Uwaga: ze względu na treść artykułu, jest on przeznaczony dla osób powyżej 18 roku życia.

Wszelkiego rodzaju smart-gadżety i tzw. Internet Rzeczy (IoT) to technologie, które dzisiaj dość gęsto nas otaczają, uprzyjemniają i ułatwiają nasze życie. Czasem frustrują, a nawet budzą mniej lub bardziej uzasadniony lęk. Mamy z nimi do czynienia na co dzień: w skali mikro, czyli w naszych kieszeniach oraz domostwach, oraz makro – na mieście, kiedy interaktywna tablica pokazuje nam w czasie rzeczywistym czas do odjazdu następnego autobusu. Tego typu usługi już w najbliższym czasie mają szansę się gwałtownie rozrosnąć. Sieć 5G i Wi-Fi najnowszej generacji (Wi-Fi 6) mają być wytrychem pozwalającym dynamiczniej rozwijać się idei połączonych ze sobą niewidzialną siecią urządzeń na niespotykaną dotąd skalę. Zazwyczaj bywa tak, że skoro pewne technologie już istnieją i są używane, to różnego rodzaju firmy, producenci oraz zwykli ludzie wpadają na coraz to kolejne pomysły, jak je można jeszcze wykorzystać. I w tym momencie karuzela mniej lub bardziej pokręconych pomysłów na gadżety, zabawki i akcesoria zostaje mocno pchnięta. A na karuzeli radośnie kręci się konsumpcjonizm oraz kreatywny marketing.

Rynek oczywiście uwielbia stwarzać nowe potrzeby i mówić konsumentom, że „tego właśnie potrzebujesz!” albo „to odmieni twoje życie i wyniesie je na nowy poziom” i żadna to tajemnica ani odkrycie. Tak samo, jak to, że jedną z najlepiej sprzedających się rzeczy jest seks i wszystko, co kręci się wokół niego. Erotyczne zabawki to jedna z tych rzeczy, do zakupu których raczej nikt się specjalnie nie przyznaje, ale wiele par oraz singli w swojej „tajnej szufladzie” jakimś cudem to i owo posiada. Już wiecie dokąd zmierza ten wywód?

Czy tego chcecie, czy nie, akcesoria mające wznieść erotyczne uniesienia na wyższy poziom to już nie tylko podłużni, gumowi albo lateksowi przyjaciele oraz dmuchane towarzyszki nocy, ewentualnie wibrujący w jednym z kilku dostępnych trybów. To także zaawansowane technologicznie elektroniczne cuda z dziedziny elektroniki użytkowej, a nawet robotyki, które dzisiaj zaczynają pojawiać są na targach elektronicznych tuż obok elektrycznych hulajnóg, autonomicznych odkurzaczy, podążających za podróżnikiem walizek, telewizorów OLED i zdalnie sterowanych pralko-suszarek. Elektroniczne gadżety, które mogłyby być bohaterami jakiejś pokręconej wersji Toy Story dla dorosłych, zaczęły wychodzić z szuflad i nocnych szafek na salony. Co się natomiast kompletnie nie zmieniło? Ich naczelna funkcja.

Erotyczne gadżety pojawiają się także od 2017 roku na berlińskich targach elektroniki użytkowej IFA – największej imprezie tego typu w Europie i jednej z największych na świecie. Mało tego, organizowana przez Niemców impreza uchodzi za dobry przykład tego, jak można z klasą i w sposób przyjazny i edukacyjny eksponować tego typu nowinki technologiczne. W tym roku produkty z branży „sex-tech” pojawiły się po raz pierwszych na targach CES, odbywających się rokrocznie w Las Vegas. A skoro już ktoś połączył zaawansowaną elektoronikę z uciechami cielesnymi, to może warto im się nieco bliżej przyjrzeć?

