengers: Czas Ultrona

Choć ostatnim filmem Fazy Drugiej jest Ant-Man, to Avengers: Czas Ultrona (2015) jest jej prawdziwym zwieńczeniem: kulminacją wszystkich wątków, i to nie tylko filmowych, ale także serialowych (więcej na temat seriali poniżej). Nie jest to jednak zamknięcie wybitne. To film ciekawy, ale zbyt krótki; można powiedzieć: przesadnie ambitny, bo choć wątków jest w nim multum, to niewiele z nich doczekało się naprawdę poważnego potraktowania. Nawet sam Ultron (tutaj: James Spader), a więc, biorąc pod uwagę historię Marvela, najpoważniejszy wróg Avengersów „od zawsze na zawsze”, wypada dość blado. Film spotkał się z dużo chłodniejszym przyjęciem.

Nie przeszkodziło mu to jednak zarobić milionów, a nawet – w sumie – miliarda dolarów. Czas Ultrona okazał się czwartym najbardziej dochodowym filmem 2015 roku. I to nawet pomimo faktu, że brak w nim wszystkiego, za co pokochaliśmy Avengers. Najbardziej brakuje, jak sądzę, realizmu – realistycznych interakcji pomiędzy poszczególnymi postaciami. Wątków w filmie jest tak dużo, że trudno o ich rzeczywiste rozwinięcie; stąd interakcje są pretekstowe, a wynikające z nich sytuacje i napięcia rozwiązują się jeszcze zanim tak naprawdę zostaną ograne. Trudno nie odnieść smutnego wrażenia, że Whedon planował film znacznie dłuższy – został jednak sprowadzony do parteru typowymi dla tego gatunku wymaganiami*.

 

 

*To, swoją drogą, interesujące zagadnienie: w okresie po Avengers: Czas Ultrona, ale przed Infinity War można dostrzec „skrócenie” średniego czasu trwania poszczególnych filmów. Fani spekulowali, że wynika to ze zmian w polityce filmowej Marvel Studios. Na szczęście Endgame ma mieć ponad trzy godziny.

Czas Ultrona zawodzi. Zawodzi też Ultron. Jedyną interesującą i prawdziwie pogłębioną postacią w tym filmie okazuje się Vision (Paul Bettany) – nowy nabytek w drużynie Avengers. Studio nie pozwoliło mu jednak rozwinąć w pełni skrzydeł: Vision wkracza do akcji dość późno, prawie pod sam koniec filmu.

 

Seriale, seriale. Superbohaterowie na małym ekranie

Jakiś czas temu poświęciliśmy superbohaterskim serialom osobny tekst (Superbohaterowie na małym ekranie – co (i jak) polecamy oglądać). Aby się nie powtarzać, dodam tu tylko, że większość z wspomnianych produkcji powstała na fali sukcesu filmów kinowych. Nie; nie wszystkie. Ale większość.

Chociaż pod względem filmów MCU niewątpliwie wyprzedza DCEU o całe dekady, to na małym ekranie walka jest dużo bardziej zażarta. Seriale DC radzą sobie znacznie lepiej niż filmy DC; seriale Marvela – no cóż: z tym jest różnie. Niektóre są lepsze (np. Punisher); inne są gorsze (Agenci TARCZY). Generalnie jednak trzymają one poziom i w ciekawy sposób przenikają się z filmami.

Postacie serialowe nigdy nie pojawią się w filmach – wynika to z niechęci Marvel Studios do faworyzowania którejkolwiek z sieci emisyjnych. Wyobraźcie sobie tylko, co by było, gdyby w którymś z filmów kinowych pojawili się bohaterowie z seriali Netflixa, a nie pojawili ci z seriali ABC; prawdziwa katastrofa. Nie jest to jednak dużą przeszkodą – najważniejsze, że wydarzenia z filmów mają swoje odzwierciedlenie (a przynajmniej odległe echo) w świecie seriali. Filmowi bohaterowie również nie pojawiają się w serialach (jedyny wyjątek to Agent Coulson). Często są jednak wspominani, a tu i ówdzie pojawiają się także pozostałości stoczonych przez nich potyczek.

 

 

Tak jak kulminacją poszczególnych „Faz” w MCU są filmy o Avengers, tak w serialach emitowanych do tej pory na Netflixie pojawiają się Defenders. Każdy z Defendersów (a w skład serialowego teamu wchodzą Matt Murdock/Daredevil, Jessica Jones, Luke Cage i Danny Rand/Iron Fist) ma swój serial; zapoczątkowane w poszczególnych seriach wątki znajdują swoją kulminację w ośmioodcinkowym sezonie Defenders. Niestety, Marvel i Netflix powoli wycofują się ze współpracy. Kolejne sezony przygód Defendersów będziemy więc oglądali na innej platformie (prawdopodobnie będzie to platforma Disneya).

