Gdy w 1977 roku na ekranach kin pojawił się majestatyczny napis „Gwiezdne Wojny” nikt, a szczególnie jego twórca, nie przypuszczał, że właśnie swój początek ma popkulturowy fenomen, który będzie fascynował kolejne pokolenia fanów. A jednak dekady później nowe odsłony kosmicznej sagi nadal są kinowym wydarzeniem sezonu i budzą ogromne emocje.

Potwierdza to sama kampania marketingowa nowej trylogii – zapowiedzi zarówno „Przebudzenia Mocy”, jak i „Ostatniego Jedi” zdradzały bardzo niewiele z samej fabuły, rozpalając fora internetowe do czerwoności. Przypuszczenia i domysły nie miały końca, a same zwiastuny analizowano klatka po klatce. Bezdyskusyjnie jest to znakomita metoda nakręcania widowni i zysków, gdyż trudno o lepszą motywację do wizyty w kinie, nim jakaś recenzja czy internetowy mem (jeden z powodów, dla którego odpuściłem sobie „Grę o tron”) zepsuje nam przyjemność śledzenia zwrotów akcji „na świeżo”. Na mnie to podziałało – bilety zdobyłem jeszcze w listopadzie i od dnia amerykańskiej premiery (09.12.2017) konsekwentnie unikałem wszelkich portali filmowych i okołofilmowych.

Weekendowy seans upewnił mnie jednak w jednej kwestii – „moje” Gwiezdne Wojny nie doczekają się kolejnych ekranizacji. Nowa trylogia nie jest bowiem skierowana do starych fanów, lecz przygotowano ją dla nowego, młodszego i nieprzywiązanego do starego kanonu widza. Widza, który nie zna losów rodu Skywalkerów w takiej wersji, jaką fundowali nam twórcy książek, gier i komiksów przez ostatnie kilkadziesiąt lat.

I właśnie w tym tekście postaram się przybliżyć nie tylko krótką historię sukcesu Georga Lucasa i jego dzieła, lecz także stary kanon Gwiezdnych Wojen, który fascynował mnie przez większą część moich nastoletnich lat. Natomiast w podsumowaniu podzielę się refleksjami na temat najnowszych filmów, w tym także „Ostatniego Jedi”, więc jeżeli jesteś jeszcze przed seansem – strzeż się spoilerów.

To nie miało prawa się udać!

Przystępując do prac nad Gwiezdnymi Wojnami, George Lucas miał na swym koncie dwa duże filmy. „THX 1138” z 1971 roku przedstawiał dystopijną wizję przyszłości, w której postęp technologiczny posłużył do kontroli i zniewolenia społeczeństwa. Choć fabuła inspirowana była słynnym „Rokiem 1984”, a w głównej roli obsadzono Roberta Duvalla, to film okazał się finansową klapą i dopiero po latach zyskał status kultowego. Natomiast w 1973 roku na ekrany weszło „Amerykańskie graffiti”, swoisty manifest młodego pokolenia twórców, uznającego lata 60-te za koniec społeczno-kulturowej ery. Dla części znawców kina jest to także jeden z pierwszych filmów tzw. „New Hollywood”, które przyniosło popularność takim autorom jak Coppola, Scorsese i Spielberg. Film zdobył pięć nominacji do Oscara, w tym za reżyserię i montaż, i zapewnił Lucasowi wystarczająco duży kredyt zaufania u wytwórni filmowych, by mógł zabrać się za dzieło, które przyniosło mu mnóstwo sławy i jeszcze więcej dolarów.

Nim jednak na planie padł pierwszy klaps minęło nieco czasu – dopiero w 1975 roku Lucas zdołał poskładać w całość pierwszą wersję „Przygód Starkillera”, gdyż tak wstępnie miał się nazywać ów projekt. Jednak sama konstrukcja fabuły, a zwłaszcza dialogi, nadal dalekie były do ideału – to zaprzyjaźnionym z Lucasem studentom, Glorii Katz oraz Billowi Huycks, zawdzięczmy wymawiane przez aktorów kwestie. Problemem było też studio produkujące GW – dla 20th Century Fox był to „film naukowy”, na którego produkcję szalony reżyser domagał się równie szalonej kwoty 10 mln dolarów. Spoglądając na budżet tegorocznej „Ligii Sprawiedliwości” (300 mln dolarów) człowiek zaczyna się zastanawiać – gdzie poszła ta kasa? Na gaże dla aktorów?

