Moja historia z przenośnym audio zaczęła się stosunkowo późno, bo dopiero w drugiej klasie technikum (A.D. 1998) odkryłem uroki posiadania walkmana. Oczywiście nie był to walkman od Sony, lecz najtańsza podróbka jednej z zapomnianych już przez czas i ludzi marek, które w tamtych czasach królowały na pełnych elektroniki i pirackich gier targowiskach. Pierwszy poważny „upgrade” w tej kwestii nastąpił trzy lata później, gdy w końcu mogłem sobie pozwolić na zakup discmana (i znów nie był to produkt Sony, lecz Panasonica) i pożegnać analogowy szum kaset magnetofonowych.

Z dzisiejszej perspektywy, żadne z tych urządzeń nie było przesadnie poręczne ani praktyczne – spróbujcie wygodnie poruszać się po mieście z discmanem przytroczonym do paska spodni… Jednak chwilę później pojawił się nowy rodzaj sprzętu grającego, który w kilkanaście miesięcy praktycznie zmonopolizował ten segment elektroniki – odtwarzacze MP3 wielkości przerośniętego pendrive’a. Błyskawicznie stałem się  właścicielem takowego wynalazku marki Optimus o pojemności 256 MB, co pozwalało na upchnięcie w nim nawet 2 – 2,5 godziny muzyki (OMG!)i. I właśnie przejście na faktycznie “kieszonkowy” sprzęt grający było dla mnie pierwszą prawdziwą audio-mobilną rewolucją – nareszcie odtwarzacz nie zawadzał na każdym kroku (discman był pod tym względem wybitnie upierdliwy), a rozstanie z elektrycznym silniczkiem obracającym taśmę lub płytę przełożyło się na kilkukrotnie dłuższą pracę urządzenia na baterii. A bateria była jedna, a nie dwie lub trzy.

Co ciekawe, druga rewolucja, przynajmniej dla mnie, nastąpiła chwilę później. Doposażenie telefonów komórkowych w odtwarzacze MP3 błyskawicznie zakończyło krótką erę autonomicznych empe-trójek, uwalniając nas od konieczności targania ze sobą dwóch urządzeń. Z tego okresu w moim sercu szczególnie zapisała się Nokia 5510, pozwalająca przy okazji na smsowanie w niezrównanym tempie, oraz przypominający urządzenia BlackBerry niebieski Sony (no, w końcu!) Ericsson TXT, który nie tylko genialnie spisywał się przy pisaniu wiadomości, miał Wi-Fi i aplikację do obsługi Facebooka, ale także imponował stosunkiem ceny do jakości dźwięku na słuchawkach. Dzień w którym wyprałem go razem z jeansami do dziś budzi we mnie głęboki smutek…

Co może Was zaskoczyć, do trzeciej rewolucji nie zaliczam popularyzacji smartfonów i usług muzyczno-streamingowych – pozbycie się nośnika i napędzającego go mechanizmu miało dla mnie olbrzymie znacznie, natomiast czy muzykę tworzy strumień zer i jedynek z pliku czy z Sieci wielkiej różnicy mi nie robi. Rewolucją numer trzy okazała się dla mnie przesiadka ze słuchawek przewodowych na bezprzewodowe, czyli wyeliminowanie obecności nieszczęsnego kabla i radykalne zwiększenie wygody słuchania muzyki w ruchu. O „rozrywkach”, jakie może nam zafundować kabel słuchawkowy wspominałem już we wstępie do recenzji słuchawek Hama Voice, więc drugi raz przytaczać ich nie będę, ale w międzyczasie zaliczyłem kolejny wariant „problemu z kablem”. Moj Xiaomi Mi 8 posiada wyłącznie gniazdo USB typu C, więc do podpięcia słuchawek przez ostatnie lata używałem odpowiedniego adaptera – niestety, z czasem USB wyrobiło się do tego stopnia, że obecnie przy każdym kroku smartfon gubi połączenie ze adapterem i pauzuje muzykę. I w tym momencie mam dwie opcje: zmienić smartfon albo przesiąść się na słuchawki „wireless”.

 

 

Jak już „zdradzić” kabel, to z kimś fajnym, wylaszczonym i po siłce – jak np. słuchawki Teufel Supreme On, które przez ostatnie parę tygodni towarzyszyły mi praktycznie na każdym kroku. Nie jest to pierwszy sprzęt marki Teufel, jaki pojawił się u nas na testach – Krzysztof miał już okazję sprawdzić możliwości słuchawek gamingowych Cage 2020, soundbaru Cinebar Ultima oraz kolumn Ultima 40 Active. Każdy z tych produktów potwierdzał ponadprzeciętne umiejętności inżynierów Teufela w temacie sprzętu audio z wyższej półki,  więc zakładałem, że Supreme On także będą miały się czym pochwalić. I mają, oj, mają – ale o tym w samej recenzji.

