Będę szczery – po zakończeniu przez Ubisoft trylogii, w której główną rolę grał Ezio Auditore da Firenze, marka Assassin’s Creed zaczęła w moich oczach tracić. Do AC III podchodziłem dwa razy, za każdym razem odbijając się od irytującej postaci głównego bohatera. Wątek współczesny, z Desmondem Milesem w roli głównej, wolałem sobie obejrzeć na YouTube. Później pojawił się świetny Black Flag, którego psychofani AC wciąż nie mogą przetrawić, twierdząc, że to świetna gra, ale słaby Asasyn. O AC: Unity oraz AC: Syndicate nawet nie wspominam, bo w obu grom łącznie poświęciłem może ze 3-4 godziny. Przestarzałe i powtarzalne mechaniki przeplatały się tam z problemami technicznymi, fabułą cienką jak andruty i bohaterami posiadającymi mniej charyzmy niż nieoheblowany pień. O innych produktach spod znaku Assassin’s Creed nie wspominam (m.in. gry na system Android), bo nie sięgałem po nie. Nie widziałem w tym sensu.

Do serii o bieganiu i szlachtowaniu tych złych wróciłem dopiero za sprawą zeszłorocznego AC: Origins. Świetnej gry, przywracającej mi wiarę, że z serii o Asasynach może być coś więcej niż kolejne odcinanie kuponów. Zmiana mechaniki gry, w 100% otwarty świat, wreszcie ciekawy bohater i starożytny Egipt w najciekawszym (według mnie rzecz jasna) momencie swojego istnienia, stworzyły mieszankę dającą mnóstwo frajdy na kilkadziesiąt godzin (w moim przypadku ponad 60, bez dodatków). Do tego trzeba dołączyć, proste bądź co bądź, mechanizmy rodem z gier RPG (Ubi nie kryło się z tym, że niektóre rozwiązania wzorowali na Wiedźminie 3) oraz wciągający wątek główny. Wielokrotnie już przerabiany motyw zemsty całkiem zręcznie skomponowano z burzliwą sytuacją polityczną Egiptu i konfliktem o sprawowanie władzy w kraju nad Nilem.

Starożytna Grecja jest dużo bardziej „kolorowa” niż głównie pustynny Egipt

W tym roku okazało się, że dostaniemy więcej tego samego, ale tym razem w starożytnej Grecji osłabionej konfliktami o wielkiej skali. Wychodzenie z kryzysu po wyczerpującej wojnie z perskim imperium zostało przerwane przez krwawy konflikt pomiędzy dwoma największymi polis – Spartą i Atenami. I w tych niełatwych czasach przyjdzie działać nam. To znaczy, Aleksiosowi lub Kasandrze – w zależności od tego, na prowadzenie którego protagonisty zdecydujemy się na początku gry.

Mimo że premiera odbyła się już 5 października, to dopiero teraz, po przegraniu niecałych 40 godzin, jestem w stanie podzielić się wrażeniami na temat następcy AC: Origins. Nie jest to jednak recenzja, gdyż do ukończenia gry jeszcze mam daleko – statystyki pokazują 40%  głównego wątku, a „na oko” udało mi się odsłonić jakieś 30% mapy – a raczej zbiór doświadczeń i spostrzeżeń dotyczących samej gry. Niewykluczone, że pełna recenzja pojawi się na łamach Techsettera. Nie powiem, że wkrótce, bo bym skłamał.

 

Czas nam ruszać w drogę

A droga będzie długa, oj długa! Sam Odyseusz mógłby zzielenieć z zazdrości widząc odległość, jaką musi przebyć Aleksios lub Kasandra, aby wypełnić powierzone im misje i odkryć tajemnicę swojej rodziny. Do zwiedzenia oddano nam niemal całą europejską część antycznej Grecji: od Macedonii na północy, do wyspy Krety na południu. Od wysuniętej na zachód wyspy Kefalonii (na której nasza przygoda się rozpoczyna) do Samos na wschodzie. Oczywiście świat został odpowiednio przeskalowany na potrzeby gry, co nie zmienia faktu, że mapa z Assassin’s Creed: Odyssey jest o 50 km2 większa od mapy starożytnego Egiptu z AC: Origins i jej wielkość wynosi 130 km2. Z tym, że tutaj mamy dużo, dużo więcej przestrzeni wypełnionej wodą, po której podróżujemy na pokładzie Adrestii – naszego okrętu.

