Po rocznym oczekiwaniu, nareszcie na ekranach kin zadebiutował 22. film z cyklu Marvel Cinematic Universe i nareszcie doczekaliśmy się zwieńczenia historii, która, ku zaskoczeniu niżej podpisanego i licznego grona widzów, nie została zamknięta w epickiej Wojnie Nieskończoności. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek wcześniej z tak dużą niecierpliwością wyczekiwał kolejnego filmu z danej serii – ostatnie dwa tygodnie przed premierą zdawały się być zaprojektowane przez władającego czasem sadystę.

Olbrzymi udział w nakręcaniu tych emocji miał, co chyba oczywiste, marketing Disneya i podlegającego mu MCU, gdyż niemal obsesyjne skrywanie przed widzami jakichkolwiek szczegółów fabuły Endgame, nigdy wcześniej nie osiągnęło aż takiego poziomu. A przecież jeszcze przed premierą Wojny Nieskończoności wydawać się mogło, że to jest już apogeum tego rodzaju kampanii marketingowych. Ale porównując chociażby zwiastuny Wojny NieskończonościEndgame, można szybko dojść do wniosku, że o Wojnie wiedzieliśmy znacznie więcej.

 

 

Po części wynikało to z zawartości samych zwiastunów WN, gdzie nie brakowało scen dających nam chociaż zarys potencjalnego rozwoju akcji. W dodatku każdy poprzedni film z uniwersum MCU był zarazem kolejnym elementem fundamentu, na którym zbudowano sukces WN, zarówno komercyjny, jak i artystyczny, więc zasiadając w kinowym fotelu, czuliśmy się gotowymi na widowiskową wojnę o Kamienie Nieskończoności. Wiedzieliśmy już, że Thanos szuka ich od lat, wiedzieliśmy do czego owe artefakty są zdolne i chyba nikt nie miał wątpliwości, że w finale filmu Szalony Tytan stanie oko w oko z Avengersami. I że pojedynek ten Thanos przegra, (no w końcu to film okołokomiksowy, więc dobro musi zwyciężyć), aczkolwiek Mściciele okupią swe zwycięstwo krwią – przy takiej stawce nie mogło zabraknąć ofiar, by nadać walce niezbędnego ładunku emocjonalnego. I mimo tej wiedzy finał Wojny Nieskończoności przerósł wszelkie oczekiwania i zostawił widzów (w tym, ponownie, niżej podpisanego) w głębokim szoku, na który składały się dwa elementy. Pierwszym było samo zaskoczenie takim zwrotem akcji, a drugim bolesna świadomość, że na finał finału poczekamy cały rok.

 

 

W przypadku Endgame to podejście do marketingu wywindowano na jeszcze wyższy poziom tajemniczości i nawet najwięksi znawcy komiksów Marvela znaleźli się na zupełnie nieznanym terytorium. Zarówno w zwiastunach, jak i we wszelkich wywiadach z gwiazdami i twórcami filmu nie sposób znaleźć choćby drobin informacji, mogących nam podpowiedzieć, co zobaczymy na ekranie. Zwiastuny nie mówiły nam bowiem zasadniczo nic nowego – Thanos wygrał, morale Avengersów leży i kwiczy, a na resztę musicie poczekać do 24 kwietnia. Równie nieprzydatne okazały się wspomniane wywiady, które zasadniczo ograniczały się do różnych wariantów dwóch pytań – „Co was motywuje do przestrzegania klauzuli poufności?” oraz „Kto jest najsłabszym ogniwem w tej kwestii?”. I zwykle odpowiedziami były hasła „Prawnicy Disneya żywią się duszami niepokornych” oraz „Mark Ruffalo”. Cóż, takiej pozycji na rynku, jaką obecnie ma Disney i należące do niego franczyzy filmowe, raczej nie zdobywa się uprzejmością, a Mark Ruffalo, po niemal legendarnej „wtopie” na premierze Thora: Ragnarok, w pełni zasłużył na nieco szydercze, ale wciąż pełne sympatii, docinki swych kolegów i koleżanek z planu.

 

 

A zatem premiera Endgame ma miejsce w niemal idealnej informacyjnej próżni, która została zaprojektowana w bardzo konkretnym celu – by frajda z oglądania filmu była jak największa. Łatwo więc można zrozumieć prośby braci Russo, by nie zdradzać w recenzjach czy nawet zwykłych memach lub facebookowych postach, jakichkolwiek szczegółów scenariusza. I ja się pod tym apelem podpisuję obiema rękami, więc w tym tekście nie znajdziecie żadnego, nawet najmniejszego fabularnego spoilera z filmu.

O recenzji tej myślałem już od ładnych paru dni, jeszcze przed wizytą w kinie, rozważając, co i jak mogę napisać, skoro nawet najmniejsze nawiązanie do ukazanych na ekranie wydarzeń zdradzi znacznie więcej, niż w przypadku filmu o „klasycznej” kampanii marketingowej? Jedynym bezpiecznym rozwiązaniem jest podzielenie się w Wami wyłącznie moimi wrażeniami oraz porównanie EndgameWojną Nieskończoności, gdyż skoro ten właśnie film uzyskał status „najwyższej formy filmowej adaptacji komiksu” to bardzo zasadne staje się pytanie, jak na jego tle wypada tegoroczny finał starcia z Thanosem?

