Lato, lato wszędzie! A jak lato, to i aktywność na świeżym powietrzu! Przynajmniej w teorii, bo jak to jest w praktyce – różnie bywa. Za ciepło. Dzisiaj jakoś wieje. Jutro ma padać. Na wieczór zapowiadali burze. To co, że jest 10.00, burza może nadejść znienacka – ostatnie tygodnie wyraźnie to pokazały! A poza tym, to jest już końcówka lipca, a wszelkie treningi lepiej zacząć od początku miesiąca – wiadomo.

Na szczęście należę do grona osób, które jakieś dwa lata temu zmotywowały się do regularnego ruszania „czterech liter” i czerpania z tego korzyści psychosomatycznych. Bo wiadomo, że w zdrowym ciele, zdrowy duch – o tym już mówił starożytny poeta Juwenalis z Akwinum. Wtedy jeszcze nie było na tę tezę naukowych dowodów, dzisiaj już są, więc jak się okazuje – Juwenalis wiedział co mówi.

Spacery z psem po lesie (mam to szczęście mieszkać nieopodal jednego. Lasu, nie psa), przejażdżki rowerowe po okolicy pełnej leśnych ścieżek, spokojnych, lokalnych dróg, przesmyków pomiędzy polami pszenicy, jęczmienia, żyta i kukurydzy – no jest gdzie jeździć, biegać i urządzać piesze wędrówki. No dobra, biegać nie lubię, więc tego nie robię – co będę ściemniał? A że przy okazji recenzji słuchawek i głośników dałem Wam się poznać jako meloman, to nierzadko zabierałem ze sobą swoje niezawodne, bezprzewodowe „soniacze”.

Ostatnio jednak zrezygnowałem z nich, gdyż otrzymałem na testy gadżet, którego nigdy wcześniej nie miałem okazji używać – sportowe okulary… z funkcję głośników – słuchawek. Właściwie już teraz, na samym wstępie mogę zdradzić, że Bose Frames Tempo okazały się ciekawą alternatywą dla standardowych gadżetów grających. Nie tylko dlatego, że łączą w sobie funkcjonalność wygodnych okularów przeciwsłonecznych i audio. Zawsze lubię to uczucie, kiedy mam wrażenie, że osoby odpowiedzialne za projekt i wykonanie jakiegoś urządzenia od początku do końca miały jasną, konkretną i nieprzekombinowaną wizję. Frames Tempo takie odczucie dawały.

 

 

Za testowany gadżet na chwilę obecną trzeba zapłacić 1200 zł i szczerze mówiąc – jakoś wielce mnie ta cena nie zaskoczyła. Bose jest uznanym na całym świecie producentem sprzętu grającego, w tym audio rangi Premium, i ta pozytywna renoma nie wzięła się znikąd. Pierwsze okulary grające Bose pojawiły się na rynku dopiero w 2019 roku, jednak Frames Tempo Style są pierwszymi okularami dla sportowców. A tu wymagania mogą być znacznie wyższe niż w przypadku lifestyle’owych Frames Soprano czy Frames Tenor, a także Frames Alto i Frames Rondo. Można zatem powiedzieć, że w tej kategorii Amerykanie dopiero zbierają doświadczenie. Tylko, czy będzie to mogło stanowić jakąś taryfę ulgową?

 

Specyfikacja techniczna

specyfikacja:Bose Frames Tempo Style
wykonanie: Oprawki - nylon TR 90
Noski i tył zauszników - sylikon
Szkła - poliwęglan
Etui - nylon balistyczny
waga: 50 gramów
zasilanie: bateria
mikrofon: tak
podwójny, wbudowany w prawy zausznik
ważne cechy: - łączność bezprzewodowa poprzez Bluetooth 5.0
- odporność na mocne zachlapanie (norma IPX4)
- wymienne szkła
- technologia Open Ear Audio
- obsługa Asystenta Głosowego Google oraz Siri
- możliwość odbierania połączeń (telefon, Skype, WhatsApp, Messenger)
w pudełku: - okulary Bose Frames Tempo Style
- etui
- przewód USB-A - USB-C do ładowania
- wymienne noski w dwóch rozmiarach
- ściereczka do czyszczenia okularów

Wygląd i wykonanie

W opakowaniu Bose Frames Tempo Style, oprócz niezbędnej „papierologii” w postaci krótkiej instrukcji obsługi oraz warunków gwarancyjnych, znajduje się czarne etui do przechowywania okularów, przewodu ładowania okularów (ale absurdalnie to brzmi) oraz wymiennych, sylikonowych „nosków” w dwóch rozmiarach. Bardzo starannie wykonane i leciutkie etui, muszę dodać. Producent chwali się, że wykonano je z nylonu balistycznego. Splot włókien na powierzchni jest bardzo ciasny, a sam futerał odpowiednio usztywniony. Budzi zaufanie.

