Sony Pictures Entertainment z godną podziwu konsekwencją nadal usiłuje powołać do życia własne uniwersum filmów okołokomiksowych. Trudno się temu dziwić – ostatecznie Sony jest w posiadaniu praw do przenoszenia na duży ekran przygód Spider-Mana i powiązanych z tym superbohaterem postaci, co niewątpliwie jest niezłym fundamentem do stworzenia swoistego Spider Cinematic Universe. Konkurencyjny i należący do Disneya Marvel Cinematic Universe, bądący właścicielem całej reszty marvelowsko-komiksowego portfolio, musi więc „wypożyczać” Spider-Mana i płacić Sony niemałe kwoty, aby Tom Holland mógł przywdziać charakterystyczny niebiesko-czerwony kombinezon. 

W ramach tej współpracy Sony, przynajmniej na razie, nie produkuje własnych ekranizacji live-action przygód Przyjacielskiego Pajęczaka  z Sąsiedztwa i ogranicza się do rozwijania animowanego Spider-versum, które właśnie doczekało się drugiej części i znów zachwyca zarówno widzów, jak i krytyków. 

Ale pajęcza powściągliwość Sony zaczyna i kończy się na samym Spider-Manie i od kilku lat widzowie, wybaczcie dosadność, dostają w pysk kolejnymi adaptacjami przygód herosa lub antyherosa powiązanego właśnie z Człowiekiem Pająkiem. Serię otwierały dwa filmy traktujące o Venomie, czyli arcy-wrogu Spider-Mana (tyle że bez Spider-Mana), w których jedynymi pozytywami były występ Toma Hardego plus świetnie zagrana relacja między głównym bohaterem a czarnym symbiontem z kosmosu. Jedynkę dało się jeszcze obejrzeć bez poczucia żenady, ale dwójka to już był paździerz pełną gębą i człowiek zastanawiał się tylko, jakim cudem Woody Harrelson zgodził się zagrać w filmie o tak koszmarnie słabym scenariuszu.

Sony jednak nie zna litości i chwilę później widzowie dostali przez łeb kolejną komiksową adaptacją, czyli Morbiusem. I muszę przyznać, że to „dzieło” nie brało jeńców i osobiście wolałbym ciągiem zaliczyć Batmana i Robina, Green LanternaFantastyczną Czwórkę, niż jeszcze raz obejrzeć ten półprodukt okołofilmowy. Ów pseudo-horror z pseudo-scenariuszem długo jeszcze będzie odbijał się czkawką Jaredowi Leto, który uraczył nas chyba najbardziej cringowym występem w swojej karierze. 

Cóż, najwyraźniej Sony stwierdziło, że fani komiksów doszli już do siebie po tych traumatycznych przejściach i czas na kolejny film z przeciwnikiem Spider-Mana w roli głównej. Tym razem padło na Kravena Łowcę, czyli fanatycznego miłośnika polowań, który dzięki swym zwierzęcym instynktom i wręcz paranormalnemu talentowi do planowania łowów, nie raz i nie dwa w komiksach napsuł Spider-Manowi krwi (a parę razy spuścił nawet srogi wpiernicz).

 

 

Nie będę jednak ukrywał – nawet fakt, że będzie to film krwawy niczym Deadpool i z tego względu oznaczony kategorią R (czyli tylko dla dorosłych), jakoś nie przekonał mnie do zaprezentowanych w zwiastunie akcji. O ile jeszcze mogę kupić Aarona Taylor-Johnsona w tytułowej roli (zwłaszcza, że ten brytyjski aktor bardzo u mnie zaplusował występem w przyjemnie durnym akcyjniaku Bullet Train), tak widząc, a zwłaszcza słysząc, Russella Crowe nie dałem rady się nie żachnąć. To chyba trzeci film pod rząd, w którym Russel Crowe udaje, że umie mówić z obcym akcentem – w Thor: Miłość i grom mieliśmy akcent pseudo-grecki, w Egzorcyście papieża uszy kaleczy nam akcent pseudo-włoski, a Kravenie dostajemy… w sumie trudno wyczuć – pakistański?

Miłośnikom komiksów pozostaje czekać do październikowej premiery Kravena Łowcy – może nie mam racji i tym razem Sony uraczy nas porządną adaptacją. Ale na dziś –  ja tu kolejny paździerz wyczuwam…