Tunezyjski klimat był wielkim wyzwaniem dla ekipy filmowe. ©Disney

Także same zdjęcia okazały się sporym wyzwaniem dla ekipy filmowej. Tunezyjska pustynia, imitująca pełną piasku planetę Tatooine, nie miała litości dla sprzętu i kamer – burze piaskowe, wysokie za dnia i niskie w nocy temperatury oraz wszędobylski pył trudno nazwać warunkami przyjaznymi elektronice. Wiele rozwiązań i technologii trzeba było przy tym wynaleźć, gdyż nikt wcześniej nie porywał się na tematykę s/f z takim rozmachem. Nic więc dziwnego, że postprodukcja GW w ogromnym stopniu przyczyniła się do rozwoju Industrial Light & Magic – założonej przez Lucasa firmy specjalizującej się w efektach specjalnych, będącej do dziś liderem tego segmentu przemysłu filmowego.

Kolejki w USA nie zostały wynalezione przez Apple. ©Disney

Mimo tych wszystkich przeciwności, prace postępowały i finalnie „Gwiezdne Wojny: Część IV – Nowa Nadzieja” zadebiutowały na dużym ekranie 25 maja 1977 roku – w zaledwie 32 amerykańskich kinach. 20th Century Fox nie spodziewało się bowiem rekordowej frekwencji, a i sami właściciele sal kinowych sceptycznie podchodzili do popularności tematyki fantastyczno-naukowej. Tego dnia Lucas, od dwóch tygodni zajmujący się przygotowywaniem obcojęzycznych wersji filmu i zawalony robotą, nie zwrócił uwagi, że nadszedł „sądny dzień” – przypomniał mu o tym dopiero tłum kłębiący się pod pobliskim kinem. Kolejki do kas i niesamowita popularność filmu szybko przekonały dystrybutora o konieczności zwiększenia liczby dostępnych kopii. W ciągu pierwszych ośmiu tygodniu projekcji film zarobił 54 mln dolarów, a dziesięć lat później pierwsza trylogia mogła się pochwalić wpływami na poziomie 1,2 mld dolarów z samych biletów oraz kwotą 2,4 mld dolarów ze sprzedaży licencjonowanych gadżetów i zabawek.

George Lucas – geniusz filmu czy marketingu?

Steven Spielberg i George Lucas.

Dzięki Gwiezdnym Wojnom Lucas stał się więc jednym z najbardziej rozchwytywanych twórców filmowych. To on, wraz ze Stevenem Spielbergiem, powołał do życia legendę Indiany Jonesa, bez krępacji dając tej postaci twarz Hana Solo. Jego nazwisko jako producenta zaczęło się pojawiać w coraz liczniejszych produkcjach, a rozrastająca się rodzina firm tworzących korporację Lucasfilm do dziś bierze udział w produkcji największych hitów kinowych. Industrial Light & Magic zapewnia efekty specjalne, Skywalker Sound studia dźwiękowe, a THX Ltd. wyposaża sale kinowe w najlepsze rozwiązania nagłaśniające.

Wpływ Georga Lucasa na przemysł filmowy nie ograniczył się do stworzenia nowego standardu filmu s/f. Jeszcze przed premierą GW Lucas zadbał, aby wszelkie prawa do książek, zabawek i innych licencjonowanych gadżetów należały do niego – zdecydował się nawet zrezygnować z części honorarium w zamian za ów zapis. Co więcej, umowa z Foxem dawała mu pełne prawa decyzyjne co do kolejnych części, pod warunkiem, że kontynuacja pojawi się na ekranach w ciągu dwóch lat. Godząc się na taki kontrakt 20th Century Fox było przekonane, że robi interes życia, gdyż pod koniec lat 70-tych „merchandising” jeszcze raczkował i nikt nie wiązał z nim wielkich dochodów. George Lucas w pięknym stylu pokazał jak wielkim było to błędem – przez kolejne lata wpływy z zabawek i gadżetów kilkukrotnie przewyższyły dochody z kas biletowych.

Plakat Edycji Specjalnej Gwiezdnych Wojen. ©Disney

Jednak dla mnie największe szaleństwo zaczęło się w roku 1997, gdy Lucas zdecydował, że z okazji dwudziestej rocznicy premiery GW, na ekrany kin wejdzie edycja specjalna całej trylogii. Poprawiono w niej efekty specjalne, dodano sceny wycięte z powodu braków technologicznych oraz dostosowano dźwięk do standardu THX. Tym sposobem cała rzesza rodziców mogła zabrać swoje pociechy na filmy ich młodości, a młodzież (w tym niżej podpisany) nareszcie zobaczyć prawdziwy ogrom Gwiezdnego Niszczyciela ścigającego koreliańską korwetę z księżniczką Leią na pokładzie – ówczesne „kino domowe”, czyli kineskopowy telewizor plus magnetowid, dalekie było od możliwości projektora Full HD i rozwijanego ekranu.