Bose Frames Tempo wyraźnie odstają stylistycznie od zdecydowanie bardziej uniwersalnych Frames Soprano i Tenor. Tam mamy dodatkową nutkę elegancji, tutaj  – charakterystyczny dla okularów sportowych styl. Lekko zadziorny, ale bez przesady. Okulary sportowe zawsze kojarzą mi się z brakiem dolnych oprawek i we Frames Tempo także tej cechy nie zabrakło. Nylonowe, czarne oprawki znajdują się tylko u góry poliwęglanowych „szkieł”. To nie tylko zabieg stylistyczny, gdyż okulary posiadają opcjonalne, wymienne szkła, dostosowane do różnych warunków oświetleniowych, a brak dolnej ramki znacząco ułatwia ich wymianę. Dodatkowe soczewki trzeba sobie kupić osobno. W przeciwieństwie do wspomnianych już „nosków”, które znajdują się w zestawie.

Chciałoby się powiedzieć, że Frames Tempo wyglądają jak zwykłe okulary, ale to nie do końca prawda. Zauszniki z wbudowanymi głośniczkami (po dwa w każdym) są naturalnie szersze niż w normalnie spotykanych okularach. Gdzieś tę elektronikę trzeba upchnąć, co nie? Poszerzona została jednak wyłącznie nylonowa, przednia część zauszników. Fragment zachodzący za uszy jest wykonany z bardzo lekkiej i elastycznej gumy bądź sylikonu. Dzięki temu okulary bardzo dobrze trzymają się głowy, ale nie będę wyprzedzał faktów – do ergonomii dojdę za moment.

Bose deklaruje wodoszczelność okularów zgodnie z normą IPX4, co zgodnie z wytyczną powinno chronić przed kroplami wody padającymi z różnych kierunków. To oznacza, że Frames Tempo powinny być odporne na deszcz oraz krople potu. Pierwszej kwestii nie miałem okazji sprawdzić, gdyż żaden deszcz mnie nie złapał w czasie wojaży, ale biorąc pod uwagę fakt, że Frames dalej działają, to przed zgubnym działaniem potu się uchroniły. Do odkrytego portu ładowania (USB-C) oraz pod przycisk zasilania/parowania woda dostać się nie powinna, gdyż te elementy umieszczono na spodzie prawego zausznika. Jeżeli już, to woda mogłaby ewentualnie dostać się do środka przez skierowaną ku górze pierwszą parę głośniczków, ale siateczka je chroniąca jest na tyle gęsta, że można jej zaufać.

 

Ergonomia

Największym zaskoczeniem dla mnie był fakt, że praktycznie nie czułem tego, że noszę nie-zwykłe okulary. Dopóki nie sparowałem ich ze źródłem dźwięku, rzecz jasna. Frames Tempo mnie nie drażniły nawet po zrobieniu kilkunastu kilometrów rowerem ani nie przeszkadzały w żaden sposób. Chociaż nie da się ukryć, że Frames Tempo czuje się inaczej na skroniach niż zwykłe okulary, czy to korekcyjne, czy przeciwsłoneczne. Ciężko jest zignorować zauszniki, które w najszerszym miejscu mierzą 3 cm, a ich grubość ma 1 centymetr.

Zaskoczeniem może być także fakt, że gadżeciarskie okulary od Bose ważą zaledwie 50 gramów. Dla porównania, noszone przeze mnie okulary korekcyjne ważą 26 gramów. Czy ta różnica jest odczuwalna przy noszeniu? Dla mnie absolutnie nie.

Bardziej istotną dla mnie kwestią, i tu podejrzewam, że nie będę jedyny, jest to, jak okulary sprawują się w czasie aktywności sportowych – w końcu do tego zostały stworzone. Moje doświadczenie każe mi pisać, że pod tym względem Frames Tempo wypadły wzorowo jeżeli chodzi o jazdę na rowerze, spacery i sport niewymagający bardzo gwałtownych ruchów i zrywów całego ciała. Przy bieganiu (tak, zmusiłem się do krótkiej, ok. 2-kilometrowej przebieżki) może nie było aż tak idealnie, ale przy tej czynności ciało pracuje bardziej dynamicznie, więc i okularom było trudniej utrzymać się na nosie. Ale ich ledwie odczuwalne podrygi nie przeszkadzały, a sprzęt nie zsuwał się z głowy – to najważniejsze. Nie robiłem w nich salt ani targnąłem się na inne ekwilibrystyczne aktywności, których pewnie nawet producent nie przewidział, więc nie odpowiem Wam na pytanie, jak Frames Tempo spisują się przy takich wygibasach.

W tej części recenzji muszę także wspomnieć o obsłudze okularów Bose podczas uprawiania sportu. Wymyślono to całkiem nieźle, gdyż głośność okularów reguluje się przesuwając palcem po prawym zauszniku w przód (głośniej) lub tył (ciszej). Palec musi celować w okolice umieszczonego tam logo, dzięki czemu łatwo można wymacać, gdzie reagujący na dotyk obszar się znajduje. Dwukrotne pacnięcie natomiast aktywuje Asystent Głosowego Google (w przypadku sparowania ze smartfonem z Androidem) lub Siri na smartfonach od Apple.

Umieszczony pod spodem przycisk zasilania nie tylko jest odpowiedzialny za włączenie i wyłączenie głośników, ale też za sterowanie odtwarzanymi utworami. Działa m.in. ze Spotify, aplikacją YouTube oraz PowerAMP, a producent pisze także o kompatybilności z Apple Music. Pojedyncze wciśnięcie pstryczka pauzuje lub wznawia odtwarzanie, a szybkie dwukrotne kliknięcie przełącza utwór. Natomiast trzy szybkie kliki cofną do poprzednio odtwarzanej piosenki. Co prawda cały czas mówię tu o muzyce, ale przecież nikt nie zabroni nam słuchać np. audiobooka, co nie?

Połączenia głosowe (telefoniczne, Skype, WhatsApp) także odbiera się i kończy za pomocą przycisku wielofunkcyjnego.

 

Jak to gra?

Pora odpowiedzieć na pytanie, co oferują Bose Frames Tempo pod kątem jakości dźwięku? Zanim jednak do tego dojdę – małe wprowadzenie teoretyczne, żebyście dobrze wiedzieli o czym w ogóle piszę.

Okulary wyposażono w cztery niewielkie głośniczki, po parze na każdy zausznik. Jeden znajduje się od dołu, a drugi skierowany jest ku górze, zresztą już o tym wspominałem. Bose nie wykorzystuje tutaj technologii bazującej na przewodnictwie kostnym, jak niektóre grające okulary, a na swoim własnym patencie nazwanym Bose Open Ear Audio. Nie wchodząc w szczegóły związane z akustyką, sprawa wydaje się prosta – chodzi o to, żeby nie zatykać sobie uszu oraz nie odcinać się od dźwięków otoczenia i jednocześnie cieszyć się wysokiej jakości dźwiękiem, jak ze słuchawek. Czyli trzeba zrobić tak, żeby dźwięk z urządzenia trafiał bezpośrednio do kanału słuchowego, ale bez potrzeby umieszczania w nim głośnika. I stąd już prosta droga do wniosku, że najlepiej, żeby źródło dźwięku znajdowało się zaraz przy małżowinie, której naturalną rolą jest zbieranie bodźców dźwiękowych z otoczenia i przekazywanie ich do kanału słuchowego.

Moje pierwsze doświadczenie z tego typu sprzętem grającym oceniam pozytywnie. Nie jest to co prawda efekt, który zerwałby mi czapkę z głowy i wprowadził na nowy poziom doznań słuchowych, ale Frames Tempo grają naprawdę przyjemnie i oferują bogaty dźwięk, w którym da się wyłapać całkiem sporo detali. Ale nie oszukujmy się – tego od Bose należy nie tyle oczekiwać, co wręcz wymagać. Podobnie jak klarowności odtwarzanej muzyki – ten punkt także można odhaczyć. Szerokość sceny także jest całkiem przyzwoita i wypada lepiej niż w niejednych słuchawkach.