 

Gumowe masażery i inne bajery

Fot.: Wojtek Laski / EAST NEWS

Dildo –  to nie imię Hobbita z historii Mistrza Tolkiena, a zabawka erotyczna w kształcie penisa. Chociaż kiedyś mówiło się o… turystycznym aparacie do masażu, a po polsku zazwyczaj mówimy „wibrator”. Jak zwał, tak zwał. Wiadomo o co chodzi. Wystarczy podłużny, obły kształt, a wyobraźnia podpowie resztę. Chociaż tego typu gadżety nie są niczym nowym, a najstarsze odkryte (najprawdopodobniej) dildo jest już dawno po gwarancji, gdyż jego wiek szacuje się na 28 tys. lat, to współczesne „masażery” to nie tylko miękka otoczka z delikatnych, lateksopochodnych materiałów z bateryjką w środku, ewentualnie regulacją prędkości czy intensywności… masowania. Firmy zajmujące się projektowaniem i produkcją wibratorów potrafią je wyposażyć w zmieniającą kształt formę, piloty, a nawet… kamerkę. Nie pytajcie po co, chociaż gdzieś spotkałem się z tłumaczeniem, że to w celach autodiagnostycznych, żeby móc zobaczyć, czy tam w środku jest wszystko w porządku… Do tego nierzadko dochodzi możliwość połączenia gadżetu z aplikacją w smartfonie za pośrednictwem Bluetooth lub Wi-Fi. Przecież ma być „smart”, co nie?

Niektóre „masażery” się wyginają, inne potrafią stymulować wrażliwe na pieszczoty części ciała na mnóstwo sposobów. Niedziwne skoro coś ma dwa silniczki, szesnaście trybów działania, kilka gotowych profili, łączy się ze smartfonem oraz zgina w dwóch miejscach, co pozwala dostosować kształt do swoich preferencji, potrzeb i aktywności. A w dodatku mieści się w kieszeni czy małej torebce. Taką propozycję wysunęła firma MysteryVibe w swoim POCO.

 

POCO stało się małym hitem targów elektronicznych IFA w 2019 roku, a o urządzeniu rozpisywały się takie redakcje, jak Cosmopolitan, Elle, Vice, Vogue, CNET czy Men’s Health. Zresztą, sam producent przedstawia go jako „najbardziej zaawansowany wibrator na rynku”. Co wydaje się przesadzone, gdyż ta sama firma posiada w swojej ofercie jeszcze bardziej zaawansowaną formę wibratora – Crescendo. I jego też określa w podobny sposób. Marketing – nie ogarniesz.

 

 

W każdym razie, Crescendo posiada nie dwa, a sześć silniczków i zgina się w czterech, a nie dwóch miejscach. No i oczywiście można go połączyć z aplikacją, żeby samemu skomponować sobie (lub partnerowi) tryb działania. Oprócz tego może być ładowany indukcyjnie, więc można po położyć na ładowarce tuż obok smartwatcha czy telefonu.

Gdyby do opisanych gadżetów dodać funkcję, którą może pochwalić się OhMiBod Esca2 od firmy Kiiroo, można by mówić o współczesnym dildo kompletnym. Chociaż tak naprawdę nie wiem, czy można by było. Wiecie o co chodzi – gusta i guściki. W każdy razie – Esca2 umożliwia sprawianie przyjemności sobie, ale też swojemu partnerowi, od którego oddzielają nas złe kilometry. Urządzenie może się łączyć z aplikacją FeelConnect, a ta zaś pozwala na połączenie Esca2 ze smartfonem osoby, do której wyślemy „zaproszenie” w postaci kodu QR. Po przyjęciu zaproszenia, partner może „zarządzać” Esca2 sprawiając przyjemność komuś, kto może znajdować się po drugiej stronie globu. A jakby tego było mało, to wibrator od Kiiroo może też zostać sparowany z interaktywnymi grami erotycznymi czy nawet zestawem gogli VR.