 

 

Żeby gracz się nie nudził, cała mapa została upstrzona znacznikami u jednych graczy wywołujących torsje, a dla innych – wręcz przeciwnie – są jak kocyk i kakao w paskudne jesienne popołudnie. Znaki zapytania, bo o nich mowa, skrywając pod sobą a to obozy, a to twierdze, a to ruiny, jaskinie, grobowce, zatopione okręty, miasteczka, farmy… długo by wymieniać. A te wszystkie miejsca kryją w sobie cele, które trzeba w nich zrealizować, żeby daną miejscówkę „zaliczyć” Najczęściej polegają one na zabiciu kogoś lub znalezieniu skarbów w zwiedzanej lokacji. I tutaj trzeba uczciwie powiedzieć: „Ile można?”. W mojej opinii – za dużo tego. Poza tym, jako gracz, mam wrażenie, że zasypując znakami zapytania mapę, w pewnym sensie odbiera mi się przyjemność z samodzielnej eksploracji. Chyba bardziej mi odpowiada model poznawania „piaskownicy” znany z serii The Elder Scrolls. Tam lokacja lub budowla zostaje zaznaczona na mapie dopiero, gdy ją znajdziemy. Bez żadnych „zarzutek” w postaci znaków zapytania, po sznurku których, nierzadko z automatu, podążamy. A przecież każdy szanujący się gracz widząc na horyzoncie spore ruiny, twierdzę lub świątynię nie będzie potrzebował „zachęty” w postaci znaku zapytania, aby zbadać to miejsce. Gry nauczyły nas tego, że obiekty wyróżniające się na tle krajobrazu z pewnością kryją jakąś tajemnicę.

Ateny i górujący nad miastem kompleks świątynny na Akropolu robi wrażenie swoich rozmachem

Poza tym, nieco gryzie mi się to z ideą trybu eksploracji, na który możemy zdecydować się na samym początku gry. Sama gra deklaruje zresztą, że AC: Odyssey powstał właśnie z myślą o tym trybie. Tryb eksploracji w swoich założeniach jest ciekawym pomysłem. Przyjmując zlecenie od NPC-a otrzymujemy przybliżone wskazówki na temat lokalizacji celu, a dopiero zbliżając się do niego otrzymujemy powiadomienie o możliwości przywołania orła-zwiadowcy, by precyzyjnie „namierzyć” poszukiwany przez nas obiekt. Gdy tryb eksploracji jest wyłączony, po przyjęciu zadania od razu dostajemy znacznik pokazujący, gdzie konkretnie musimy się udać.  I niby jest to fajne, nadaje też dodatkowego sensu opcjom dialogowym, gdyż w trakcie przyjmowania questa możemy dokładnie zapytać o „współrzędne”, ale jednak nie obraziłbym się, gdyby ta forma rozgrywki dawała graczowi jeszcze więcej samodzielności i swobody.

Świat przemierzamy na dwa sposoby – drogą lądową oraz, jak już zaakcentowałem wcześniej, drogą morską. Z racji tego, że świat jest ogromny, wybrany przez nas bohater może korzystać ze wsparcia wierzchowca – Fobosa. Nie mamy tutaj możliwości wymiany konia na innego, jak w AC: Origins. Mamy Fobosa, tak jak Geralt miał Płotkę. Z tą różnicą, że możemy sobie ewentualnie dokupić lub znaleźć „skórki” dla naszego wierzchowca, zmieniając w ten sposób jego wygląd.