Trudno było o lepszy dowód, że GW nadal mają rzesze oddanych fanów oraz na to, że ich liczebność można zwiększyć o kolejne pokolenie. Potwierdziło to także opinię Lucasa, że czas najwyższy opowiedzieć historię Skywalkerów od początku – ostatecznie stara trylogia to epizod czwarty, piąty i szósty kosmicznej sagi. W 1999 roku do kin wchodzą więc „Gwiezdne Wojny – Część 1: Mroczne Widomo”. I zarówno ta część, jak i dwie kolejne pokazały, że Lucas może i jest wizjonerem ze świetnymi pomysłami, ale w roli scenarzysty i reżysera wypada zdecydowanie gorzej. Drętwe dialogi oraz licha reżyseria sprawiły, że nawet aktorzy takiego formatu jak Ewan McGregor oraz Natalie Portman wypadli na ekranie bez szału. O ile widzowie dopisali i zapewnili oczekiwany sukces finansowy, to trzy nominacje do Złotych Malin oraz statuetka ze reżyserię „Ataku Klonów” były jasnym sygnałem, że krytykom filmowym nie udzielił się ich entuzjazm. Sprawy nie poprawiło także obsadzenie w roli dorastającego Anakina Skywalkera Haydena Christensena, którego zdolności aktorskie od lat, konsekwentnie i złośliwie przyrównuję do drewnianego kołka. Wyznania miłosne, czy wybuchy nienawiści – dla pana Christensena nie ma różnicy, jedzie na tej samej tonacji, przenosząc kolejne sceny w nowy wymiar autoparodii.

Do dziś dziwi mnie decyzja Lucasa, żeby samodzielnie napisać i wyreżyserować drugą trylogię. W swoich wspomnieniach wielokrotnie podkreślał, że praca u filmowych podstaw nie należy do jego ulubionych zadań, co z resztą wpłynęło – i to w dobry sposób – na klasyczną trylogię. O ile najstarsza cześć GW była w pełni jego autorskim dziełem, to dialogi i sam scenariusz dopieścili wspomniani wcześniej Gloria Katz i Bill Huycks. Z „Imperium Kontratakuje” oraz „Powrotem Jedi” sprawa wyglądała już inaczej. Lucas nakreślił jedynie fabularny skrypt, natomiast reżyserowanie i pisanie scenariusza powierzył już lepszym od siebie. I to się czuje – „Imperium Kontratakuje” przez wielu fanów uznawane jest za najlepszą część serii. „Powrót Jedi” budził już nieco kontrowersji – by nakręcić sprzedaż zabawek, do filmu wprowadzono rasę nadrzewnych miśków, Ewoków, które niespecjalnie pasowały do idei wojny partyzanckiej, czyli jednego z ważniejszych wątków filmu.

Dekoracje? To przeżytek! ©Disney

Tym razem Lucas do swej dyspozycji miał technologię potrzebną do zrealizowania swojej wizji bez jakichkolwiek kompromisów, co paradoksalnie, negatywnie odbiło się to na jakości trylogii „prequelowej”. Nadużywanie efektów generowanych komputerowo (CGI) oraz wszędobylski „green screen”, który w postprodukcji zastąpiono scenografią i pejzażami obcych planet, nie zapewniły klimatu starszej trylogii. Nie można także zapomnieć o nieszczęsnym Jar Jar Binksie, najbardziej znienawidzonej przez fanów postaci z tego uniwersum. Powołanie go do filmowego życia przy pomocy łączenia techniki „motion capture” i obecnego na planie aktora, niewątpliwie było wielkim krokiem w rozwoju efektów specjalnych, jednak finalnie otrzymaliśmy infantylnego półgłówka, który w tylko teorii sprawdził się w roli elementu komediowego. George Lucas powinien ograniczyć się do tworzenia tzw. „storyline”, gdyż w roli scenarzysty/reżysera stanowczo nie służy widzom.