 

Nie wygląda jak stereotypowe dildo, prawda? Fot. Kiiro

Wibrator z wbudowaną kamerką – brzmi dziwnie, co nie? Generuje pytania, a odpowiedzi nie każdy chce znać. Wcześniej przytoczyłem jedną, w jakiś sposób całkiem rozsądną. Zasłyszałem ją w trakcie jakiejś relacji z tragów IFA sprzed dwóch lat. W każdym razie już w 2017 roku na rynek trafił Siime Eye Wireless Camera Vibrator od firmy Svakom. Oprócz sześciu trybów wibrowania, gadżet wyposażony został w kamerkę zaglądającą… no tam właśnie, no gdzie ma zaglądać? Chociaż w sumie posiadanie takiego gadżetu mogłoby przydać się chociażby mechanikom albo hydraulikom, żeby sięgać tam gdzie wzrok nie sięga… Nieważne. Kamerka jest na samym czubku elektronicznego przyjaciela, a żeby było ciekawiej, to łączy się ona ze smartfonem, tabletem lub komputerem poprzez sieć Wi-Fi i umożliwia bezpośrednie streamowanie wideo lub zdjęć do adresata. I z tym wiąże się mała afera, która wybuchła niedługo po premierze Siime Eye. Otóż okazało się, że gadżet jest bardzo podatny na ataki hakerskie i wcale nie trzeba było skończyć kursu u Anonymous albo być członkiem DedSecu, gdyż, jak stwierdził serwis Pen Test Partners, wystarczy elementarna wiedza z hakerskiego know-how żeby z łatwością można było przechwytywać przesyłane treści. No i cała intymność poszła się kochać.

Rzecz jasna, to nie jest tak, że kamerka zawsze jest włączona. Żeby ją uruchomić, trzeba wcisnąć odpowiedni przycisk na silikonowej obudowie Siime Eye. Czy hakerzy są w stanie ominąć ten detal? Tego nie wiem.

 

 

Smart-dildo nie brakuje na rynku i chociaż wyszczególniłem tutaj zaledwie kilka najbardziej jaskrawych i wyróżniających się egzemplarzy, to tak naprawdę jest to zaledwie kropla w morzu. Przygotowując się do pisania tego tekstu i przeglądając mnóstwo stron poświęconych cyber-smart-seks-gadżetom (historia przeglądania na moim służbowym komputerze prezentuje się teraz bardzo ciekawie…), rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna rzecz – zdecydowana większość tego typu gadżetów unika wulgarności. Prezentują się raczej estetycznie i zmysłowo, pozbawione są tych najbardziej anatomicznych i sugestywnych detali, które mogą powodować u niektórych pewien niesmak, zażenowanie lub odpychać w jakiś inny sposób. Nieważne, czy mówimy o kieszonkowym wibratorze, czy urządzeniu, które trzeba chować pod łóżkiem. Reklamy i inne treści reklamujące nowoczesne seks-gadżety także unikają niepotrzebnej kontrowersji. Działanie marketingowe, czy potrzeby rynku? A może i to, i to?

 

„Jestem tu, aby sprawić ci przyjemność”

Dobra, poprzednia kategoria wydaje się nudna w porównaniu do tego, co oferują najnowsze lalki mające zaspokoić chuć. Chociaż „lalki” to dość błędne określenie, gdyż na ten moment mówimy już o robotach. Posiadających bardzo bogatą motorykę, mimikę twarzy, a nawet sztuczną inteligencję. A jakby tego było mało, ich możliwości spersonalizowania są ogromne. Poznajcie seks-roboty RealDoll X. Zapnijcie pasy, lecimy na rubieże Internetu!

 

 

Czy jesteście gotowi na humanoidalne roboty, który docelowo mają otrzymać pewien poziom samodzielności, a dzięki zaimplementowanej sztucznej inteligencji RealDoll X będą mogły robić to, czego żadna dmuchana towarzyszka nie była w stanie robić – nawiązywać „relacje”?