Nie mogę też narzekać na zbalansowanie poszczególnych częstotliwości, ale niestety za jakość dźwięku odpowiada tutaj głównie góra i mocno rozbudowany środek. Musicie wiedzieć, że Frames Tempo nie uraczą Was rozbudowanym, głębokim basem i nie ukrywam, że brakuje mi go. Niskie częstotliwości są zdecydowanie zbyt delikatnie zakreślone. Na szczęście słychać je tam, gdzie powinny się znaleźć. Jeżeli po cichu liczyliście, że podczas wędrówki basior zmiażdży Wam skronie, to nic takiego się nie zdarzy. Nie jest to też w żadnym stopniu sprzęt, który można określić mianem audiofilskiego.

Charakterystyka dźwięku to jedno, ale skoro Bose tyle mówi w publikacjach dotyczących Frames Tempo o Open Ear Audio, to z obowiązku muszę wspomnieć, że fizyka, biologia oraz psychologia (szczególnie dział odpowiedzialny za zmysły) marketingowe zapewnienia o „pozostaniu w pełnym kontakcie z otoczeniem” szybko wyjaśniły. Nie ma opcji, żeby dźwięk sączony z bliska bezpośrednio do kanału słuchowego nie „odciął” użytkownika od dźwięków otoczenia.

Owszem, wciąż nie miałem zatkanych uszu, jak w przypadku dokanałowych słuchawek, ani zakrytych uszu, jak w słuchawkach wokółusznych i nausznych. Może szybciej byłbym w stanie zareagować na potencjalne niebezpieczeństwo, ale ciężko mi było znaleźć złoty środek pomiędzy punktem, w którym będę słyszał wyraźnie muzykę i miał kontakt z otoczeniem a punktem, gdzie dźwięki tła zejdą na dalszy plan z korzyścią dla odtwarzanych przez sprzęt od Bose treści. Albo cicho słyszałem muzykę, ale w miarę wyraźnie otoczenie, albo słyszałem praktycznie tylko muzykę. A do tego dochodził jeszcze szum wiatru. Przykro mi, ale nie doświadczyłem tu żadnej magii. Chociaż przyznać muszę, że przy okazji słuchania audiobooka Open Ear Audio miał sporo więcej sensu. Ale też głos lektora pozbawiony tła muzycznego nie był w stanie tak angażować narządu słuchu jak muzyka.

Mikrofony

Skoro okulary od Bose wyposażone są w dwa mikrofony tworzące jedną wiązkę akustyczną, to o ich jakości wypada wspomnieć. I tutaj nie ma sensu się rozwodzić, gdyż wszystko, co mówiłem było wyraźnie słyszalne po drugiej stronie. Żaden z moich rozmówców nie skarżył się na problemy z jakimikolwiek zakłóceniami. Kiedy sam przyjąłem rolę osoby słuchającej, mogłem osobiście to potwierdzić. Co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, gdyż mikrofony umieszczone są po wewnętrznej stronie prawego zausznika, więc spodziewałem się, że przekazywany przez nie dźwięk może być przytłumiony. Nic takiego jednak nie miało miejsca.

 

Bateria

Frames Tempo wyposażono w niewielki akumulator. Amerykanie nie podają jego pojemności, ale wg ich deklaracji powinien wytrzymać ok. 8 godzin korzystania. Ładowanie zaś odbywa się poprzez przewód USB-C (dołączony do zestawu) i trwa ok. godziny. Moje obliczenia pozwalają mi oszacować, że akumulator faktycznie wyczerpał się po ok. 8 godzinach korzystania z okularów. Z tym, że było to korzystanie przerywane. Nie robiłem żadnego ośmiogodzinnego maratonu. Raczej to wyglądało tak: godzinna przejażdżka rowerem, innym razem 1,5-godzinny spacer, znowu rower itd. Zsumowawszy wszystkie wyniki uzyskałem ok. 7,5 godziny działania. Więc producent nie ściemniał.

Okulary nie posiadają żadnego fizycznego wskaźnika naładowania, ale mając włączone komunikaty głosowe, po każdorazowym uruchomieniu słuchawek syntezator oznajmi ile procent baterii jeszcze pozostało.

