W temacie popkulturowych gigantów z gatunku s/f, trudno chyba o bardziej rozpoznawalne franczyzy niż Star TrekStar Wars. Oczywiście, zgodnie z ludzką naturą, część miłośników gatunku podzieliła się na dwa obozy. „Fanboje” dzieła Lucasa twardo trzymają się poglądu, że to ich ukochana space-opera z kosmicznymi czarodziejami walczącymi na fluorescencyjne, kolorowe świetlówki jest najwyższą formą s/f. Z kolei „Trekkies” największym uznaniem obdarzyli futurystyczną wizję komunistycznej utopii z obywatelami odzianymi w piżamy.  Zdecydowanie bliższe memu sercu są Gwiezdne Wojny (spuśćmy zasłonę wstydu i sromoty na nieszczęsny Rise of Skywalker), czemu zresztą dałem wyraz w felietonie traktującym o rozwoju tej marki przez minione dekady. A w przypadku satyrycznych zestawień obu wspomnianych serii, jak np. ten przepyszny filmik od CollegeHumor, w pełni zgadzam się z postulatami obu stron:

 

 

Nie znaczy to jednak, że w kwestii Star Treka jestem totalnie zielony i nie darzę tego cyklu szacunkiem. Owszem, nie znam żadnego z nowych seriali (jakoś mnie nie skusiły zwiastuny ST: EnterpriseST: Discovery), ale całą serię filmową, od pierwszego kinowego Star Treka z 1979 roku po beznadziejny ST: W nieznane z roku 2016, znam znakomicie. Wielkim sentymentem darzę także emitowany w latach 1987 – 1994 serial ST: Następne pokolenie, przedstawiający fanom nowe, nomen omem, pokolenie oficerów Gwiezdnej Floty, w tym kapitana Jean-Luc Picarda, w którego wcielił się brytyjski aktor sir Patrick Stewart. Drugim dla mnie wyjątkowym, odcinkowym przedstawicielem serii był ST: Voyager, odkryty lata temu dzięki uprzejmości Canal+ i ogólnodostępnych sobotnich wieczorów na tej platformie. Tu własne mogłem poznać charyzmatyczną kapitan Kathryn Janeway, która wraz z tytułowym statkiem i jego załogą starała się powrócić do Układu Słonecznego – owa kosmiczna odyseja to efekt spotkania z tajemniczym i praktycznie wszechpotężnym bytem i „przerzucenia” Voyagera do odległego krańca wszechświata, czyli niesławnego kwadrantu Delta.

 

 

Do niedawna można było uznać, że zarówno ST: Voyager, jak i ST: Następne pokolenie to klasyki dawno minionej ery telewizji – Voyager swą podróż ukończył w 2001 roku, a ostatni raz załogę USS Enterprise mogliśmy oglądać w filmie ST: Nemesis z roku 2002, w którym Picard musiał stawić czoła młodemu Tomowi Hardemu i jego superpancernikowi kosmicznemu. Film, niestety, był strasznie lichy i ledwie na siebie zarobił, co skłoniło studio Paramount Pictures do wysłania Picarda na zasłużoną emeryturę. Oczywiście, nie znaczy to że sir Patrick Stewart pożegnawszy Jean-Luca spoczął na laurach – młodsze pokolenie geeków na pewno kojarzy go z roli profesora Charlesa Xaviera z filmowego cyklu X-Men, z którą aktor finalnie rozstał się dopiero w 2017 roku po rewelacyjnym Loganie. Przez minione lata nie brakowało głosów proszących o powrót Picarda na mały lub duży ekran, lecz 80-letni dziś aktor stanowczo odcinał się od możliwości ponownego przywdziania munduru kapitana Gwiezdnej Floty, podkreślając, że wiele tej postaci zawdzięcza, ale dla niego ta historia jest już zakończona.

Jak się jednak okazało, sir Stewart krową nie jest i na Amazon Prime Video w styczniu tego roku pojawił się pierwszy sezon Star Trek: Picard, który nareszcie miałem czas i możliwość obejrzeć. I mimo obaw, że nowa seria okaże się prostackim skokiem na kasę wykorzystującym wizerunek uwielbianego przez rzeszę fanów aktora, muszę z satysfakcją przyznać, że ten powrót naprawdę się udał – choć absolutnym ideałem nie jest.