Robo-lalki RealDoll są dostępne na rynku od 5 lat i widać, że firma zna się na rzeczy. I nie chodzi już wyłącznie o zarabianie na urozmaiceniu seks-uciech, ale też znajomość zaawansowanej robotyki,, programowania i umiejętność wprowadzania w życie swoich pomysłów. Już dzisiaj lalki potrafią „rozmawiać” i nawiązywać „relacje”. Oczywiście, że w cudzysłowie, gdyż z prawdziwymi relacjami międzyludzkimi ma to tyle wspólnego, co zestaw powiększony z McDonalda ze zdrową, zbilansowaną dietą. Docelowo firma chce, żeby robo-partnerki (i partnerzy, zresztą też mają się pojawić) otrzymały także pewną autonomię i potrafiły nawet wykonywać „proste czynności” związane z życiem codziennym. O jakie konkretnie chodzi? Tego na razie nie wiem. Ale raczej robot za nas nie pójdzie na pocztę ani nie załaduje zmywarki. A może się mylę?

W jednej z prezentacji Matt McMullen, właściciel i założyciel RealDoll, mówił o modularności swoich robotów. Ma to umożliwiać łatwą wymianę elementów (nie tylko serwisową, naprawę i ułatwiać samą personalizację (np. kiedy użytkownik zechce zmienić twarz swojej robo-partnerki) oraz składanie robotów z gotowych elementów. Tych już na chwilę obecną jest mnóstwo, a spektrum nie tylko obejmuje wybór twarzy, koloru skóry, budowy ciała (bardzo… szczegółowy) czy fryzury i jej koloru, ale nawet takie detale, jak kolor lakieru u paznokci, szminki i intensywności makijażu w ogóle, a także kolor i jakość oczu. Do tego stopnia, że za dodatkową opłatą można dodać realistyczne gałki oczne, w białkach których będą widoczne naczynka krwionośne. Skóra ma w dotyku przypominać prawdziwą, a roboty mają być zaawansowane do tego stopnia, że będą w stanie „odpowiednio reagować” na erotyczne pieszczoty – głosowo oraz zachowaniem ciała. Ba! Twórcy planują nawet stworzyć specjalne sensory, które sprawią, że skóra cyber-partnerki nie tylko będzie przypominać w dotyku tę prawdziwą, ale też będzie miała odpowiednią temperaturę. Oczywiście, im więcej bajerów sobie zażyczy klient, tym więcej za robota trzeba będzie zapłacić. O jakiej kwocie mówimy? Nawet 60 tys. złotych. Najbardziej podstawowe wersje mają kosztować natomiast ok. 20 tysięcy.

 

 

Czymże byłby seks-robot na miarę XXI wieku, gdyby nie możliwość sparowania go z aplikacją umieszczoną na smartfonie czy tablecie? RealDoll oczywiście przygotował i taką sposobność, dzięki czemu posiadacz robota będzie mógł w prosty sposób zarządzać nim z poziomu swojego smartfona czy tabletu.

 

 

Robo-partnerki to stosunkowo nowi „towarzysze”, ale z samymi lalkami, także tymi bardziej konwencjonalnymi, wiążą się bardzo nietypowe historie. Raz na jakiś czas można się spotkać z historiami z opowiadającymi o związkach mężczyzny i sylikonowej seks-lalki. Kto od czasu do czasu przegląda „brukowce” musiał się z tym kiedyś spotkać. I nie, tym razem nie chodzi tylko o Japonię, która jest z tym zjawiskiem kojarzona. Podobne przypadki mają miejsce na całym świecie i co ciekawe – nie zawsze chodzi tutaj o posiadanie „partnerki” seksualnej, a o kogoś, o kogo będzie można się troszczyć, spędzać czas, rozmawiać czy… wyjść na spotkanie. Nie chcąc jednak odbiegać od tematu – skoro nawet zupełnie „martwe” lalki potrafiły na niektórych działać tak, że postanowili im się oświadczyć, to ciekawe jak pod tym kątem wypadną te bardziej „żywe” i „inteligentne”.