Fobos swoim zachowaniem czasami potrafi zawstydzić Płotkę…

Chcąc podróżować pomiędzy wyspami, musimy zaokrętować się na Adrestii – okręcie należącym do marynarza Barnabasa. Jegomość ów, w zamian za pomoc, udostępnił nam swój statek i przejmujemy dowództwo nad nim oraz załogą. Oczywiście podróżowanie na pokładzie Adrestii to nie tylko radosne przyśpiewki i sielankowy rejs na rozwiniętych żaglach. Wody Morza Egejskiego oraz Morza Jońskiego pełne są pirackich okrętów, a także jednostek Aten, Sparty oraz ich sojuszników. Na szczęście, tylko załogi korsarzy są wrogo do nas nastawione ”dla zasady” i atakują nas gdy tylko znajdziemy się w ich zasięgu. Nic nie stoi nam jednak na przeszkodzie, abyśmy to my przez chwilę pobawili się w piratów i postanowili złupić flotę innych polis. W końcu wcielamy się w najemnika, co nie?

Hej tam, marynarzu!

Oczywiście „bliskie spotkania” z piratami oraz galerami greckich polis będą najczęściej wiązać się z walką. Ta zaś jest mniej emocjonująca niż w AC: Black Flag, ale nie można powiedzieć, że jest źle wykonana. Po prostu – prowadzony przez nas okręt siłą rzeczy jest mniejszy, armaty i moździerze oraz inna dystansowa broń prochowa została zastąpiona strzałami i oszczepami, które w trakcie walki można podpalić, by zwiększyć w ten sposób zadawane obrażenia. Najwięcej szkód dokonamy jednak taranując wraże jednostki. Prymitywny oręż wymusza prowadzenie walki na niewielkim dystansie. Czy można to traktować jako wadę? No nie do końca. Warunki są inne, to i walka jest inna. Po prostu. Kiedy już unieszkodliwimy galerę przeciwnika, możemy przystąpić do abordażu, bądź, bez sentymentu, posłać ją na dno.

 

Bayek mógłby być zazdrosny

Czego bohaterski medżaj z poprzedniej odsłony AC mógłby pozazdrościć bohaterom ubisoftowej Odysei? Jest parę elementów. Zacząć możemy od ekwipunku. Odnoszę wrażenie, że broni i poszczególnych elementów pancerza jest dużo więcej. No i pojawiły się hełmy, całkiem przyjemnie wyglądające swoją drogą. W ogóle, wszystkie elementy rynsztunku prezentują się bardzo szczegółowo i zostały odpowiednio zróżnicowane. Przede wszystkim jednak, Bayek z pewnością mógłby pozazdrościć Aleksiosowi sztyletu z włóczni Leonidasa. Już filmiki zapowiadające grę pokazywały, że nie jest to zwykły kawałek metalu, ale jeżeli ktoś jeszcze nie wie, czym ów relikt jest, to nie będę tego zdradzał. Nasi greccy protagoniści otrzymali także praktyczną możliwość przypinania pewnych zdolności z drzewka umiejętności do kół ze zdolnościami (tudzież pasków, jeżeli gramy za pomocą myszki i klawiatury). Ale za to stracili możliwość krycia się przed ciosami za tarczą. Ciosów mogą albo unikać, albo je parować. Ale tarczy ich ręce dzierżyć nie będą. A szkoda, bo mogłoby to jeszcze bardziej dodać kolorytu walce. Ponadto, grecki żołnierz automatycznie kojarzy się z charakterystyczną, okrągłą tarczą (gr. hoplon, stąd – hoplici).

Walka prezentuje się naprawdę dobrze. Starcia są dynamiczne, mamy możliwość walki kilkoma rodzajami broni, a w to wszystko dobrze wkomponowują się przywołane wcześniej umiejętności (np. sławny spartański kopniak lub wyrwanie wrogowi tarczy z ręki) i soczyste finishery. Jedyne czego mógłbym się czepiać, to umiejętność „podpalenia” swojej broni i w ten sposób – trafionych nią przeciwników. Tak jak zatrucie broni jeszcze ma sens, tak machanie płonącą włócznią albo kosturem nie pasuje mi do Assassin’s Creed i bardziej kojarzy się z grą z serii The Elder Scrolls. W trakcie starć można się płynnie przełączać między bronią białą a łukiem. A propos łuków – tym razem zrezygnowano z kilku rodzajów tego dystansowego oręża, a dużo większą wagę przywiązano do samych umiejętności związanymi z łucznictwem. W mojej opinii jest to właściwa decyzja.

