Dawno już żadne doniesienia ze świata marketingu skrzyżowanego z nowoczesnymi technologiami, nie podniosły mi ciśnienia w takim stopniu, jak plany radośnie ogłoszone przez firmę StartRocket. Młodziutka, bo licząca raptem rok, rosyjska spółka chce bowiem wysyłać na orbitę roje mikro-satelitów, które wspólnymi siłami będą na nocnym niebie wyświetlać komunikaty reklamowe oraz logo najróżniejszych marek i producentów. System ma być gotowy w 2022 roku i wtedy będziemy mogli zacząć „podziwiać” jego możliwości.

Bo przecież wszyscy marzymy o tym, aby widok na Alpy, Wielki Kanion Kolorado, czy na Wielki Mur został uzupełniony o unoszący się obok księżyca symbol napoju gazowanego, producenta samochodów lub ubrań. A ileż uśmiechów na twarzach przywołają te marki, które w niektórych językach wykraczają poza nadane im przez twórców znaczenie. Nazwa wiadomego producenta żarówek nad Giewontem lub na mazurskim niebie i nasze fotki z wakacji nabiorą prawdziwych rumieńców. A ile zyskają „lajków” i innych reakcji na Facebooku…

 

 

Z technologicznego punktu widzenia sprawa prezentuje się nawet ciekawie. Po osiągnięciu pułapu około 400 – 500 km nad powierzchnią Ziemi, miniaturowe satelity CubeSat opuszczą transportującą je rakietę i zajmą wyznaczone na orbicie miejsce. Następnie rozłożą odbijający światło słoneczne panel, przypominający swą konstrukcją żagiel słoneczny, tworząc określone napisy lub wzory. Szkoda tylko, że cała ta inicjatywa posłuży kwestii tak prozaicznej, w tym przypadku niemalże obskurnej, jak reklama. Bo czego, jak czego – reklam chyba nam nie brakuje w życiu. Internet i telewizja w nich wręcz tonie, a nie zapominajmy także o billboardach, szyldach i innych cudach szpecących nasze miasta. Nóż się w kieszeni otwiera…

Co dalej? Może za 50 lat przemalujemy Księżyc na czerwono, a umieszczonym na orbicie laserem wyryjemy nazwę idealnego dopełniacza szklanki z whisky? Albo idźmy jeszcze dalej – nuklearną eksplozją odłupmy od Księżyca jego fragment, by zaczął przypominać nadgryzione jabłko!

 

 

Jedynym pozytywnym akcentem w tej historii są reakcje internatów, wśród których zdecydowanie przeważają odczucia równie „pozytywne”, jak u niżej podpisanego. Fala negatywnych komentarzy licznego grona użytkowników portali społecznościowych zdążyła już, na szczęście, ostudzić entuzjazm rosyjskiego oddziału PepsiCo, który jako pierwszy wyraził zainteresowanie taką formą promocji swej marki. Zwykle jestem przeciwnikiem rozbudowywania istniejących już przepisów o kolejne aspekty prowadzenia działalności i kontrolowania wolnego rynku, ale w tym przypadku miłościwie nam panujący stanowczo powinni zablokować prawnie tego rodzaju pomysły. Reklamodawcy mają już wystarczająco dużo okazji do zawracania nam… głowy i niech przestaną mylić niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.