Dla miłośników komiksowych ekranizacji tegorocznym „daniem głównym” będzie kwietniowa premiera „Avengers – Wojna Nieskończoności”*. To w tej produkcji nareszcie zobaczymy kulminację wątków niespiesznie rozrysowywanych przez 18 wcześniejszych filmów serii Marvel Cinematic Universe. Oczekiwanie może nam umilić wysokoprocentowy aperitif z dojrzewających w afrykańskim słońcu kłosów, czyli „Czarna Pantera”.

Czarnoskórzy superbohaterowie to nadal rzadkość w amerykańskim kinie – prócz polującego na wampiry Blade’a trudno o drugiego czarnego uber-herosa znanego szerszemu gronu widzów. Nic zatem dziwnego, że afroamerykańska publiczność szturmem ruszyła do kin i, póki co, dochody z weekendu otwierającego zdołały już przebić „Deadpoola”, czyli inną superprodukcję o odzianym w trykot herosie (choć „heros” to akurat w tym przypadku może nietrafione słowo). Nie powinno to jednak dziwić – najnowsza produkcja Marvela garściami czerpie z gatunku „blaxploitation”, wyróżniając się czarnoskórą obsadą, twórcami i klimatem afrykańskiego folkloru. Detektyw John Shaft z pewnością znalazłby wspólny język z odzianym w koci kostium obrońcą uciśnionych…

Black Panther w roku 1977. © Marvel Comics

Czarną Panterę do życia powołali tytani komiksowego świata, czyli Stan Lee oraz zmarły w 1994 roku Jack Kirby, twórcy m.in. takich tytułów jak „Fantastyczna Czwórka”, „X-Men” oraz „Hulk”. Afrykański książę T’Challa swój kostium przywdział już w 1966 roku i jako postać drugoplanowa uniwersum Marvel Comics miał za zadanie przyciągnąć ciemnoskórą młodzież do komiksów tegoż właśnie wydawnictwa. Debiut Czarnej Pantery nie obył się jednak bez kontrowersji, gdyż parę tygodni później w Stanach zaczęło być głośno o radykalnej organizacji politycznej „Czarne Pantery”. Raczej nie zapewniło to publikacjom Marvel Comics oczekiwanego rozgłosu…

Na dużym ekranie T’Challa pojawił się już w świetnym „Kapitan Ameryka: Wojna Domowa”*, w którym to, depcząc Avengersom po piętach, ścigał mordercę swego ojca. Wyposażony w klimatyczny kostium i pazury z niezniszczalnego metalu vibranium, wprawił w lekką konsternację resztę superbohaterskiej gawiedzi – oto postać z nieznanego nikomu kraju dysponuje technologią i umiejętnościami mogącymi zawstydzić nawet samego Tony’ego Starka. Jak się okazało, zamach na ojca T’Challi miał drugie, a nawet trzecie dno, a obserwowanie rosnącej nieufności między Avengersami zaszczepiło w nim myśl, że świata nie można ocalić w pojedynkę…

 

Wakanda zachwyca połączeniem nowoczesnych technologii z afrykańskim folklorem. ©Marvel Studios 2018

W solowym filmie o Czarnej Panterze będziemy mieli okazję zobaczyć, jakie reperkusje wywołała nagła zmiana na tronie królestwa Wakandy oraz poznamy rodzinę i przyjaciół świeżo upieczonego króla. Fabularnie nie sposób tu nie zauważyć nawiązań do „Króla Lwa”, a co za tym idzie – szekspirowskich dramatów. Mamy frakcje chętne do przejęcia władzy, spisek, zdradę, a nawet pokrytego pajęczyną „trupa w szafie”, którego odkrycie naruszy krystaliczny wizerunek szlachetnego, zmarłego króla. Scenariusz pióra reżysera filmu Ryan’a Cooglera i Joe Roberta Cole’a ma podobną konstrukcję do produkcji o Jamesie Bondzie i nasz bohater zwiedzi kilka klimatycznych lokacji, nim wszystkie wątki zazębią się w jedną całość. Dzięki temu film nie traci na dynamice, a kolejne scenografie zachwycają rozmachem i feerią kolorów.