 

Specyfikacja techniczna

specyfikacja:Teufel Supreme On
typ słuchawek: bezprzewodowe słuchawki nauszne
typ obudowy: zamknięta
materiał obudowy: aluminium, tworzywo, ekoskóra
waga: 165 gramów
impedancja: 26 Ω
redukcja hałasu: muzyka - pasywna
rozmowy - Qualcomm cVc
zasilanie: bateria lub przewód
mikrofon: tak, wbudowany
ważne cechy: - łączność bezprzewodowa poprzez Bluetooth 5.0
- możliwość parowania przez NFC
- dzielenie się muzyką z drugą parą słuchawek
- wsparcie dla kodeków AAC oraz Qualcomm aptX
- aplikacja Teufel Headphones
- różne warianty kolorystyczne
w pudełku: - słuchawki Teufel Supreme On
- przewód USB-A / USB-C do ładowania słuchawek
- przewód jack 3,5 mm z mikrofonem
- woreczek do transportu

 

Wygląd i wykonanie

Pierwsze, co zwraca uwagę po wyciągnięciu Teufeli Supreme On z pudełka to ich lekkość – słuchawki ważą zaledwie 165 g, co na pewno dobrze wróży wygodzie noszenia. W moje ręce trafiła wersja utrzymana w matowej czerni (Night black) na całej konstrukcji, ale producent przygotował łącznie sześć wersji kolorystycznych słuchawek. Osoby lubiące elektronikę dopasowaną do ich stylu mogą więc wybrać wersję beżową (Sand white), niebieską (Space blue), jasnoszarą (Moon gray), zieloną (Ivy Green) i budyniową (Pale gold).

Waga słuchawek to w dużej części zasługa wykorzystanych materiałów. Pałąk oraz prowadnice nauszników to aluminium, a więc metal stosowany zwykle tam, gdzie redukcja wagi nie może się odbić na solidności sprzętu. Same nauszniki zostały wykonane z matowego tworzywa bardzo wysokiej jakości (niejeden laptop chciałby mieć pulpit zrobiony z równie dobrego materiału), a wieńczą je opatulone sztuczną skórą gąbki. Je również dopasowano jakością do reszty konstrukcji – gąbki są odpowiednio miękkie i zarazem plastyczne, a jednocześnie potrafią na parę chwil zachować nadany im kształt.

Wspomniana skóra jest tak przyjemna i naturalna w dotyku, że z początku zacząłem podejrzewać, iż faktycznie jakaś panda poświęciła swój żywot na ołtarzu mojego komfortu, ale jednak nie – nawet Teufel nie lubi zadzierać z PETA. Eko-skórę znajdziemy także na spodzie i bokach pałąka, ale tutaj nie ma ona aż tak przyjemnej faktury (choć nieprzyjemną jej nazwać nie sposób) i zdobią ją przetłoczenia tworzące wzór plastra miodu – niby detal, a fajnie się prezentuje. Natomiast górę pałąka zabezpiecza pleciony materiał, który prezentuje się solidnie, aczkolwiek po paru dniach użytkowania widać już na nim (przynajmniej w wersji czarnej) drobiny naskórka oraz włosów – przed sesją fotograficzną sięgnąłem po odkurzacz by się ich stamtąd pozbyć.

Chociaż sam pałąk ma budzącą zaufanie grubość, to gąbki jest w nim niewiele i po jej naciśnięciu szybko wyczujemy twardy rdzeń kryjący wbudowaną baterię. Mimo tego, nie odczułem by wpływało to na komfort noszenia Teufeli Supreme On. Wróćmy jednak na moment do aluminiowych prowadnic trzymających nauszniki. Możemy je złożyć do wewnątrz, co w odczuwalnym stopniu zmniejsza format słuchawek i ułatwia ich transport w plecaku lub torbie. Nietrudno tu także zauważyć bardzo przemyślane podejście do przewodów łączących membrany ze skrytą w pałąku elektroniką – by uniknąć ich zginania przy składaniu słuchawek, co po dłuższym lub krótszym czasie musiałoby się odbić na ich trwałości, przewody puszczono na zewnątrz i zabezpieczono je bardzo porządnym materiałowym oplotem. Nie tylko zwiększyło to niezawodność Supreme’ów On, ale także urozmaiciło ich wygląd.

Włącznik ulokowano niemal na tyle lewej słuchawki i wyróżniono go wklęsłym profilem.  Pod nim znajdziemy mikroskopijną diodę, sygnalizującą stan połączenia i naładowania baterii – jeszcze do niej wrócimy. Finalnie lewą słuchawkę wieńczą gniazdo ładowania (USB typu C – brawo Teufel), port do podpięcia przewodu audio (jack 3,5 mm) oraz ulokowany bliżej frontu mikrofon. Z kolei nausznik prawy w całości należy do mikro-joysticka, z pomocą którego będziemy regulować głośność, przełączać utwory oraz odbierać rozmowy telefoniczne i uruchamiać asystenta głosowego.

