To może być jeden z większych kinowych hitów przyszłego roku lub kolejny efekciarski gniot z niezłym zwiastunem, pokroju nieszczęsnego R.I.P.D. Agenci z zaświatów (ależ ten film szczypał w oczy i uszy) lub Green Lanterna (j.w.), gdzie także w głównej roli mogliśmy zobaczyć Ryana Reynoldsa. Jednak Free Guy może się wybić na ich tle bardzo oryginalnym pomysłem na fabułę. Życie tytułowego Guya stało się przewidywalne i nudne – w jego mieście ciągle coś wybucha, ulice to nieustanne Destruction Derby, a bank, w którym pracuje, codziennie zalicza kolejny brutalny napad. Cóż, taki los przeciętnego NPC-a zamieszkującego miasto w grze komputerowej niezwykle podobnej do kultowego GTA On-line. Cała ta frustracja sprawi, że Guy postanowi w pełni wykorzystać przypadkową szansę na wyjście ze swoją karierą poza ramy „niegrywalnej postaci”. I jak łatwo zgadnąć, efekty tej rewolucji będą nad wyraz widowiskowe…

 

 

Na ekranie zobaczymy także Jodie Comer (Obsesja Eve, Biała księżniczka) w roli zadziornej Molotov Girl, a głównym „bad-guyem” filmu został nikt inny, tylko Taika Waititi we własnej osobie. Oby był to wstęp do zawodowej przyjaźni z Reynoldsem i Waititi dołączy do ekipy pracującej nad kolejnym Deadpoolem – efekty tej współpracy mogły by być wręcz zjawiskowe. :]

Jednak ambiwalentne uczucia budzą we mnie nazwiska reżysera i scenarzysty filmu. Co prawda, Shawn Levy może się pochwalić reżyserowaniem odcinków Stranger Things, ale poza tym jego portfolio to zestawienie filmów i seriali „klasy B”. Niezbyt imponująco wypada także dorobek Matta Liebermana – netfliksowa Kronika świąteczna z Kurtem Russelem w roli Mikołaja oraz animowana wersja Rodziny Addamsów to jedyne głośniejsze dzieła w jego zawodowym życiorysie. 

Pozostaje tylko czekać na premierę i pierwsze recenzje Free Guy, który do polskich kin trafi 3 lipca 2020 roku.