Marketing ruszył jednak pełną parą, zapełniając półki sklepowe najróżniejszymi produktami z logo GW na etykiecie – można było nawet znaleźć ziemniaki w gwiezdno-wojennej siatce. Kilka lat później (2008) pęd za kasą udzielił się, niestety, także Spielbergowi, gdyż czwarta część przygód Indiany Jonesa to, w moim nieskromnym przekonaniu, najgorsze dzieło tego reżysera. Po scenie z lodówką nic już nie mogło uratować tej produkcji w moich oczach – stworzenie gniota tego formatu, z tak doborową obsadą, musiało wymagać naprawdę wiele samozaparcia.

Finalna scena „Powrotu Jedi” – oryginał oraz wersja „ulepszona”. ©Disney

Wersja Specjalna Gwiezdnych Wojen okazała się jednak jedynie wstępem do lucasowej manii poprawiania i przerabiania swoich filmów – dziś już nie zobaczymy ani Wersji Specjalnej, ani trylogii „prequelowej” w pierwotnej kinowej wersji. Przykłady? Bardzo proszę – z końcowej sceny „Powrotu Jedi” zniknął Sebastian Shaw, czyli bladolicy Darth Vader bez maski, a zastąpił go Hayden Christensen, czyli aktorskie drewno z nowszej trylogii. W „Mrocznym Widmie” nie znajdziemy już animatronicznej lalki mistrza Yody, którą zastąpiła animacja komputerowa. Osobom zainteresowanym tematem polecam przeszukanie YouTube, gdzie nie brakuje zestawień porównujących kolejne wydania filmów – edycja DVD – zmiany, edycja Blu-ray – zmiany…

Expanded Universe – czyli jak to naprawdę było

Fotorealistyczna grafika – rocznik 1997. ©Disney

Expanded Universe, czyli świat GW poszerzony o wydarzenia poprzedzające, jak i dziejące się po klasycznej filmowej trylogii, miał swój początek jeszcze pod koniec lat 70-tych, ale dopiero niemal 20 lat później uzyskał swój pełen potencjał. Z początku były to głównie książki, z czasem włączono do tego także inne media, w tym gry i seriale animowane. Punktem, który przyciągnął najwięcej uwagi i był jednocześnie świetnym testem możliwości marketingowych Lucasfilm był projekt „Cienie Imperium”. Składały się na niego książka, świetna gra komputerowa oraz komiksy i zabawki. Fabularnie „Cienie Imperium” przedstawiały wydarzenia dziejące się między „Imperium kontratakuje” a „Powrotem Jedi” – Leia szuka sposobu na odbicie Hana Solo z łap Bobby Fetta, natomiast na życie Vadera zaczyna dybać inny ulubieniec Imperatora – książę Xizor, szef największej organizacji przestępczej, działającej przy cichym przyzwoleniu Imperium. Książka świetnie łączyła wątki obu filmów i wypełniała fabularne luki między nimi, natomiast gra porywała grafiką – trójwymiarowa bitwa o planetę Hoth w tamtych czasach prezentowała się naprawdę fenomenalnie.

Trylogia wprowadzająca do EU Wielkiego Admirała Thrawna. ©Disney

Uniwersum książkowe to dzieło różnych autorów, i z racji tego, ich poziom jest dość zróżnicowany. Niektóre tytuły to zwykły skok na kasę, inne zdobyły wiele branżowych nagród literackich i część fanów uznaje je za ciekawsze nawet od klasycznej trylogii. W moim przekonaniu największe zasługi należą się Timothy’emu Zahnowi, który do życia powołał najciekawszą postać spoza filmów – Wielkiego Admirała Thrawna, geniusza strategii i analitycznego myślenia. Gdy pojawiły się zapowiedzi nowej trylogii, przedstawiającej wydarzenia po „Powrocie Jedi”, byłem przekonany, że nareszcie zobaczymy Thrawna na dużym ekranie – cóż, Disney zdecydował inaczej.

Najistotniejsze jednak było to, że wszystkie tytuły zazębiały się w jedną całość, a pisarze śmiało „pożyczali” sobie nowe postacie, aby ich losy rozwijały się także na stronach pisanych przez kolegów po fachu – grunt, żeby wszystko pozostało „w rodzinie”. Wraz z przejęciem przez Disneya praw do Gwiezdnych Wojen, Expanded Universe przestał być uznawany za kanoniczne rozwinięcie filmowych wątków – wielka szkoda, gdyż przedstawione w nim wydarzenia prezentowałyby się na dużym ekranie równie dobrze, albo może i lepiej, od fabuły dwóch najnowszych filmów.

