Już sama data światowej premiery Kapitan Marvel – czyli okolice 8. marca – była ze strony Marvel Cinematic Universe jasnym sygnałem, że film będzie ukłonem w stronę kobiet w niemal każdym wieku. Można by nawet silić się na wniosek, że przeniesienie na duży ekran przygód Carol Danvers to podziękowania dla wszystkich pań, które przez ostatnie lata zostały zaciągnięte przez swe nerdowate połówki do kina – jednak byłaby to mocno naciągana teoria. Po pierwsze: wśród pań także nie brakuje geeków; a po drugie: z własnego doświadczenia wiem, że wśród widzów „zaliczających” kolejne premiery MCU panie to spokoje 50% obecnych i przy wyjściu wyglądają na równie usatysfakcjonowane seansem, jak ich brodaci towarzysze (obowiązkowo odziani w koszulki rodem z Bing Bang Theory).

A zadanie Disney miał niełatwe – przygotować 21. film cyklu, utrzymać w nim najwyższy poziom kina rozrywkowego i utrzeć nosa wszelkiego typu hejterom i innym sfrustrowanym „incelom” – a tych na forach ostatnio obrodziło. W dodatku Marvel Cinematic Universe po ponad 10 latach musiał zacząć oferować coś więcej niż „tylko” rewelacyjne efekty specjalne, dobre dialogi i kolejnego charyzmatycznego herosa zafiksowanego na tle ratowania dzieci i dziewic. I tak jak Black Panther okazał się nowym rozdziałem i zarazem hołdem dla kina blaxploitation, tak Kapitan Marvel może bez kompleksów zasilić nieliczne grono superbohaterek z dobrym filmem w swym portoflio.

 

 

Bo chociaż w MCU nie brakowało charyzmatycznych postaci kobiecych, wystarczy wspomnieć Czarną Wdowę w pięknym stylu wycierającą podłogę naszym rodakiem – Jerzym Skolimowskim, to Kapitan Marvel jest pierwszym filmem MCU z pełnoprawną „she-hero” w roli głównej. A patrząc na kino nawet z szerszej perspektywy – wciąż jest tu sporo miejsca do zagospodarowania. Mimo mijających dekad, żeńskie bohaterki formatu Ellen Ripley z Obcego czy Sary Connor z Terminatora (oczywiście w interpretacji wkurzonej Lindy Hamilton, a nie uroczej Emilii Clark), nadal są nieczęstym widokiem na dużym ekranie. Teraz swoją szansę ma Brie Larson – a z racji świetnego debiutu w MCU jest to szansa całkiem spora.

Sprawę może nieco utrudnić stosunkowo mała rozpoznawalność tej bohaterki świata Marvela – zwłaszcza w zestawieniu z takimi ikonami komiksu jak Iron Man czy Spider-Man. Dla wielu osób będzie to pierwsze spotkanie z postacią pani Kapitan, więc nie sposób było uniknąć pełnoprawnego „origin story” – tym bardziej, że właśnie Kapitan Marvel ma byś „asem w rękawie” w finałowym starciu Avengersów z Thanosem, które zobaczymy już w przyszłym miesiącu. I ta „chwila na oddech” okazuje się znakomitym prologiem dla Endgame, rozbudowując MCU o kolejny, skryty do tej pory przed światem, rozdział

Po debiucie pierwszego zwiastuna Kapitan Marvel nie brakowało głosów twierdzących, że Brie Larson na ekranie wypada drętwo i bez charyzmy. Jednak sam seans powinien rozwiać wszelkie wątpliwości co do umiejętności aktorskich pani Larson – myślę nawet, że Kapitan Marvel w jej interpretacji bez problemu może w przyszłości zastąpić Tonego Starka w roli najbardziej wyszczekanego i niepokornego przedstawiciela Avengersów. Historia odważnej oblatywaczki prototypowych maszyn U.S. Air Force, która przypadkiem zostaje obdarzona supermocami i uwikłana w konflikt między kosmicznymi rasami Kree oraz Skrulli, okazuje się czymś więcej niż damską wariacją na temat Top Gun skrzyżowanego z Dragon Ballem. Nie wynika to, co oczywiste, z niezwykle ambitnego scenariusza i wielowarstwowych postaci o olbrzymiej głębi psychologicznej, lecz z dobrego warsztatu, do którego MCU zdołało nas już przyzwyczaić.