Obsada z pewnością stanęła na wysokości zadania. Nachalnie przystojny Chadwick Boseman (książę T’Challa) z powodzeniem wykorzystuje swoją ekranową charyzmę do stworzenia wizerunku szlachetnego i gotowego do poświęceń władcy, potrafiącego w razie potrzeby zakasać rękawy, przywdziać pazury i wytrzeć podłogę kolejnym cwaniakiem. Dybiący na jego życie i majątek Erik Killmonger (także świetny Michael B. Jordan) to szwarccharakter z prawdziwego zdarzenia – ma zrozumiałą i budzącą empatię motywację do wypełnienia swojej roli. Dodaje to filmowi potrzebnych emocji, kreując postać wychodzącą poza utarty schemat „zły dla zasady”.

Niesamowita Danai Gurira. © Marvel Studios

Także drugi plan ma się czym pochwalić. Jego królową jest Danai Gurira wcielająca się w postać Okoye – dowódczyni elitarnej królewskiej gwardii. Przez fryzurę, a raczej jej brak, trudno w niej poznać nieustraszoną Michonne z „The Walking Dead”, szybko jednak przekonamy się, że te dwa charaktery mają wiele cech wspólnych. Cięta riposta i twarda piącha czynią z niej jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci kobiecych, jakie pojawiły się w kinowym uniwersum Marvela. Potencjalny spin-off „Okoye vs Black Widow” to byłoby coś… :]

Bladolica obsada nie ma w tym filmie zbyt licznej reprezentacji, ale zarówno Martin Freeman, jak i Andy Serkis nie nikną w tle. Andy’ego Serkisa przedstawiać raczej nie trzeba – mistrz „motion capture” z „Władcy Pierścieni” i „Planety Małp” tym razem nie kryje się za CGI. Jego Ulysses Klaue to hałaśliwa fuzja ekipy hien z „Króla Lwa” z histerycznym stylem bycia Jokera. Jest śmiesznie, strasznie i złowrogo – piękna sprawa. Sympatycznie nieśmiały Martin Freeman znów wciela się w postać Everetta Rossa, amerykańskiego agenta, który wyczyny wakandyjczyków miał okazję obserwować we wspomnianej już trzeciej części „Kapitana Ameryki”. Miło zobaczyć, że serce po właściwej stronie jest wstanie zrekompensować brak sześciopaka i barów godnych niedźwiedzia grizzly.

 

Kostiumy to murowany kandydat do oskarowej nominacji. © Marvel Studios

Film wyróżnia się także niesamowicie oryginalną koncepcją wizualną. Na każdym kroku widać inspirację i motywy zaczerpnięte z rdzennych kultur afrykańskich – Wakanda to niezwykłe połączenie miasta przyszłości i rzadko spotykanego na dużym ekranie folkloru. Kostiumy to także majstersztyk, przy których kombinezon Czarnej Pantery wypada? wygląda? wręcz… grzecznie? Intensywne kolory, retro-futurystyczna biżuteria i broń świetnie współgrają z kreowanym na ekranie światem. Także efekty specjalne i tryb 3D wypadają nad wyraz godnie – sceny samochodowego pościgu po ulicach koreańskiego Busan, jak i walka finałowa, w trójwymiarze nabierają dodatkowych rumieńców i wciskają w fotel.

Krytycy i publiczność zgodnie zakrzyknęli, że „Czarna Pantera” to najlepszy film MCU, przebijający nawet rewelacyjnego w swej campowej naturze „Thora: Ragnarok”. Mimo wszystko, pozwolę się nie zgodzić z tą opinią – trzeci „Thor” to dla mnie nadal numer 1, górujący humorem i efektami nawet nad obiema częściami „Strażników Galaktyki”. Czy warto zatem wybrać się do kina? Zdecydowanie, zwłaszcza, że trailer kolejnej odsłony MCU jasno sugeruje, że Wakanda oraz jej król odegrają dużą rolę w nieuniknionym starciu z Szalonym Tytanem.

* Tak, z premedytacją ignoruję „oficjalne” tłumaczenia tytułów. :]