Old Republic

Ideą „Starej Republiki” było pokazanie wydarzeń dziejących się kilka tysięcy lat przed wydarzeniami z filmów. Nie spotkamy więc tu Skywalkerów, ale nie zabrakowało nowych, równie ciekawych postaci. Fundamentem dla tego mini-uniwersum były dwie genialne gry RPG wydane przez BioWare: „Star Wars: Knights of the Old Republic” oraz jej kontynuacja. Do dziś uznaje się je za jedne z najlepszych tytułów RPG jakie pojawiły się na sklepowych półkach, nie tylko z racji świetnej grywalności, lecz także znakomitej fabuły z „twistem” godnym słynnego „I am your father”. Dziś „Old Republic” rozwijana jest w formie gry MMORPG, a promujące ją trailery są bardziej klimatyczne niż „prequelowa” trylogia. Choreografia walk na miecze świetlne to wizualna ambrozja.

 

Rozwinięcie klasycznej trylogii

Expanded Universe zabierał nas w różne punkty czasowe klasycznej trylogii – przed, po, jak i w trakcie filmów, lecz z perspektywy innej postaci, często przelotnie widzianej w kadrze. Świetnym tego przykładem jest zbiór opowiadań „Opowieści z kantyny Mos Eisley” – poznajemy w niej losy niektórych gości słynnego lokalu, w którym Obi-Wan i Luke pierwszy raz spotkali Hana Solo. W każdym z opowiadań na chwilę trafiamy do kantyny i z innego punktu widzenia obserwujemy zamieszanie wywołane przez Kenobiego i jego miecz świetlny. Losy truchła Greedo, czyli zastrzelonego przez Solo zielonego obcego, to czyste „Fargo”…

Karty książek, komiksów oraz wydawane przez LucasArts gry komputerowe, krok za krokiem rozbudowywały Expanded Universe, zabierając nas w znane lokacje, jak i na nowe światy. Autorzy dbali jednak o to, by wszystkie publikacje i projekty łączyły się w jedną całość. Gdy w trakcie gry „Jedi Outcast – Jedi Academy” odwiedzamy opuszczony zamek Vadera na Vjun, natrafimy na zniszczoną statuę mrocznego lorda – komu ów posąg przeszkadzał dowiadujemy się z komiksu „Mroczne Imperium”. Takie smaczki przenosiły Gwiezdne Wojny w zupełnie nowy wymiar zabawy, jednocześnie zachęcając fanów do śledzenia losów galaktyki z najróżniejszych stron. A działo się sporo, gdyż śmierć Imperatora i zniszczenie drugiej Gwiazdy Śmierci bynajmniej nie oznaczały całkowitego upadku Imperium – pod kontrolą imperialnych sił zbrojnych wciąż pozostawały tysiące systemów, w tym Coruscant, planeta-miasto i jednocześnie stolica galaktyki. Wojna wciąż trwała, a zaprowadzenie nowego porządku okazało się zadaniem na lata. Leia i Han Solo zaczynają poważnie myśleć o wspólnej przyszłości, a do Luke’a dociera, że tylko od niego zależy przywrócenie do życia zakonu Jedi.

Wielki Admirał Thrawn. ©Disney

Punktem zwrotnym jest odbicie Coruscant z rąk Imperium – rodzi się Nowa Republika. Luke na księżycu Yavina, siedzibie sztabu Rebeliantów z pierwszego filmu, zakłada Akademię Jedi. Tu swoje szkolenie rozpoczynają ci, którzy przetrwali czystkę Imperatora oraz ich potomkowie. Z wygnania powraca jednak Wielki Admirał Thrawn – geniusz wojskowy, jeden z nielicznych imperialnych dowódców niebędący człowiekiem, lecz przedstawicielem rasy Chissów – humanoidów wyróżniających się niebieską skórą i czerwonymi oczami. Obcy w szeregach Imperium nie miał wielkich szans na karierę, jednak niemal paranormalny zmysł strategiczny Thrawna uczynił go jednym z największych dowódców imperialnej floty – przynajmniej do czasu. Thrawn szybko zjednoczył pod swoją banderą resztki Imperium, a jego umiejętności okazały się wielkim wyzwaniem dla Nowej Republiki.

Jednocześnie Leia i Han czekają na narodziny dzieci – bliźniaków Jainy i Jacena Solo. Porwanie ciężarnej Leii to dla Thrawna priorytet, gdyż jego zdaniem następcą Imperatora powinien zostać człowiek posługujący się Mocą. Najlepiej wychowany pod jego okiem…

Wyeliminowanie jednego zagrożenia staje się wstępem do kolejnego – powraca Imperator Palpatine. Po śmierci z rąk Vadera jego esencja życiowa umknęła do sklonowanego ciała skrytego gdzieś w światach Jądra Galaktyki. Nowe, siejące śmierć i zniszczenie machiny bojowe oraz służący mu adepci Ciemnej Strony okazują się jeszcze większym problemem, niż sam Thrawn. Luke uznaje, że tylko pójście drogą ojca może zapewnić mu zwycięstwo i dopiero interwencja Leii wyciąga go z macek Ciemnej Strony – swój udział ma tym także Anakin Solo, trzeci potomek rodu Solo. Zwycięstwo jest jednak krótkotrwałe – Imperator powraca po raz kolejny, jednocześnie dodając do swego arsenału kosmiczne działo liniowe pozwalające na niszczenie planet z dowolnego zakątka galaktyki.

Ostateczne pokonanie Palpatine’a daje Luke’owi więcej czasu na rozwijanie Akademii Jedi – jednak nawet tu Ciemna Strona Mocy znajduje swoich wyznawców. Tymczasem Otchłań, galaktyczne skupisko czarnych dziur i innych kosmicznych anomalii, opuszcza Admirał Natasi Daala, trzymająca pieczę nad skrytym tam laboratorium testowym nowych broni Imperatora. Znajduje się tam m.in. prototyp Gwiazdy Śmierci oraz niemal niezniszczalny statek pozwalający na destrukcję gwiazd. Z takim arsenałem admirał Dalla szybko przyciąga uwagę Nowej Republiki.

Ślub Luke’a Skywalkera i Mary Jade. ©Disney

Także Luke zakłada rodzinę. Jego żoną zostaje poznana podczas kryzysu z Thrawnem Mara Jade, dysponująca Mocą dawna agentka Imperatora do zadań specjalnych. Ich syn, Ben Skywalker, dołącza do nowego pokolenia Jedi – Jainy, Jaicena i Anakina Solo. Tu moja znajomość tematu się, niestety, kończy – od lat obiecuje sobie przysiąść i zaliczyć wszystkie książki Expanded Universe, ale zwyczajnie brakuje mi już na to czasu…

Disney wchodzi do gry!

Star Wars: Rebels to nowy, tworzony już przez Disneya kanon EU. ©Disney

W 2012 roku Lucas zdecydował się sprzedać prawa do Gwiezdnych Wojen Disneyowi. Jednocześnie zaczęło być głośno o kolejnych filmach – kontynuujących wątki poprzednich trylogii, osadzonych 30 lat po wydarzeniach z „Powrotu Jedi”, jednak bez uwzględnienia Expanded Universe w jego pierwotnej formie. Była to dla mnie bardzo nieprzyjemna niespodzianka, bo trudno mi było uwierzyć, że lata pracy innych autorów pójdą zwyczajnie do kosza – a jednak. Ciekawostką może być ocalenie Admirała Thrawna – obecnie jego młodszą wersję można spotkać w serialu „Star Wars: Rebels”, dziejącym się między epizodem trzecim a czwartym filmowej sagi. Aparycja i geniusz imperialnego dowódcy pozostały bez zmian, jednak możemy śmiało wykluczyć, że jego losy po zakończeniu galaktycznej wojny domowej będą się pokrywać z wydarzeniami przestawionymi w książkowej trylogii Timothy’ego Zahna.

I to był dla mnie główny problem podczas projekcji „Przebudzenia Mocy”. Świat GW, który znałem i któremu przez lata kibicowałem, zniknął – na ekranie pojawiły się nowe postacie i odniesienia do wydarzeń stojących w sprzeczności ze znanym mi kanonem. Koszmarem był także absolutny brak szerszego kontekstu wydarzeń przedstawionych w filmie – co się wydarzyło przez te 30 lat? Skąd wziął się Najwyższy Porządek i jego lider Snoke? Dlaczego Republika nie wspiera Ruchu Oporu w ich walce, a Leia działa w tej kwestii na własną rękę? Te kwestie zostaną poruszone w nowym Expanded Universe, który Disney tworzy już na własną rękę. I tym razem nie będą to tylko książki, gry i seriale – „Łotr 1”, świetnie oddający ducha klasycznej trylogii, to właśnie przedstawiciel nowego, rozszerzonego kanonu.

Kylo Ren – emo w sithowskiej skórze. ©Disney

Nie sposób także nie zauważyć, że „Przebudzenie Mocy” jest filmem fabularnie bardzo zbliżonym do najstarszych „Gwiezdnych Wojen” – znów mamy sympatycznego robota z ważną wiadomością, początkującego herosa, czy raczej heroinę, rodem z pustynnej planety i kolejną Gwiazdę Śmierci, swojsko nazwaną Bazą Starkiller. Pozytywnych reakcji nie wywołał u mnie także następca Vadera – Kylo Ren i jego godne pożałowania wybuchy histerii, dalekie były od zimnej furii, z jaką Vader traktował podwładnych przynoszących złe wieści. A salwa śmiechu na widowni, która nastąpiła po zdjęciu hełmu przez nowego czempiona Ciemnej Strony, na długo jeszcze pozostanie w mojej pamięci.

Nie znaczy to jednak, że z kina wyszedłem ciężko oburzony i przysięgający srogą internetową pomstę na Disneyu – film jako samodzielne dzieło jest naprawdę zacny i z niecierpliwością czekałem na kolejną część. Jednak nie napędzała mnie już do tego fascynacja Gwiezdnymi Wojnami jako takimi, lecz zwyczajna ciekawość, jak nowe wątki zostaną dalej rozwinięte. Dla mnie bowiem kanonem zostanie stary, dobry Expanded Universe – i basta! Ale to wcale nie znaczy, że nie mogę dobrze się bawić na kolejnych filmowych częściach gwiezdnej sagi.

Gwiezdne Wojny: Część 8 – Ostatni Jedi – recenzja ze spoilerami!

Odważnie! – to pierwsze co przyszło mi do głowy po zobaczeniu napisów końcowych. I to nawet bardzo odważnie, gdyż „Ostatni Jedi” z pewnością nie podąża drogą „Imperium Kontratakuje” – a był to jeden z głównych zarzutów części widzów względem „Przebudzenia Mocy”, które w dużym stopniu przypomniały otwarcie klasycznej trylogii. „Ostatni Jedi” idzie nawet dalej i przekuwa wady poprzednika w mocne strony – czy taki był zamysł twórców od początku? Tego nie wiem, jednak wypada przyznać, że film oglądałem z wypiekami na twarzy i tych kilka fabularnych wpadek, których nie sposób było przegapić na ekranie, nie zdołało mi popsuć seansu.

Kylo Ren nareszcie przestał zachowywać się jak emo z problemami nad kontrolą gniewu. Scenę, w której Snoke kpi z jego maski i histerycznego stylu bycia, śmiało można potraktować jako przeniesienie opinii widzów na ten temat do samego filmu – czerwony miecz, maska i modulator głosu nie uczynią cię Mistrzem Ciemnej Strony. Nie sposób także nie docenić warsztatu aktorskiego Adama Drivera, wcielającego się w tę postać. O ile jego udział „Przebudzeniu Mocy” kojarzył mi się występem Adriana Brody’ego w „Predators” (Władysław Szpilman walczy z kosmicznymi samurajami – no litości!), tak tym razem znakomicie oddał ambicje i motywacje tej postaci. Wielki ukłon z mojej strony także dla Marka Hamilla – tuż przed wizytą w kinie straszono mnie, że Luke Skywalker przypominać będzie kapitana Jacka Sparrowa z „Piratów z Karaibów”. Pozwolę się nie zgodzić z takim odbiorem tej postaci – Mistrzowie Jedi, szczególnie ci na wygnaniu, dziwaczeli w taki czy inny sposób. Pod zgorzkniałą maską wciąż jednak można dostrzec przebłyski młokosa, który trzy dekady wcześniej ruszył galaktyce na ratunek.

Wielkie brawa także dla scenarzystów za wyjście poza utarty schemat i bezpardonowe zakończenie kariery Snoke’a – jak widać, zerwanie z „sithowskim” nazewnictwem nie przełożyło się na zmianę filozofii wyznawców Ciemnej Strony. Uczeń nadal czeka na każde potknięcie Mistrza, by wbić mu nóż, czy inny miecz świetlny, w plecy. Spory potencjał na pewno kryje w sobie też konflikt między Kylo Renem a generałem Huxem i pozostaje mieć nadzieję, że zostanie to odpowiednio wykorzystane w kolejnej części.

Imponująco prezentują się także scenografie – wyspa Skellig Michael (nie mylić ze Skellige – nie ta bajka :] ) to po prostu magiczne miejsce, idealne do roli pierwszej świątyni Jedi. Trudno również uwierzyć, że kasyno Canto Bight to „tylko” Dubrownik w Chorwacji. Nie zawodzą także efekty specjalne i projekty statków – flagowy okręt Pierwszego Porządku swym ogromem zostawia daleko w tyle „Egzekutora” Dartha Vadera. Kto by pomyślał, że połączenie kadłuba Gwiezdnego Niszczyciela z ideą samolotu „latające skrzydło” będzie prezentować się równie spektakularnie? Bitwy w kosmosie także wypadają niesamowicie, zwłaszcza w 3D, i nie przychylam się do opinii, że nalot dywanowy w warunkach zerowej grawitacji to niedorzeczność. Grunt, że było spektakularnie i z przytupem!