Czym byłby Assassin’s Creed bez „Leap of Faith”?

Jako że mamy do czynienia z serią o skrytobójcach, to warto przyjrzeć się i temu elementowi. Nasz heros (czy też heroina) nie posiada ukrytego ostrza – podstawowej broni każdego Asasyna, a przynajmniej ja go jeszcze nie posiadam w tym momencie. Czy później się pojawi? Nie wiem i chcę się o tym przekonać we właściwym czasie, więc konsekwentnie unikam wszelkich gameplay’ów i innych „jutubowych” publikacji z Odyssey w tytule. W każdym razie, wg uniwersum AC, ukryte ostrze istniało już w tym okresie historycznym (od ukrytego ostrza zginął Kserkses I). Do rzeczy – rolę ukrytego ostrza pełni ostrze z włóczni Leonidasa, o którym już wspominałem. To nim dokonujemy skrytobójstw, ale grot włóczni pełni również rolę drugiej broni, jeżeli naszym głównym orężem jest miecz lub sztylet. Niestety, nawet gdy bezszelestnie i niezauważenie podejdziemy do naszego celu, to ciężko jest zabić go „na raz”, jak miało to miejsce w innych odsłonach. Tutaj będziemy musieli inwestować zdobywane punkty umiejętności w rozwijanie naszych asasyńskich zdolności, co będzie prowadziło do bycia coraz skuteczniejszym zabójcą. Nie bez znaczenia jest także ulepszanie włóczni Leonidasa, które w pewnym momencie staj się możliwe dzięki odkryciu Kuźni Hefajstosa.

 

Najemnik bez pracy za długo nie pożyje

Aleksios doskonale o tym wie, dlatego raczej nie przebiera w ofertach. A prawdę powiedziawszy – mógłby. Bo gdyby chciał wykonać wszystkie zadania, jakie AC: Odyssey przed nim stawia, to mogłoby mu życia zabraknąć. Sam główny wątek jest całkiem rozbudowany, a do tego należy dodać zadania poboczne, zlecenia z tablic ogłoszeniowych, polowanie na Czcicieli, zadania czasowe, zadania losowe, walka z najemnikami… Na Apolla, kiedy człowiek ma znaleźć na to wszystko czas? Zadań jest po prostu bardzo dużo. Choć z drugiej strony – przecież jeżeli nie mamy ochoty na misje w stylu „zabij 5 ateńskich łuczników” lub „złup 5 skarbców”, to nie musimy ich wykonywać. Gra też w żaden sposób nie zmusza nas do tego. Warto skupić się na questach wnoszących jednak coś tam do gry, posiadających jakąś historię, mających jakiś określony cel. No chyba, że chcemy szybko grindować grę i samego bohatera. Albo zbieramy samorodki orichalcum, które można wymienić na różnego rodzaju epickie wyposażenie u jednego z kupców. W innym przypadku – nie widzę sensu w ich wykonywaniu.

„A może by tak wziąć się za normalną robotę?” – nie pomyślał Aleksios nigdy

Na szczęście zadania poboczne bywają całkiem przyjemne. Zdarzają się historie potrafiące zaskoczyć swoją narracją, a niekiedy rozpoczęta przez jeden quest historia inicjuje mały łańcuszek zadań pobocznych, których wykonanie doprowadzi nas do rozwiązania i zakończenia pewnej pobocznej historii, jak na przykład tej o Zimorodku i Droździe. Owszem, zdarzają się i takie składające się głównie ze schematu „idź i zabij” lub „idź i ukradnij” i na nic ponad to nie możemy liczyć. Kłamstwem byłoby również stwierdzenie, że nie ma ich wiele. No i w części zadań mamy możliwość zadecydowania o losie postaci pobocznych. W zależności od sytuacji możemy się na coś zgodzić lub nie. Albo kogoś zabić, albo oszczędzić. Zastanawiam się, czy i kiedy będzie mi dane ujrzeć konsekwencje niektórych wyborów z questów pobocznych.