 

 

Tak czy inaczej – jest to ogromne przedsięwzięcie. Coś, co jeszcze nie tak dawno było nie do pomyślenia. Koniec z oderwanymi od siebie historiami i uniwersalnym wyjaśnieniem rozbieżności fabularnych („przecież to jest multiwersum”). Luk w fabule prawie nie ma, a tropienie wzajemnych zależności pomiędzy poszczególnymi produkcjami to temat na całkiem osobny artykuł.

Albo serię artykułów.

 

Faza Trzecia MCU. Upadek Marvelowskich origin stories

Origin story – czyli historia o początkach kariery danego herosa – to formuła tyleż uniwersalna, co mocno wyeksploatowana. Na przestrzeni ostatnich parunastu lat obejrzeliśmy przynajmniej paręnaście, jeśli nie parędziesiąt takich produkcji. Z czasem robi się to nudne. Nie inaczej jest z Marvelem.

W Fazie Trzeciej MCU Marvel Studios zaserwowało nam wyjątkowo dużo origin stories. Mamy więc Doktora Strange (2016) – film spektakularny wizualnie, ale zbyt krótki na swoją fabułę; mamy Czarną Panterę (2018) i Ant-Mana i Osę (2018), gdzie również wprowadzone zostają kolejne postacie. Mamy nareszcie Kapitan Marvel (2019) – film skądinąd bardzo dobry, czego odbiciem jest nasza recenzja, lecz nadal cierpiący pod ciężarem mocno wytartej formuły (z której ograniczeniami, trzeba to przyznać, zmaga się skutecznie i bardzo świadomie).

 

 

Na przestrzeni ostatnich 11 lat Marvel Studios zaprezentowało nam dziesiątki nowych postaci. Części z nich poświęcono osobne filmy. Do dobrych origin stories zaliczam filmy: Iron Man (2008), Thor (2011), Strażnicy Galaktyki (2014), Ant-Man (2015) i Kapitan Marvel (2019). Do słabszych: The Incredible Hulk (2008), Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie (2011), Doktor Strange (2016), Black Panther (2018) oraz Ant-Man i Osa (2018). Żadna z dotychczasowych faz nie wprowadziła tak wielu nowych bohaterów.

A jednak Faza Trzecia niewątpliwie jest najlepszą ze wszystkich dotychczasowych. Dzieje się tak za sprawą niesamowitej trzeciej części Kapitana Ameryki Civil War, po polsku zwany Wojną Bohaterów, jest jednym z najlepszych filmów Marvela, a fani określają go często mianem Avengers 2.5. Doskonale poradzili sobie także Strażnicy Galaktyki Vol. 2. Jednak prawdziwą wisienką, a raczej wisienkami na torcie są Thor: Rangarok Avengers: Infinity War, przez wielu uważane za najciekawsze, najlepiej napisane i zrealizowane filmy superbohaterskie wczechczasów. Pierwszy – ze względu na stylistykę; drugi – ze względu na wszystko, czym jest.

 

 

Zanim jednak przejdziemy do szerszego omówienia Wojny Nieskończoności*, warto wrócić na chwilę do jednej z najpopularniejszych postaci w historii komiksu.

 

 

*Bo przecież nie Wojny Bez Granic, nieprawdaż?

 

Spider-Man w końcu wraca do domu

Po latach rozmów i perturbacji Marvel Studios zdołało w końcu dogadać się z Sony, co pozwoliło na uzupełnienie superbohaterskiej kadry MCU o „Przyjaznego Pająka z Sąsiedztwa”. Zawirowań było mnóstwo, podobnie jak filmów o Spider-Manie. W momencie rozpoczęcia rozmów o włączeniu go do Marvel Cinematic Universe Sony było w trakcie prac nad trzecią częścią własnej trylogii; dwie poprzednie części (Niesamowity Spider-Man z 2012 r. oraz Niesamowity Spider-Man 2 z 2014 r., gdzie w główną rolę wcielił się Andrew Garfield) wypadły znakomicie, trzecia miała domknąć wątki.

Zamiast tego mamy reboot, i to reboot znakomity. Spider-Man: Homecoming zrywa z tradycją wprowadzania bohaterów za pomocą origin stories; Spider-Man nie tylko jest Spider-Manem od samego początku, jest nim od dłuższego czasu. Jednocześnie zaś jest znacznie młodszy niż w poprzednich filmach: dotąd mieliśmy do czynienia z (na oko) 17-, może 18-latkiem. Tutaj mówimy o 15-latku; jest to bardzo duża zmiana. Jednak dzięki gościnnej roli Roberta Downeya Jr. i specyficznej dynamice relacji Tony’ego Starka z Peterem Parkerem filmowa postać tego drugiego w ogóle nie robi wrażenie „zbyt młodej” czy „zanadto infantylnej”. Spider-Man: Homecoming jest dość poważnym filmem o dorastaniu; poważnym – ma się rozumieć – jak na kino o superherosach. Bo z całą pewnością nie jest to Moonlight.