 

 

Tak jak w prawdziwym świecie, tak i w stworzonym przez Gene’a Roddenbery’ego uniwersum minęło 20 lat. Wydarzenia ze ST: Nemesis wciąż jednak nękają kapitana Gwiezdnej Floty w stanie spoczynku, który nadal nie pogodził się ze śmiercią komandora Daty. Najsłynniejszy android w historii cyklu poświęcił swe pozytronowe życie, by ocalić swój statek i przyjaciół, a próba przywrócenia jego świadomości do identycznie wyglądającego, lecz znacznie mniej zaawansowanego ciała zakończyła się niepowodzeniem. W międzyczasie na Marsie doszło do tragicznego w skutkach zamachu terrorystycznego, którego efektem było całkowite zniszczenie tamtejszej kolonii i zakaz produkowania oraz rozwijania idei syntetycznego i świadomego życia. Wszelkie androidy zostały zniszczone, a zajmujący się tym eksperci mogę jedynie zajmować się doświadczeniami teoretycznymi i symulacjami.

Jean-Luc Picard zrezygnował ze służby i od lat kryje się przed światem w swej winnicy, zamknięty w kokonie goryczy względem Federacji Zjednoczonych Planet, która, w jego przekonaniu, przestała hołdować wartościom będących jej fundamentem. I tu pojawia się Dahj – nieznająca swej przeszłości młoda kobieta, ścigana przez ekipę wyjątkowo wrednych skrytobójców, aż cuchnących koneksjami z romulańskim wywiadem. Poznanie Dahj oraz konieczność otoczenia dziewczyny opieką wyrywa Picarda z marazmu i skłania go do wykorzystania wszelkich dostępnych środków i znajomości, by ocalić jej życie.

W tej produkcji szczególnie urzekło mnie odejście od typowo „startrekowej” konstrukcji fabuły – serial stanowczo powinien nazywać się po prostu Picard. Jeśli bowiem spodziewacie się, że Jean-Luc w połowie pierwszego odcinka skrzyknie swoją starą załogę, wyciągnie z naftaliny USS Enterprise i pod banderą Federacji Zjednoczonych Planet wyruszy ratować galaktykę, to nic bardziej mylnego. Owszem, nie zabraknie tu wątku Kosmicznej Wędrówki, ale seria jest zdecydowanie bardziej kameralna od swych kinowych i telewizyjnych protoplastów. Całości bliżej do thrillera polityczno-szpiegowskiego, gdzie wrogowie mają twarze fałszywych przyjaciół i czekają w cieniu na możliwość wbicia Picardowi noża w plecy. Minie ładnych parę odcinków, nim zaczniemy dostrzegać, że w wśród nowych postaci w uniwersum Star Treka pojawiają się charaktery godne towarzyszyć Picardowi w jego kolejnej „ostatniej misji”.

 

Picard na pewno wyróżnia się pod względem obsady. Sir Patrick Stewart to wciąż niesamowity aktor o świetnym warsztacie, a jego charyzmatyczny i pełen pasji głos potrafi wzbudzić szacunek u nawet największego kozaka z największym fazerem w kwadrancie. W serii nie zabraknie także twarzy znanych już z wcześniejszych produkcji Star Trek. Już sam zwiastun zdradził, że w pierwszym sezonie pojawi się chociażby moja ulubiona postać ze ST: Voyager – Siedem-z-Dziewięciu, czyli grana przez Jeri Ryan ex-BORG. Od czasu zakończenia misji Voyagera Siedem-z-Dziewięciu nie próżnowała i okaże się nieocenionym wsparciem dla Picarda w jego misji. Doceniam jednak, że większość „startrekowych weteranów” pojawi się tylko na moment, w ramach dobrze wywarzonego fanserwisu, i zdecydowanie większy wpływ na fabułę pierwszego sezonu  będą miały nowe postacie.

