Pamiętacie słynną scenę z Terminatora, kiedy Arnold Schwarzenegger rzuca policjantowi siedzącemu w okienku krótkie „I’ll be back”?

Kiedy w 2016 roku, po 33 latach produkcji, legendarna lecz mocno już podstarzała terenówka odchodziła do historii, dla zatwardziałych fanów kończyła się pewna epoka. Wielu twierdziło, że tej legendy nie da się już przywrócić do życia, tymczasem minęły trzy lata i… Def powraca. Ale czy rzeczywiście jest to pojazd, który jest bezpośrednim następcą legendy? Czy może raczej korzysta tylko z ikonicznej nazwy, żeby stworzyć wrażenie kontynuacji tradycji? Dawne Defendery słynęły ze stosunkowo prostej i wytrzymałej konstrukcji, a ich naprawę powinien z powodzeniem przeprowadzić nawet kowal z użyciem młotka i podstawowego zestawu kluczy. Nie było tam skomplikowanych systemów elektronicznych tylko sprawdzone rozwiązania mechaniczne. Karoseria posiadała aerodynamikę kredensu kuchennego, a wnętrze stanowiło połączenie tego, co znamy z rodzimych Tarpanów i Ursusa C-330. Stary dowcip mówił, że Land Rovery wyjeżdżały już zepsute z fabryki i reperacje oraz usprawnienia trzeba było rozpocząć bezpośrednio po zakupie. Niemniej cieszył się statusem auta kultowego, a nawet wytworzył wokół siebie coś na kształt subkultury.

Zgodnie jednak z prawami rynku jego czas musiał minąć i mimo lamentów z wielu stron minął. Firma jednak nie zdobyła się na wprowadzenie następcy bezpośrednio po zakończeniu sprzedaży poprzednika. Być może nie byli gotowi, ale co stałoby na przeszkodzie kontynuować sprzedaż starego Defendera i jednocześnie prowadzić prace nad nowym? Pewnie nic, ale producent jednak zdecydował, że między starym a nowym modelem musi upłynąć trochę czasu, żeby emocje i kurz nimi wzniecony opadły. I patrząc z perspektywy czasu wydaje się, że była to słuszna strategia. Trzy lata temu rynek nie był gotowy na nowego Defendera w formie, jaką nam zaprezentowano na frankfurckim Motor Show. Przepaść dzieląca poprzednika od następcy jest po prostu ogromna. Ale czy coś z legendy udało się zachować?

Patrząc na karoserię z zewnątrz widać trochę nawiązań. Przód jest niemal pionowy (nieco przypomina Freelandera i poprzedni model Discovery), podobnie jak drzwi do tylnej przestrzeni bagażowej, które także otwierają się jak w poprzedniku i noszą na sobie koło zapasowe. Bryła auta, jeśli spojrzeć na nią przez przymrużone powieki, może się faktycznie wydawać podobna do starego Defa. Zwłaszcza w przypadku wersji krótszej, czyli 90. Zachowano nawet charakterystyczne okienka na styku boku i dachu w tylnej części nadwozia. Widać też pewne nawiązania stylistyczne w detalach nadwozia. Według mnie całość wygląda bardzo zgrabnie, masywnie, jak na prawdziwą terenówkę przystało, ale jednocześnie nowocześnie i po prostu przyciąga wzrok. Można powiedzieć, że Land Roverowi udało się nawiązać do charakterystycznej bryły oryginału. We wnętrzu echo starego Defendera widzimy w zasadzie chyba tylko w kształcie kierownicy i stylizacji zegarów. Ukłonem w stronę tradycji jest też zastosowanie gumowych wykładzin, które, jak w poprzedniku, można po prostu zmyć bieżącą wodą. Ale reszta to już zupełnie inna bajka.

Nowy Defender to komputer na kołach, zaprojektowany by wjechać wszędzie tam, gdzie, na pierwszy rzut oka, na kołach wjechać się da. Wyposażony w wiele systemów ułatwiających jazdę w terenie, kamer pokazujących, co aktualnie mamy pod kołami, automatyczny system podnoszenia zawieszenia podczas brodzenia w wodzie (do aż 90 cm!) i system do jego obniżania, kiedy chcemy samochodem podjechać na przykład pod operę. Ma imponujący kąt natarcia (38 st.) i zejścia (aż 40 st.), a do tego kąt rampowy w wersji dłuższej, czyli 110 wynosi solidne 28 st. (31 st. w wersji 90). Nie brakuje oczywiście mechanicznej blokady centralnego mechanizmu różnicowego z możliwością doposażenia auta w aktywną blokadę tylnego. Całość uzupełnia reduktor o przełożeniu 2,93.

 

 

Można też wybierać w wersjach silnikowych, ale nawet najsłabszy, dwustukonny diesel powinien sobie dobrze radzić z ważącym ponad dwie tony autem. Przyspieszenie do setki zajmie wprawdzie około 10 sekund, ale za to odwdzięczy się przyzwoitym zużyciem paliwa (w mieście katalogowo 8,4 l/100km, w trasie około 7 litrów na „setkę”). Do tego ma imponujące 430Nm momentu obrotowego. Ale jeśli to dla kogoś zbyt mało, to będzie mógł wybrać rzędową, sześciocylindrową, czterystukonną hybrydę, która do setki rozpędza się w około 6 sekund zadowalając się około 12 litrami benzyny w mieście (ok. 8 l w trasie). Ta jednostka napędowa dysponuje aż 550Nm momentu obrotowego! Nawet jeśli uznać, że podane przez producenta wartości odnośnie zużycia paliwa są zaniżone i dołożyć do nich zwyczajowe 10-15%, to biorąc pod uwagę masę samochodu i jego aerodynamikę nie będą to wartości odstraszające.

Defender to nieźle przemyślana i ładnie opakowana terenówka, która… no właśnie. W tym miejscu powstaje pewien problem. To auto jest tak nowoczesne i ładne, że nie będzie już na pewno służyło do tych celów, do których używano poprzednika. Nie sądzę, aby ktoś pakował się nim na ubłocone szlaki, brodził po szyby w wodzie i pokonywał skaliste wzniesienia. Podobnie jak niewielu to robi nowymi Range Roverami. Z tego punktu widzenia Def nie jest już tym samym, czym był poprzednik. Nie jest autem wyprawowym, mimo że posiada wszystko (a nawet więcej lub lepiej niż konkurenci), co potrzebne, by nim być. Nie spotkamy go jednak na bezdrożach Afryki, Azji czy Ameryki Południowej. Raczej będzie przemierzał nadmorskie bulwary, aleje wielkich miast i autostrady. Nie sądzę, by znalazło się wielu tunerów, którzy będą z niego robić prawdziwe, rasowe auta wyprawowe. Tym modelem Land Rover oddał chyba symbolicznie miejsce Toyocie, która nadal produkuje proste, wytrzymałe i w miarę tanie auta terenowe chętnie kupowane w krajach, gdzie z powodu stanu dróg lub ich braku liczy się prostota i niezawodność, a na innych rynkach nawet nie oferowanych w oficjalnym kanale sprzedaży. Zresztą ta nisza na rynku jest i tak coraz bardziej zajmowana przez pick-upy.

A może się mylę? Może tak będą podróżować overlanderzy nowego pokolenia, a ja jestem już zwyczajnie przeterminowany? Czas pokaże. 

Póki co sądzę, że nowy Defender celuje w innego klienta i na pewno znajdzie wielu nabywców, zważywszy na to, jaką ma specyfikację i jak wygląda raczej nie martwiłbym się o popyt. Czy ja chciałbym znaleźć się w gronie posiadaczy? Tak, a nawet zdecydowanie tak. Jest to piękne i nowoczesne auto, a mnie wystarczyłaby sama świadomość, że mogę nim przejechać bieszczadzkie bezdroża, gdybym tylko chciał. Polskie ceny mają podobno startować od około 240 tysięcy.

 

Źródło: landrover.pl