 

 

Przeniesienie akcji filmu do lat 90. również okazało się strzałem w dziesiątkę – dopełniający klimatu soundtrack oraz „cywilne” ciuchy bohaterów potwierdzają, że jest to epoka na tyle już odległa, by wyróżniać się własnym brzmieniem i stylem. Muszę przyznać, że było to dla mnie spore zaskoczenie, bo do tej pory filmy osadzone w klimacie dekady już minionej zabierały nas do lat 70., 80., lub wcześniejszych – czas jednak nie zna litości… Pamiętający tamte czasy z pewnością zwrócą uwagę nie tylko na wizualne i dźwiękowe piętno tej epoki – znakiem rozpoznawczym lat 90. powinna być zawodna i kapryśna elektronika, która nie uwzględniała jeszcze filozofii Plug&Play – i twórcy, ku mej uciesze, nie zapomnieli i o tym wątku.

Nie zawodzi także Samuel L. Jackson w roli młodszego Nicka Fury’ego. W każdej praktycznie scenie widać, że Jackson świetnie bawił się na planie – tym bardziej, że ten Nick Fury to wciąż młokos (nie metrycznie, ale w temacie doświadczenia) i nie ciążą mu jeszcze lata walki w szeregach S.H.I.E.L.D. Duet Fury/Danvers znakomicie sprawdza się na ekranie, w uroczym stylu nawiązując do grona filmów skupionych wokół dwójki pozornie niedopasowanych do siebie bohaterów – fani starej Zabójczej broni czy Długiego pocałunku na dobranoc na pewno się ze mną zgodzą. Wielkie brawa należą się także ekspertom od CGI, odpowiedzialnym za cyfrowe odmłodzenie twarzy Samuela L. Jacksona. Obawiałem się, że znowu będą nas tu straszyć „niemal-ultra-realistyczne” przeszczepione głowy rodem z Łotra 1, gdzie owo „niemal” zepsuło całą iluzję – jednak w tym konkretnym przypadku magia cyfrowej charakteryzacji zadziałała w pełni i z twarzy Jacksona minione 20 lat po prostu wyparowały.

 

 

Efekty specjalne świetnie prezentują się także w scenach walk na pięści i strumienie fotonów, które dodatkowo wzmocniono świetnie przygotowaną choreografią. A dzięki imaxowemu 3D powietrzne i kosmiczne pojedynki nabrały dodatkowych rumieńców, więc warto wybrać się na seans w dodatkowych okularach. Jedyne momenty, w których CGI zaczynało zalatywać sztucznością to sceny z cyfrowym dublerem przeuroczego kota Goose. Wysłanie jednego z czterech grających go sierściuchów na lot suborbitalny, aby nagrać reakcje na warunki zerowej grawitacji, mieściłoby się już w kategorii znęcania się nad zwierzętami, ale widać, że tworzenie idealnych „zwyczajnych” zwierząt to nadal spore wyzwanie dla wirtualnych animatorów. CGI działa jednak zdecydowanie lepiej, kiedy tworzy baśniowe lub kosmiczne stwory.

W filmie nie zabrakło także jednego z ostatnich cameo Stana Lee – i jest to prawdziwa perełka dla fanów serii i znawców komiksów. Podczas cameo Stan Lee jedzie nagrać cameo do innego filmu z tych lat – istna „cameocepcja”. A czekających na sceny „napisowe” uspokajam – dostaniemy i szczucie „Końcem gry”, i scenę czysto humorystyczną.

Marvel Cinematic Universe kolejny raz nie zawodzi – co w pełni potwierdzają wpływy z kin oraz sieciowy „hype”, który błyskawicznie dorównał emocjom towarzyszącym premierze Czarnej Pantery. Kapitan Marvel może nie ustanawia nowego standardu kina „guilty pleasure”, ale jest dowodem na to, że MCU nie stoi w miejscu i wciąż się rozwija, zachęcając do wizyty w tym barwnym świecie nawet osoby, którym pozornie nie jest po drodze z kinem tego typu. Jeśli więc szukacie dobrze zrealizowanej odskoczni od ambitnych filmów pokroju Romy czy Green BookKapitan Marvel sprawdzi się znakomicie.