 

Aplikacja Bose Music

Oczywiście, jak praktycznie każdy smart-gadżet, tak i Frames Tempo mogą być obsługiwane i zarządzane z poziomu smartfona. W tym przypadku przyda się aplikacja Bose Music, którą można pobrać ze Sklepu Play (urządzenia z Androidem) lub Apple Store.

Soft od Bose przeprowadza przez cały proces parowania i konfiguracji urządzenia. Wszystko jest banalnie proste i właściwie wytłumaczone, w dodatku aplikacja jest przetłumaczona na język polski. Nie zabrakło także instrukcji obsługi i porad dotyczących sparowanego z aplikacją produktu.

Dzięki aplikacji można zarządzać połączeniem Frames Tempo oraz włączać/wyłączać dodatkowe opcje. Takie jak chociażby automatyczne wyłączanie słuchawek, kiedy obróci się je szkłami do dołu (strasznie irytujące, jeżeli zapominałem, że ta opcja jest włączona, a na chwilę zdjąłem okulary, żeby zetrzeć pot z czoła – sprawdzone kilkukrotnie) czy wyłączenie komunikatów głosowych informujących np. o sparowaniu okularów, a także o stanie naładowania baterii i nadchodzącym połączeniu głosowym.

Opcją, która na pewno warto sobie pozostawić włączoną jest detekcja ruchu. Dzięki tej funkcji okulary wyłączają się automatycznie po 10 minutach braku zmiany położenia. Szkoda, że tego czasu nie można skrócić, ale to i tak pozwala uratować baterię przed przesadnie szybkim rozładowaniem.

Czego mi zabrakło? Jakichkolwiek (sic!) funkcji zmieniającej jakość dźwięku. Nie ma tutaj żadnej funkcji podbijającej basy albo tony wysokie. Nie ma korektora cyfrowego. Bose, Wy się chyba zajmujecie sprzętem grającym, co nie? I nikt nie wpadł na to, żeby w aplikacji znalazł się chociaż prosty equalizer?

 

Podsumowanie

Okulary Bose Frames Tempo są gadżetem bardzo specyficznym i raczej dla wąskiej grupy odbiorców – zapalonych sportowców spędzających w terenie sporo czasu. No właśnie – w terenie. Przecież nikt nie ubierze okularów przeciwsłonecznych na siłownię czy inne zajęcia fitness odbywające się wewnątrz budynku. A żeby było sens nosić okulary przeciwsłoneczne, to i jeszcze słońce by się przydało. Chociaż niekoniecznie, bo zmiana soczewek pozwoli na korzystanie z Frames Tempo nawet w warunkach średniego i słabego oświetlenia.

No ale dobrze – jeżeli już jesteś tą osobą, która nie wyobraża sobie dnia bez dłuższej lub krótszej przebieżki, wędrówki czy przejażdżki, to Bose Frames Tempo mają szansę stać się całkiem fajnym dodatkiem do wyposażenia. Okulary przygotowane są naprawdę dobrze. Budzą zaufanie swoim wykonaniem, są bardzo ergonomiczne i po prostu nadają się do tego, do czego zostały stworzone.

Największy problem mam z jednoznaczną oceną ich jako gadżetu do słuchania muzyki. Z jednej strony – Bose. Każdy, kto kiedyś poszukiwał jakiegoś sprzętu grającego z wyższej półki o marce zza oceanu słyszał nie raz. A jeżeli miał okazję wypróbować słuchawki lub głośniki od Amerykanów – tym lepiej dla niego. Z drugiej – to „tylko” sprzęt mający zrobić nam tło do aktywnego spędzania czasu i ewentualnego odbierania połączeń. Nikt raczej nie będzie rozpływał się nad każdym akordem, detalem odkrytym gdzieś na drugim albo trzecim planie akompaniamentu, kiedy bardziej skupia się na swoim oddechu lub na trasie. I jako takie tło Bose Frames Tempo się sprawdzają, ale jeżeli zależy Wam przede wszystkim na najwyższej jakości odtwarzanej muzyki, to lepiej mimo wszystko zdecydować się na porządne słuchawki. Tak jak napisałem wcześniej – to nie jest sprzęt audiofilski. Ale! Jeżeli lubicie sobie puścić w terenie jakiś audiobook, to okulary od Bose sprawdzają się świetnie i mają szansę być wygodniejszym rozwiązaniem niż zestaw okulary + słuchawki.