 

 

Słyszałem kiedyś o takiej „urban legend”, że ludzie znudzeni swoim życiem do tego stopnia, by uprawiać sport (a fe!) lub nawet chodzić na siłownię (szok!), po intensywnym treningu są zarazem zmęczeni, jak i naładowani pozytywną energią, która potrafi dać im „kopa” na cały dzień. I właśnie w takim stanie opuściłem salę kinową – 3 godziny potrafią nieźle zmęczyć, ale po seansie spłynie na nas prawdziwe katharsis, cudowne oczyszczenie z emocji, jakie w nas przez te 3 godziny narastały. Stąd też nawiązanie do najlepszego albumu kapeli Skunk Anansie w tytule tej recenzji. Czy jako widz byłem usatysfakcjonowany? No raczej! Czy jako psychofan MCU byłem usatysfakcjonowany? Moje życie jest już kompletne i niczego więcej już nie oczekuję… Żartuje oczywiście – do szczęścia brakuje mi co najmniej jeszcze jednej wizyty w kinie, by móc obejrzeć Endgame na spokojnie. Delektowanie się każdym kęsem tej produkcji bez ciągle opuszczonej szczęki będzie, jak zakładam, nieco łatwiejsze…

Endgame jest przy tym filmem mocno różniącym się od Wojny Nieskończoności. Wojnę można bowiem porównać do „The Greatest hits” świata MCU, gdzie spotkali się uwielbiani przez nas herosi, by nakopać największemu chuliganowi galaktyki – i z definicji taka idea musiała się zamknąć w ramach kinowego megahitu i dopiero sama końcówka filmu bezpardonowo się tych ram wyłamała. Ponadto, Wojna Nieskończoności, mimo wszystko, jest filmem, po który może sięgnąć widz nieznający wcześniejszych filmów MCU, o czym z resztą wspominałem w jej recenzji. W takim układzie może i nie wyłapiemy wszystkich wątków i powiązań między bohaterami, ale to wciąż film na tyle „prosty w obsłudze”, że mamy sporą szansę na nim dobrze się bawić. W przypadku Endgame sprawa wygląda już inaczej – jeśli wcześniej nie poznaliście kilku najistotniejszych dla cyklu filmów, to Endgame może wydawać się produkcją chaotyczną i efekty specjalne staną się tu głównym źródłem rozrywki. W moim przekonaniu „plan minimum” niezbędny do obejrzenia Endgame to Avengers, Strażnicy Galaktyki, Avengers: Czas Ultrona, Kapitan Ameryka: Wojna domowa, Doktor Strange, Thor: RagnarokWojna Nieskończoności. Opcjonalne warto by tu jeszcze dorzucić obie części Ant-Mana oraz Czarną PanteręKapitan Marvel. I tak, jak twierdziłem, że WN to nagroda dla fanów MCU, przy której może się bawić także i „przeciętny widz”, tak Endgame jest już filmem dla bardziej hermetycznego grona odbiorców. Ale czy można się temu dziwić? Moim zdaniem nie, gdyż drogę do finału WN tworzyły sceny, które samym swym kontekstem potrafiły doinformować „widza-świeżaka”, kto jest kim i co jest fabularną osią dla kolejnych zdarzeń. I kolejny film zbudowany na tej samej zasadzie jest tu zwyczajnie zbędny – czas na Endgame!

 

 

Zupełnie inny jest także klimat filmu oraz nastawienie głównych bohaterów. Może i Avengersi przez lata swej kolektywnej, jak i solowej działalności zaliczyli kilka porażek, to jednak nawet oni nie byli gotowi na ogrom destrukcji, jaką okazało się zwycięstwo Thanosa. I choć film wciąż może się pochwalić sporym ładunkiem komediowych akcentów, to jednak jest dziełem znacznie mroczniejszym od poprzednika. Wymaga także od widza większej uwagi, ale to akurat jest dla mnie kolejną mocną stroną tej produkcji i zarazem potwierdzeniem opinii, że współczesne kino superbohaterskie nie musi polegać wyłącznie na efektach specjalnych, lecz potrafi zaoferować znacznie więcej. Podczas seansu kilkukrotnie łapałem się na tym, że siedzę pochylony niemal maksymalnie do przodu, by nie przegapić niczego istotnego w ważniejszych scenach. A po seansie długo jeszcze przetwarzałem te trzy godziny spędzone w kinie, starając się nie tylko uporządkować w głowie fabułę i zwroty akcji filmu, lecz także ogarnąć sam finał i jego wpływ na dalsze losy MCU.

Bracia Russo już rok temu na zawsze zapisali się w historii kina – i to nie tylko komiksowo-supebohaterskiego. Jednocześnie, własnymi rękami podnieśli poprzeczkę standardu tego typu filmów na niespotykany wcześniej poziom. Czy zatem Endgame przebija Wojnę Nieskończoności? Nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, gdyż obu tym filmom przyświecał inny cel. Wojna miała pokazać, że zebranie większości bohaterów w MCU w obrębie jednego tytułu, jest nie tylko możliwe, ale może nam zafundować rozrywkę, jakiej jeszcze nie widzieliśmy na dużym ekranie. Jak się jednak finalnie okazało, nie było to zamknięcie historii opowiadanej przez MCU od 2008 roku, czyli premiery pierwszego Iron Mana. To zadanie scedowano właśnie na Endgame i najnowszy film braci Russo sprawdził się w tej roli bezbłędnie. Podczas seansu na sali dwukrotnie rozbrzmiały oklaski, którym towarzyszyły entuzjastyczne gwizdy i okrzyki – trudno chyba o lepszy dowód na to, że mimo 11-tu lat na karku MCU nadal robi świetną robotę. Pytanie tylko – co dalej? Czego możemy oczekiwać po kolejnych filmach i co czeka na nas za kolejne 11 lat? Podyskutujemy o tym za kilka – kilkanaście tygodni, gdy skończy się już „endgame’owa” histeria, bo tak szczerze – to na chwilę obecną nie czuje się jeszcze gotowy na te dywagacje. Na razie planuję wybrać się na Avengers: Endgame jeszcze raz. I coś czuję, że nie ja jeden…

 

W naszych publikacjach znajdziecie także: