Soulsy. Jakie są, każdy widzi. Wymagające (głównie cierpliwości i samozaparcia) i trudne, ale także satysfakcjonujące, a poziom satysfakcji rośnie wprost proporcjonalnie do poziomu trudności. To idealne gry na terapię, doskonałe gry kołczingowe. Ktoś, kto ukończył całą trylogię, musi być dobrze zmotywowany.

A że oprócz Dark Souls mamy też Bloodborne, a obok Bloodborne – także Sekiro, to na brak wyzwań nie sposób narzekać. A co z osobami, które na grach od FromSoftware zjadły zęby (i, być może, sztuczną szczękę), a teraz czekają na nowe produkcje, które jednak nie nadchodzą? To właśnie dla nich powstają soulslike – gry „podobne” do Dark Souls. Podobne – choć niekoniecznie pod każdym względem.

Przyjrzyjmy się siedmiu najciekawszym, zdaniem piszącego te słowa, soulslike’om wydanym na przestrzeni ostatnich kilku lat – i sprawdźmy, czy fani produkcji FromSoftware mają wśród nich czego szukać.

7. RAIN WORLD

Znam przynajmniej parę osób, które powiedzą, że Rain World nie jest grą soulslike. Trudno jednak nie dostrzec oczywistych podobieństw. System „ognisk”, których rolę pełnią tu „schronienia”, bezpieczne przystanie, w których Slugcat, nasza postać, specyficzna krzyżówka ślimaka i kota, może się „przespać” i zregenerować. Piekielnie wysoki poziom trudności. Prawie całkowity brak wskazówek (gdzie iść, co robić? o co tu w ogóle chodzi?). Zagadkowa fabuła prowokująca raczej do zadawania pytań niż konsumowania odpowiedzi. Jest tego sporo. Naprawdę dużo.

Rain World przemierzamy zdewastowany bliżej niesprecyzowaną katastrofą świat. Ekosystemsię załamał. Miejsce zwierząt zajęły dziwaczne stworzenia – takie jak Slugcat. Jesteśmy, niestety, na dole łańcucha pokarmowego; gorzej od nas mają chyba tylko nietoperze, na które musimy polować – i które trzeba konsumować. W ten sposób zwiększamy „poziom karmy” naszego Slugcata, co pozwala nam z kolei przechodzić do kolejnych, niedostępnych wcześniej lokacji. Wszystko w celu połączenia się z rodziną, od której oddzieleni zostaliśmy podczas deszczu. A przynajmniej tak się zdaje, bo w miarę odkrywania kolejnych sekretów nasz cel okazuje się zgoła inny – i nieoczywisty.

Zabija nas wszystko, ze wspomnianym deszczem włącznie. Pomiędzy jedną a drugą ulewą musimy więc przedostać się ze schronienia do schronienia, co daje nam jakieś nadzieje na przetrwanie. Nie możemy zastanawiać się zbyt długo, ale gra zdecydowanie wymaga uwagi i dłuższego namysłu. Stąd też zmuszeni jesteśmy do ostrożnej eksploracji i stopniowego pokrywania kolejnych obszarów. A miejsca, w które dotrzemy, są niesamowite.

6. HYPER LIGHT DRIFTER

Hyper Light Drifter nie jest może grą „najmłodszą” (ma już dobre parę lat), ale nadal trzyma się dobrze. Trudno zresztą się zestarzeć, kiedy jest się pixel-artem.

Akcję obserwujemy tu z góry, co daje nam dość spore możliwości. Nasz bohater zaczyna z podstawowym atakiem bliskodystansowym, z czasem jednak nasz arsenał, a także zestaw naszych umiejętności, powiększa się o kolejne ciekawe „zabawki”. Będziemy mieć dostęp do bomb i pistoletów, a każde z nich można ulepszać. Na ulepszenie wszystkiego nie wystarczy nam punktów; warto inwestować w te „ułatwienia”, z którymi gra się nam najlepiej. Grę da się przejść nawet bez nich, ale nie jest to łatwe zadanie.

To mówiąc: przejście Hyper Light Drifter w ogóle nie jest łatwym zadaniem. Jak na solidne soulslike przystało, gra jest trudna, choć, co ciekawe, nie aż tak bardzo, jak mogłoby się z początku wydawać. Z czasem, w miarę jak internalizujemy specyficzny sposób sterowania i unikania ataków, kolejne z wykonywanych przez nas czynności stają się coraz bardziej intuicyjne. Nie zmienia to faktu, że bossowie potrafią dać się we znaki – choć i oni bywają tu trudniejsi i łatwiejsi.

Hyper Light Drifter ma też wyjątkowo ciekawą fabułę, którą warto poznać, choć będzie to wymagało od nas sporej dozy lorehuntingu. To jednak coś, czego od soulslike’ów oczekujemy. Nie ma więc co narzekać: czas brać się do dzieła. Hyper Light Drifter jest dostępny na niemal wszystkich wyobrażalnych platformach, łącznie z Linuxem.

5. DARK DEVOTION

Dark Devotion mam do powiedzenia prawie same dobre rzeczy, czemu dałem zresztą wyraz w recenzji, która ukazała się w ostatnim numerze MAGAZYNU TECHSETTER (nawiasem: polecam). To świetny soulslike – świetny i mroczny. Gra opowiada historię świata rządzonego przez Templariuszy, których podstawowym i nadrzędnym celem jest uwolnienie ich boga, istoty uwięzionej w pradawnej świątyni znajdującej się w wysokich, niedostępnych górach. Świątynię tę opanowałydemony. Jej odbicie – i uwolnienie przetrzymywanego w niej „Wszechmogącego” – ma przynieść światu zbawienie i uwolnić ludzi od trosk doczesności.

Brzmi podejrzanie, by jednak poznać całość fabuły, będziecie musieli się nieźle natrudzić, bo Dark Devotion – jak na porządne soulslike przystało – nie jest grą prostą. Nie jest też krótkie. Przemierzanie podziemi pradawnej świątyni polega nie tylko na nieustannej walce z zagrożeniami; to również badanie ukrytych pomieszczeń, burzenie ścian, odkrywanie przejść. Wszystko to, co lubimy w Soulsach najbardziej. A oprócz tego solidni bossowie.

Gra oferuje też ciekawy system rozwoju postaci, który, choć satysfakcjonujący, nigdy nie pozwoli nam osiągnąć prawdziwej „potęgi”. Zawsze będziemy czuć się nieco zagrożeni; zawsze będziemy nieco za bardzo polegać na ekwipunku. To nie problem; to po prostu coś innego. Podejście, którego dotąd nie sprawdzano, a które sprawdza się całkiem dobrze. Gra aż do końca pozostaje wyzwaniem.

4. SALT AND SANCTUARY

Salt and Sanctuary jest produkcją głęboko niedoskonałą. I to chyba właśnie to jest jej największą siłą – jakkolwiek brzmi to paradoksalnie, jej niedoskonałość daje nam, graczom, ogromne możliwości, i to nie tylko w zakresie budowania postaci (a co za tym idzie: stylu gry), ale również poznawania świata (tym jest w S&S tajemnicza wyspa, na której budzimy się po katastrofie na morzu).

Gra robi wrażenie od pierwszej minuty. Wszystko jest tu tajemnicze i w dużej mierze nierozpoznane. Intro przedstawia nam pewien kontekst – jest nim kontekst polityczny. Ale połączenie przedstawionych w grze wydarzeń z informacjami z tej ekspozycji wymagać będzie od Was sporo pracy i fantazji. Ostatecznie da się to zrobić, jednak – nie inaczej niż w pozostałych produkcjach tego rodzaju – należy w tym celu naprawdę pomyśleć. Wysiłek, jaki twórcy Salt & Sanctuary włożyli w budowę „tła fabularnego” – i rozwiązania, które zastosowali, by fabułę tę przedstawić graczowi – są zdecydowanie godne pochwały.

Co więcej? No cóż. Gra należy do tych dłuższych. Na pewno nie będziecie narzekali też na brak różnorodności. Lokacji jest mnóstwo, a każda z nich ma do zaoferowania coś nowego, odmiennego. Jednocześnie nie sposób nie zatrzymać się na chwilę nad jego spójnością i konsekwencją.

A co oprócz tego? Bardzo ciekawy system rozwoju postaci i ekwipunku – oparty w dużym stopniu na przypadkach „niedogranego” balansu. Czy niedogranego celowo, czy nie, to nieważne. Fakt, że działa to na korzyść tej gry. A eksplorowanie tych „imbalansów” to naprawdę mnóstwo frajdy.

Nawet jeśli pozwala na załatwianie bossów pojedynczym uderzeniem.

3. TITAN SOULS

Jeśli gra ma soulsy w nazwie, to z całą pewnością coś nam to mówi.

Titan Souls stawia nacisk na eksplorację i walkę z bossami. W zasadzie – są to jedyne rzeczy, jakie będziecie tu robić. Albo zwiedzać, albo walczyć, a jak walczyć, to z szefami. Żadnych tam „mobków”, żadnych zwykłych przeciwników. Tylko bossowie, a każdy z nich inny.

To ciekawe rozwiązanie. Tym ciekawsze, że większość przeciwników, podobnie jak my, ginie od jednego uderzenia. Uderzenia – a raczej strzału, bo nasz bohater jest tu łucznikiem. Do dyspozycji mamy tylko tę broń – i tylko jedną strzałę, którą po każdym ataku musimy „podnieść”, ewentualnie „przyciągnąć”, co również daje nadzieję na zranienie przeciwnika. Nie myślcie jednak, że czyni to grę łatwiejszą. Jest wprost przeciwnie, a specyficzna mechanika rozgrywki sprawia, że przy każdej kolejnej potyczce nie tylko trzeba się sporo namęczyć, ale, co ważne, sporo pomyśleć.

2. NIOH

Soulslike w realiach siedemnastowiecznej Japonii; propozycja dla osób, które ograły Sekiro – i chciałyby więcej. Ale nie pozwólcie się zwieść: NiohSekiro to dwie zupełnie inne produkcje; na co innego położono w nich nacisk – i pomimo pozornego podobieństwa są od siebie bardzo różne.

Różne nie tylko pod względem rozgrywki, która w Sekiro pozostaje bliżej źródeł, a w Nioh – by tak powiedzieć – „idzie w eksperymenty”. Odmienne także pod względem klimatu, bo Sekiro jest jak Siedmiu Samurajów, a NiohOstatni Samuraj (chociaż z niewątpliwym twistem). Na co innego położono też nacisk. Nioh to rozgrywka wymagająca ogromnej precyzji i refleksu. W Sekiro chodzi raczej o eksplorację, również dlatego, że daje pod tym względem znacznie większe możliwości.

Ponieważ Nioh okazał się sporym sukcesem, i zasłużenie, twórcy zapowiedzieli, że pojawi się sequel. Grę można ogrywać zarówno pod Windowsem, jak i na PS4.

1. HOLLOW KNIGHT

Nie ma co gadać: Hollow Knight to istne piekło. To gra tylko dla hardkorów, dla osób, które najlepiej czują się ginąc i które naprawdę nie boją się Wyzwań – wyzwań pisanych z wielkiej litery.

A niby takie urocze robaczki…

Ale! Aby nie pozostawać gołosłownym – fragment rozgrywki. Wyjątkowo wymagający etap platformowy, na szczęście nieobowiązkowy. Nie zmienia to wcale faktu, że te obowiązkowe etapy też mają na swoim sumieniu setki tysięcy zgonów. Lub więcej.

Oczywiście Hollow Knight to nie tylko [ewidentnie przesadzony] poziom trudności. To również świetna gra – tak po prostu. Rzecz robi bardzo dobre wrażenie nawet w oderwaniu od swoich soulsowych korzeni. Te widać wprawdzie niemal w każdym jej aspekcie, od rozgrywki po fabułę. Jest tu jednak nowa jakość, której zaprzeczać po prostu się nie da. To pełnoprawna dojrzała produkcja, której przejście może zająć od 30-kilku godzin aż do ~100, a nawet dłużej. Choć speedrunnerzy kończą ją prędzej. Mam na koncie run w 5 godzin, światowy rekord to parędziesiąt minut.

Ze względu na swoją popularność, dalece przekraczającą to, do czego przyzwyczaiły nas produkcje niezależne, Hollow Knight dorobił się także – prawie dorobił, nadal czekamy – kontynuacji. Hollow Knight: Silksong, czyli oficjalny sequel, ukaże się wkrótce, lecz kiedy – nie wiemy. Odpowiedzialne za grę studio, Team Cherry, lubi się spóźniać.

Dopóki dowożą gry tej jakości, nie muszą się spieszyć. Mogą się spóźniać.