 

 

W jaki sposób MCU przetrwało tak długo bez tej postaci? Trudno powiedzieć. Dopiero z perspektywy czasu (i trzecich Avengers) widać, jak bardzo jej tam brakuje. Fabularnie rzecz ograno jednak wyjątkowo zgrabnie, więc historia Spider-Mana wkomponowuje się w całą resztę wydarzeń jak marzenie. I bardzo dobrze; o to chodziło.

Jednak Spider-Man: Homecoming to nie jedyny z nowych filmów Marvela o tej postaci. Na ogromną uwagę zasługuje animowany film Spider-Man: Into the Spider-Verse. Nie należy on wprawdzie do MCU, warto jednak poświęcić mu chwilę. Jest to nie tylko najlepsza superbohaterska animacja w historii. To także fantastyczny film – dużo, dużo poważniejszy, niż moglibyście się spodziewać.

 

 

Avengers: Wojna Nieskończoności. Co będzie dalej?

I w ten oto sposób zbliżamy się powoli do końca naszej historii. Zeszłoroczny megahit, trzecia część Avengers, podniósł stawkę jak nigdy dotąd – i nie chodzi tu tylko o stawkę, o jaką zmagają się nasi kinowi herosi. Infinity War to film przełomowy; pierwszy udany film, którego główną postacią jest antagonista (Thanos). Pierwszy film o superbohaterach, w którym ci dostają bęcki (i są to bęcki naprawdę poważne). Przyzwyczailiśmy się myśleć, że ekranowi bohaterowie są nieśmiertelni. Infinity War ogląda się jednak jak Grę o tron. Zginąć mogą wszyscy – w każdej chwili. I faktycznie, większość ginie.

„Wyczyszczenie” superbohaterskiej obsady z postaci, których charaktery budowało się od lat – coś takiego wymaga odwagi. Odwagi i sporej determinacji. Nie jest to decyzja jedynie scenopisarska – to również decyzja biznesowa. Każdy z tych bohaterów to potencjał na kolejny film; każdy kolejny film – to miliony, setki milionów zarobionych dolarów. Mimo to Marvel i stojący za sterami Infinity War bracia Russo są bezlitośni, a bohaterowie padają częściej niż muchy. Pod koniec filmu pozostajemy więc z wyjątkowo skromną obsadą. Jest Steve Rogers/Kapitan Ameryka, jest Tony Stark/Iron Man, mamy też Natashę Romanoff/Czarną Wdowę i Bruce’a Bannera/Hulka. Do grona szczęśliwców zalicza się również Thor, a oprócz niego, co wiemy z filmu o Ant-Manie, Scott Lang (którego jednak w Infinity War nie ma). Do tego parę postaci pobocznych oraz wielki nieobecny: Clint Barton, czyli Hawkeye. W kolejnych Avengersach przyjmie on już zapewne kostium Ronina.

 

 

A kto ginie? Ginie większość. Filmowy nekrolog obejmuje m.in. (choć nie wyłącznie): prawie wszystkich Strażników Galaktyki (wyjątkiem jest Rocket oraz Nebula), Vision, Heimdall, wprowadzeni chwilę wcześniej Doktor Strange, T’Challa/Czarna Pantera i Spider-Man, Bucky Barnes/Zimowy Żołnierz, Nick Fury (!!) i Maria Hill, a także Vision. Wątpliwości budzi Loki; część teorii głosi, że zbir z pierwszej części Avengers – obecnie sprzymierzeniec Thora – przeżył. Czy jednak faktycznie? Dowiemy się wkrótce.

Czy bohaterowie ci wrócą? Teorie dotyczące Endgame dzielą się na dwie części. Według niektórych większa część bohaterów wróci do życia (Spider-Man jest już w zasadzie potwierdzony). Inni twierdzą, że w MCU nastąpią poważne zmiany, a część postaci zostanie martwa już na zawsze (a w każdym razie do kolejnego rebootu). Jak by nie było, Endgame zapowiada się naprawdę wyśmienicie. „Mściciele” będą mieli nareszcie okazję dorosnąć do swojej roli – oraz, być może, pomścić poległych.

 

 

Podsumowanie

Jesteśmy świadkami filmowej rewolucji. Kino zbliżyło się do seriali; seriale zbliżyły się do srebrnego ekranu. Można to lubić; można nie lubić. Fakty pozostają jednak faktami: nigdy dotąd – w całej dotychczasowej historii filmu, kinowego i nie tylko – nie mieliśmy do czynienia z niczym podobnym. Seria dwudziestu jeden filmów i parudziesięciu sezonów seriali, które dzielą jedno uniwersum? Marvel Studios tworzy filmową historię, i tworzy ją na naszych oczach.

Endgame pokaże, czy było warto*.

*Spoiler: Było.