 

O Dahj (Isa Briones) nie mogę niestety zbyt wiele napisać, gdyż jej wątek, będący fundamentem całego sezonu, najlepiej odkrywać samemu. Na pewno nie sposób nie polubić Raffi (Michelle Hurd), która lata temu służyła na statku dowodzonym przez Picarda i podobnie jak on srogo zawiodła się na Federacji. W dodatku Raffi ma za sobą bardzo smutną przeszłość i dopiero jej poznanie sprawi, że w pełni zrozumiemy jej antyfederacyjną postawę oraz skłonność do używek. W zestawie znajdziemy jeszcze straumatyzowanego kapitana Riosa, którego statek z holograficzną załogą nie raz ocali Picardowi skórę. Swoją drogą – doceniam pomysł, by wszystkie pokładowe holografy miały jego twarz, ale wypadałoby to wyjaśnić nieco wcześniej, niż to faktycznie zrobiono, bo jest to nieco mylące. W ekipie nie mogło także zabraknąć ekspertki od androidów, czyli doktor Agnes Jurati (Alison Pill), która przekona się, że jest zdolna do czynów, jakie teoretycznie nie leżą w jej naturze…

Cała ta ekipa została skrojona z typowo zacięciem rodem z gier RPG – każda postać ma swoje mocne i słabe strony oraz swoje za uszami, a odkrywanie ich motywacji oraz charakterów potrafi nieźle wciągnąć.

Picard nie zawodzi także pod względem warsztatowym, choć widać, że mamy do czynienia z produkcją telewizyjną, a nie dziełem kinowym takiego formatu, jak nowa trylogia od J.J. Abramsa. Efekty specjalnie nie przytłaczają nadmiarem, ale gdy już zawitamy na obce planety lub będziemy wraz z Picardem przemierzać przestrzeń kosmiczną widać, jak olbrzymi skok technologiczny nastąpił także w telewizji. A już zwłaszcza, gdy odświeżymy sobie parę odcinków Następnego pokolenia – wnętrze Sześcianu BORG A.D. 2020, a A.D. 1995 to zupełnie inny poziom filmowej iluzji. Ba, nawet sama czołówka wyróżnia się bardzo na plus, urzekając świętym motywem muzycznym i pomysłową stylistyką.

 

 

ST: Picard dziełem idealnym nie jest – i to, niestety, z powodu nieco wtórnej fabuły, jak i rozczarowującego finału. Nie brakuje tu bowiem zapożyczeń i szablonów fabularnych znanych już z innych tytułów s/f, a sam rdzeń opowiedzianej tu historii można śmiało potraktować, jako średnio udaną zrzynkę z fundamentu fabuły trylogii Mass Effect. Przez te 10 odcinków na pewno się nie nudziłem, ale serial nie zaskoczył mnie w takim stopniu, bym zbierał szczękę z podłogi, jak to np. potrafił zrobić genialny do dziś (przynajmniej dla mnie) Battlestar Galactica. Sam epilogowo-finałowy zwrot akcji (wybaczcie ogólniki, ale z całych sił staram się tu unikać jakichkolwiek spoilerów) jest wręcz nieco żenujący i można go uzasadnić wyłącznie potrzebą pozostawienia otwartej furtki dla sezonu drugiego. Z drugiej jednak strony, muszę pochwalić scenarzystów, za dodanie do intrygi paru wątków „mistycznych”, w tym wyjątkowo paskudnego proroctwa, którego poznanie może złamać „słabsze umysły”.

Jednak oceniając ST: Picard jego całość muszę przyznać, że bawiłem się na nim przednio i chętnie poznam dalsze losy Jean-Luca i jego nowej ekipy podopiecznych. Nieczęsto w popkulturze można spotkać herosa w wieku 80+, więc miło zobaczyć, jak Patrick Stewart przełamuje  ten stereotyp. Nie da się jednocześnie ukryć, że Picard to prezent dla fanów marki i widzowie, którzy do tej pory nie znali przygód załogi USS Enterprise nie wyłapią fanserwisowych smaczków i mogą nie wybaczyć mu jego niedoskonałości. Może sezon  drugi okaże się pod tym względem bardziej przystępny, ale o tym przekonamy się dopiero za kilka miesięcy.