Jurij Tołoczko – kazachski kulturysta i bodybuilder oświadcza się swojej miłości. Ponoć powiedziała „tak”…

Witamy w wirtualnej rzeczywistości, wybierz swojego awatara

Jakieś 10 lat temu Felicia Day oraz ekipa z mini-serialu The Guild skomponowali piosenkę pt: „Do you wanna date my avatar?”, co w wolnym tłumaczeniu jest pytaniem „Czy chcesz umówić się z moim awatarem?” Piosenka z przymrużeniem oka traktowała o „romansowaniu” graczy pomiędzy sobą w grach MMO, taki jak np. World of Warcraft. Najczęściej para nigdy nie widziała się na żywo, i nigdy nie spotykała się ze sobą poza światem gry. W trakcie romantycznej schadzki na serwerze gracze najczęściej odgrywali swoje role niż prezentowali swoje realne „ja”. Chociaż zdarzały się przypadki, że po jakimś czasie Ork-barbarzyńca związał się z elfią czarodziejką nie tylko w grze, ale też w realnym życiu. Ale to już temat na inną historię. Dzisiaj natomiast tytuł piosenki mógłby mieć zgoła inne przesłanie.  

 

 

Oczywiście, że branża erotyczna nie mogła zignorować potencjału, jaki posiadają zestawy wirtualnej rzeczywistości, podobnie jak wcześniej nie odpuściła tematu gier wyświetlanych na monitorze czy TV. Filmy porno w wersji VR nie są niczym nowym i już po pierwszych premierach gogli wirtualnej rzeczywistości tego typu twórczość zaczęła się pojawiać dość szybko. To znaczy, koledzy tak mówili… W każdym razie – filmy to tylko jakaś tam mała część potencjału wykorzystania setów VR w celu zrealizowania swoich erotycznych fantazji. Prawdziwy potencjał drzemie w grach VR dla dorosłych, szczególnie tych, w których użytkownik może tworzyć własne postacie, odpowiadające oczywiście różnym, mniej lub bardziej wymyślnym wizjom randkowania i nie tylko. Wszystko oglądane oczywiście z perspektywy pierwszej osoby i z wykorzystaniem kontrolerów oraz ewentualnych gadżetów, które można zintegrować z grą, dzięki czemu użytkownik nie tylko obserwuje, ale też uczestniczy.

Obecnie można znaleźć mnóstwo różnego rodzaju erotycznych gier dla VR, jak to bywa, o różnej jakości – niektóre to interaktywne filmy, inne są produkcjami wykorzystującymi mniej lub bardziej zaawansowaną grafikę 3D (można znaleźć gry wykorzystujące np. silnik Unity, np. Holodexxx), a jeszcze inne to… kreskówki – w tych ostatnich szczególnie rozmiłowali się Japończycy przenosząc hentai (mangę i anime o zabarwieniu erotycznym czy wręcz pornograficznym) do interaktywnego świata wirtualnej rzeczywistości. Są gry przygodowe pełne różnego rodzaju mini-gierek zręcznościowych i/lub banalnych zagadek logicznych, gdzie zazwyczaj najważniejsza nagroda za cały trud zostaje wręczona w alkowie, a jeszcze inne to symulatory randkowania, gdzie na samym początku gracz poznaje swoją wybrankę. Później prowadzi całą znajomość – od pierwszego poznania i oskryptowanych rozmów z wirtualnym obiektem westchnień oraz prób przekonania go do naszych dobrych intencji, aż do – zazwyczaj – pierwszej wspólnej wizyty w sypialni. A że droga od startu do mety w tego typu grach jest podejrzanie krótka nie powinno nikogo dziwić. Zresztą, dzięki (a może „przez”) aplikacjom takim jak Tinder, w realnym świecie ten szlak również skrócił się dość znacząco. Czy to dobrze, czy źle – to rozważania na zupełnie inny tekst.