Wojna dla najemnika jest całkiem niezłym źródłem dochodu. Dlatego nasz misthios (gr. najemnik), w spartańsko-ateńskim konflikcie upatruje nie lada okazji do zarobku, aktywnie uczestnicząc w działaniach zbrojnych… obu stron. To znaczy – ma możliwość stawania po stronie Aten lub Sparty w sporych bitwach, rozgrywanych po osłabieniu wpływów danego polis w wybranym regionie. W zależności od aktualnej przynależności prowincji, możemy wcielić się w rolę obrońcy lub agresora. A jeżeli bitwa, w której braliśmy udział, zakończy się zwycięstwem, Aleksios wzbogaci się nie tylko o punkty doświadczenia oraz pękatą sakiewkę drachm, ale też o elementy epickiego rynsztunku.

Tym razem staniemy po stronie Sparty… Bo lepiej płacą

Jak już wspomniałem, w bitwach można stawać po jednej lub drugiej stronie konfliktu. Ale w zasadzie nikt nie zabroni nam przez cały czas walczyć po stronie Aten lub Sparty – chyba, że trafimy na bitwy „wymuszone” przez fabułę, w których będziemy musieli stanąć po określonej stronie barykady. Niestety, na dłuższą metę nie czerpiemy profitów z racji faworyzowania wybranej przez nas strony. W obozach wciąż jesteśmy atakowani przez żołnierzy zarówno Aten, jak i Sparty. My zaś konsekwentnie i jednych, i drugi przetrzebiamy. Dlatego gra niejako wymusza na nas, abyśmy raz bili potomków sławetnej „trzysetki” z Termopil, a raz – obrońców Ateny i raczkującej demokracji.

– Aleksiosie, gdzie twoja moralność?

– Moralność? A da się to zjeść?

 

Zakończenie

Tak w dużym skrócie, prezentuje się najnowsza odsłona Kreda Asasynów. Gry zabierającej mnóstwo czasu, uparcie próbującej odwieść nas od całkiem ciekawie zarysowanego wątku głównego, szukającej nam zajęcia na każdym kroku. Ale koniec końców – można poczuć, że to prawdziwa Odyseja! Podróż pełna przygód, nieoczekiwanych zwrotów akcji, poplątanych kolei losu oraz, a może przede wszystkim, poznawania siebie. Bo tak – opuszczenie Kefalonii, na której wychował się nasz protagonista zmienia go. Nie wiadomo (to znaczy, ja jeszcze nie wiem), w jaki sposób zakończy się ta historia, ale już teraz można dostrzec, że doświadczenia przeżyte w trakcie wędrówki ubisoftowy Odyseusz odczuje.

 

 

Pod względem samej rozgrywki dostajemy więcej, a nawet dużo więcej, tego co w AC: Origins – eksploracja ogromnej mapy, całe mnóstwo zadań do wykonania, satysfakcjonujący system walki z przydatnymi umiejętnościami i bohater, którego da się lubić – mniej tu depresji i samoudręczania się, niż w przypadku Bayeka. „Uerpegowienie” Asasyna także wyszło całkiem nieźle. Pod tym względem AC wygląda teraz bardziej jak Wiedźmin 3: Dziki Gon, niż gry o asasynach sprzed AC: Origins. I absolutnie nie jest mi przykro z tego powodu. Gdyby tylko gracz mógł czuć jeszcze większą frajdę z racji samodzielnego odkrywania tajemnic antycznej Grecji, to byłoby super.

Oczywiście nie będzie tutaj żadnej oceny – jak już wspomniałem na początku, nie jest to recenzja. Zresztą, jak można recenzować grę nie kończąc jej wątku głównego? Z tego też powodu nie poruszałem kwestii fabuły. Póki co nie mam zielonego pojęcia jak główne wątki się potoczą, chociaż pewne przypuszczenia mam. Ale! Bez spoilerów!