Nieszablonowość scenariusza objawia się także w kliku innych aspektach. Film jest wyraźnie bardziej hmm… genderowy? W poprzednich trylogiach liczba postaci kobiecych była stosunkowo niewielka – księżniczka Leia, królowa Amidala i pojawiająca się na parę chwil Mon Mothma zasadniczo zamykały listę istotnych dla fabuły kobiet. Tu nie sposób przegapić Generał Leii, a do tego dochodzi Rey, kapitan Phasma, Rose Tico i wiceadmirał Holdo. Z tą ostatnią postacią wiąże się kolejna nietuzinkowość fabuły. Chyba każdy spodziewał się, że zgodnie z filmowym standardem, to pani admirał okaże się coraz bardziej niekompetentna i ostatecznie dzień ocali niepokorny Poe Dameron i jego testosteron – a tu proszę! Testosteron należało spacyfikować strzałem ogłuszającym i to panie uratowały wszystkim skórę.

Natomiast jako kompletną porażkę odebrałem motyw z eksplozją na mostku krążownika Ruchu Oporu. W pierwszej chwili pomyślałem, że scenarzyści w tak wulgarnym stylu zdecydowali się usunąć postać księżniczki Leii z kolejnej części filmu – śmierć cudownej Carrie Fisher niewątpliwie skomplikowała przedstawienie losów jej bohaterki w finale trylogii. Dodanie do tego motywu rodem z Mary Poppins jedynie pogorszyło sprawę, bo do tej pory na ekranie nie widzieliśmy równie niedorzecznego wykorzystania Mocy.

Średnio sensownie wypada także geneza wyprawy Finna i Rosy po pomoc. Powiem nawet więcej – cały motyw śledzenia floty Ruchu Oporu przez Najwyższy Porządek jest sklecony bardzo nieporadnie. O ile sam pościg oraz jego finał wciskały w fotel, tak idea spacyfikowania urządzenia śledzącego na flagowym niszczycielu Snoke’a przedstawiona jest w mało czytelny sposób. Można nawet odnieść wrażenie, że scenarzyści sami do końca nie wiedzieli, jak rozszerzyć fabułę o dodatkowy wątek – sam pościg plus trening Rey to jednak nieco za mało, by zapełnić niemal 2,5-godzinny film.

Chewbacca w sterowni Sokoła Millenium – rok 1977. ©Disney

Dostaliśmy także małe nawiązanie do solowego filmu o młodym Hanie Solo, który trafi do kin w przyszłym roku. Złote, spięte łańcuszkiem kostki pierwszy raz na ekranie pojawiły się już w 1977 roku – bankowo ten wątek pojawi się w „Solo: A Star Wars Story”.

„Ostatni Jedi” zachwycił krytyków, ale podzielił widzów – widać to w komentarzach pod recenzjami. Część z nich to peany pochwalne, część to czysty hejt i dopiero wczoraj zrozumiałem, jaka może być jego geneza. To urażona duma znawców tematyki, którzy podczas seansu przekonali się, że ich wiedza na temat GW jest bezużyteczna i znajdują się w tej samej sytuacji, co mniej zaznajomieni z uniwersum widzowie. Scenarzyści zafundowali nam bowiem bezkompromisową zmianę, której esencją są słowa Kylo Rena: „Czas pozwolić przeszłości umrzeć. Snoke, Skywalker, Sithowie, Jedi, Rebelianci – niech giną.” I tak odważna zmiana frontu też może się podobać, a jeżeli ktoś stawia swoją dumę, nad dobrą zabawę – jego wybór. Krążąca po Sieci petycja o usunięcie „Ostatniego Jedi” z kanonu jest tego kwintesencją…

Przed nami kolejne dwa lata oczekiwania na finał sagi, które osłodzi nam przyszłoroczny film o Hanie Solo. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie to dzieło równie klimatyczne jak „Łotr 1” – obsada z pewnością prezentuje się godnie. A czego możemy się spodziewać w finale nowej trylogii? Wszystkiego! I to chyba jest w tym wszystkim najfajniejsze.