Co niektórym może wydawać się zaskakujące, że w niektórych grach umieszczono jakąś fabułę (chociaż niektóre dzieła tzw. „kina ślizganego” też ją posiadają), a nawet wyzwania, które pozwalają odblokować nowych uczestników wirtualnego fiku-miku albo stroje i gadżety dla nich. Mało tego, niektóry gry oferują także… nowe pomieszczenia, w których „może dziać się magia”, jak to mawiali bohaterowie MTV Cribs, kiedy odwiedzano sypialnię gwiazdy odcinka. No i oczywiście nikt nie powiedział, że trzeba poprzestać tylko na relacjach z ludźmi – jeżeli ktoś marzył o bliższym poznaniu powabnej elfki czy wampirzycy (chociaż Wiedźmin nauczył mnie, że z takimi lepiej się nie zadawać, szczególnie jak się ma niską hemoglobinę albo hemofilię), to droga wolna.

 

 

Albo antropomorficznego wilka czy lisicy – społeczność furry i miłośnicy yiff także mają swoich przedstawicieli w tej branży. W każdym razie – gry erotyczne, podobnie jak każde inne, starają się za wszelką cenę utrzymać gracza jak najdłużej przy sobie. Stąd też w niektórych grach pojawiają się okazjonalne eventy, w których nagrody nie różnią się specjalnie od tych z innych gier: skórki, gadżety, nowe stroje dla awatarów itd. Ale są też nagrody charakterystyczne dla tego gatunku. Pewnie domyślacie się jakie…

Gry z opisywanego gatunku przestają też odstawać od produkcji innych deweloperów pod kątem produkcji. Firmy zajmujące się produkcją gier erotycznych, nieważne w tym momencie czy na zestawy wirtualnej rzeczywistości, czy dla monitorów, inwestują w wysokiej jakości tekstury, realistyczną fizykę czy bogatą ścieżkę dźwiękową. Najambitniejsze produkcje zaś potrafią pochłonąć spory fundusz dodatkowo poświęcany na sesje motion capture (czyli bezpośrednie przeniesienie ruchu aktorów/aktorek do animacji 3D) ciała i twarzy oraz voice acting oraz dubbing. Nad całością zaś czuwa cała ekipa deweloperów pracująca nad jak najlepszym kodem. Cały proces powstawania gry wygląda więc niemal tak samo, jak w przypadku każdych innych tytułów.

Jeżeli myślicie, że aby zakupić taką grę, będzie trzeba udać się do seks-shopu, w którym w tajnym pokoju znajdować się będzie regał pełen tego typu twórczości, to jesteście w błędzie. Oczywiście gry erotyczne, podobnie jak te „zwykłe”, są bardzo często dystrybuowane cyfrowo bezpośrednio na stronach producenta i/lub wydawcy. Wciąż jednak niektóre z tych bardziej subtelnych i przystępnych znaleźć można także na Steamie lub platformie Oculus.

 

Drugie dno już nie jest takie radosne

W grach erotycznych może nie tylko chodzić o to, żeby z wirtualnym partnerem skończyć pod pierzynką. Pojawiło na rynku pojawiło się mnóstwo gier, szczególnie japońskich, stylizowanych na mangę i anime, w których chodzi przede wszystkim o to, żeby… po prostu „być” z wirtualną dziewczyną – swoją waifu. I tu, w zależności od gry – tę sobie najpierw można pieczołowicie „skomponować” w edytorze postaci. A jeżeli gra nie ma edytora, to wybiera się z jakąś z dostępnej w grze puli. Są też historie, które posiadają jedną konkretną bohaterkę i to jej absztyfikant ma poświęcać całą swoją uwagę.

Produkcje tego typu są  jedną z pochodnych zjawiska obecnego w Kraju Kwitnącej Wiśni już od dłuższego czasu – braku ochoty młodych Japończyków nie tylko do prokreacji, ale nawet to wiązania się w pary. Młodzi Japończycy nierzadko wolą filmy i erotyczne gadżety i gry, ponieważ te nie mają właściwie żadnych wymagań i nie zmuszają do wchodzenia w role „chłopaków”, „dziewczyn”, a później partnerów na całe życie. Nie są oni zainteresowani związkami z realnymi partnerami, randkami czy miłością i seksem. Zjawisko to nazwano sekkusu shinai shokogun, co oznacza „syndrom celibatu”. Badania przeprowadzone w 2011 roku pokazały szokujące dane – 61% nieżonatych mężczyzn oraz 49% niezamężnych kobiet w wieku 18-34 lata nie było w żadnym związku. Inne badania pokazały, że co trzeci Japończyk w wieku poniżej 30 roku życia nigdy nie był na randce, a 45% kobiet w wieku 16-24 lata stwierdziło, że nie jest zainteresowane jakimkolwiek kontaktem seksualnym z drugą osobą. Japońska młodzież obrała kierunek, który nazwano „Pot Noodle love”. Pot Noodle to marka produkująca dania instant z makaronem. I takie jest ich podejście do „miłości” – ma być łatwa i przynosić natychmiastową gratyfikację – i tutaj, całe na różowo, wchodzą właśnie erotyczne gry VR, seks-roboty, porno i hentai. Socjologowie trąbią jednak na alarm, że trend ten wychodzi poza wyspy Japonii i znalazł podatny grunt także w zabieganych społeczeństwach kultury zachodu.

 

Jak maluje się przyszłość?

To że z czasem będą pojawiać się coraz to nowsze gadżety erotyczne oraz coraz bardziej realistyczne gry jest niemal pewne. Jakie są plany na dalszy rozwój mechatronicznych partnerek również wspomniałem. Seksualność oraz sekrety sypialni już lata temu przestały być tabu w kulturze zachodu, a rozmawianie na „te” tematy nie wywołuje już rumieńców na twarzach nawet bardziej pruderyjnych osób. To pozwoliło firmom zajmującym się projektowaniem i tworzeniem erotycznych zabawek i gier stopniowo wychodzić z podziemia i pojawiać się tam, gdzie inne elektroniczne gadżety, a ich obecność na największych targach elektroniki użytkowej tylko to potwierdza. Firmom chcą pomagać także sami zainteresowani – strony crowdfundingowe takie jak Kickstarter czy Indiegogo pozwalają na wspieranie tego typu działalności, podobnie zresztą jak Patreon.

Pozwolę sobie podzielić się hipotezą, że wychodząca z cienia branża elektroniki erotycznej, dopiero zaczyna rozwijać skrzydła. Szersza publiczność i zaistnienie w mediach to większa rozpoznawalność, wyższe przychody, a większe przychody to większy budżet na reklamy i innowacje. Dalej – więcej reklam i szersze portfolio to jeszcze więcej klientów. Czy tak będzie? Oczywiście nie wiadomo na pewno. Wciąż daleko jesteśmy od tego, żeby np. na portalach społecznościowych, takich jak Facebook, Instagram czy Twitter, i portalach informacyjnych pojawiały się reklamy nowoczesnych wibratorów i innych podobnych zabawek, ale biorąc pod uwagę fakt, że producenci raczej nie celują w wulgaryzację swoich produktów, a raczej ich sugestywność, a także nauczyli się w sposób przystępny i z klasą je eksponować nie tylko samym zainteresowanym, ale też szerszej publiczności, to może i tutaj znajdzie się niebawem jakaś możliwość dotarcia do szerszego grona odbiorców. Tym bardziej, że w Sieci znaleźć już teraz można bez większego problemu recenzje tego typu zabawek, nawet na YouTube (oczywiście raczej trzeba wiedzieć, czego szukać. Do karty „Na czasie” takim produkcjom jeszcze sporo brakuje), a ranking najlepszych wibratorów 2020 znaleźć można np. na należącej do NY Timesa stronie Wirecutter, zajmującej się opisywaniem i przedstawianiem sprzętu i gadżetów z kategorii „dom i ogród”, „elektronika” czy „kuchnia”. Oczywiście znowu wszystko w sposób pozbawiony wulgarności, a przez to bardzo łatwy do odbioru nawet dla tych bardziej wstydliwych.

 

Fot. tytułowe: We Vibe Wow Tech, Unsplash.com