Pod względem zastosowanych materiałów i solidności wykonania mamy więc do czynienia z produktem naprawdę wysokiej jakości, ale w tej klasie cenowej (w sklepach Teufel Supreme On wyceniany jest na kwotę ok. 670 zł) wypada tego oczekiwać. Całość jest bardzo porządnie złożona i spasowana, a producent zapewnia przy tym, że słuchawki zostały przetestowane pod kątem odporności na upadek z wysokości 1,5 m – nie mam jednak w zwyczaju sprawdzać w praktyce tego typu deklaracji, więc pozostaje mi uwierzyć na słowo.

Dodatkowo w pudełku ze słuchawkami doszukamy się jeszcze woreczka z porządnej mikrofibry do ich transportu oraz dwóch przewodów – do ładowania słuchawek i do przewodowego połączenia ze źródłem dźwięku (1,2m). Warto tu wspomnieć, że przewód audio został zabezpieczony identycznym oplotem, jak wspomniane wcześniej łączniki membran z pałąkiem, więc po przejściu „na kabel” całość nadal będzie się spinać stylistycznie.

 

Obsługa i komfort noszenia

Obsługa Teufeli Supreme On jest bardzo intuicyjna i błyskawicznie załapiemy co, gdzie i jak. Jeśli założymy słuchawki zanim je uruchomimy (wypada tu zadbać o właściwą stronę, by mikrofon nie trafił na tył) bez problemu zlokalizujemy palcem wklęsły profil włącznika. Przy pierwszym uruchomieniu wspomniana wcześniej dioda ogłosi gotowość do sparowania pulsując na niebiesko, ale na tym lista jej komunikatów świetlnych się nie kończy. Podczas odtwarzania dioda zgaśnie, ale np. po zatrzymaniu muzyki zacznie pulsować na biało, informując o wciąż trwającym połączeniu ze źródłem. Z kolei przy wyłączaniu słuchawek dioda pożegna nas kolorem informującym o poziomie naładowania baterii – białym (więcej niż 45%), żółtym (21 – 44%), pulsującym czerwonym (11 – 20%) lub błyskającym czerwonym (1 – 10%).

Nawiązanie pierwszego połączenia ze smartfonem jest szczególnie proste, gdy dysponujemy telefonem z NFC, gdyż w lewej słuchawce skryty jest czujnik obsługujący ten rodzaj łączności. W takim układzie po wejściu w listę dostępnych w pobliżu urządzeń Bluetooth i wybraniu Teufeli, wystarczy przyłożyć telefon do zewnętrznego boku lewej słuchawki i oba gadżety błyskawicznie się zakumplują. W przypadku, gdy posiadamy telefon z samych Bluetooth’em będziemy postępować jak z każdym innym urządzeniem wymagającym parowania.

Podczas słuchania muzyki najszybszym i najwygodniejszym sposobem na obsługę odtwarzacza będzie mini-joystick ulokowany na prawej słuchawce. Do przodu: ciszej, do tyłu: głośniej, w prawo: następny utwór, w lewo: poprzedni utwór – nie sposób uprościć sprawy bardziej. Joystick jest także klikalny i będziemy go wykorzystywać do zatrzymania muzyki (jedno kliknięcie), odbierania przychodzących połączeń (jedno kliknięcie w takiej sytuacji), odrzucania ich (dwa kliknięcia) oraz aktywowania asystenta głosowego (dwa kliknięcia).

Osoby szukające dwóch par słuchawek (np. dla siebie i lepszej połowy) ucieszy obecność funkcji ShareMe, pozwalającej dzielić się muzyką między dwoma zestawami Supreme On.

Aby w jeszcze większym stopniu ułatwić obsługę słuchawek, warto na smartfonie zainstalować dostępną w obu apkowych sklepach aplikację Teufel Headphones, umożliwiającą dopasowanie funkcji dodatkowych do naszych preferencji. Tu będziemy mogli włączyć lub wyłączyć inteligentną pauzę, czyli automatyczne zatrzymywanie i wznawianie muzyki po ściągnięciu i założeniu słuchawek, dostosować czas automatycznego wyłączania (domyślnie jest to 15 minut). W aplikacji znalazł się także cyfrowy korektor z gotowymi profilami ustawień (np. techno, pop, wzmocnienie tonów wysokich itd.) i jednym profilem edytowalnym wedle uznania (niestandardowy).

A jak Teufel Supreme On wypadają w kwestii wygody? W największym skrócie – znakomicie, ale jeśli jesteś „okularnikiem”, trzeba o to zadbać. Już tłumaczę: w przeciwieństwie do chociażby Hama Voice, czy wspominanych wielokrotnie w innych publikacjach moich osobistych AKG Y50, nauszniki Supreme’ów nie są obracane, więc słuchawki po założeniu nie dopasowują się samoczynnie do kształtu głowy. W takiej sytuacji po ok. godzinie zaczynałem odczuwać kłujący ucisk końcówek oprawek okularów na górną część małżowin. Dopiero gdy przesunąłem nieco pałąk słuchawek, tak by nie pokrywał się z czubkiem mojej głowy (ku tyłowi, lub ku przodowi) obecność Teufeli stawała się praktycznie nieodczuwalna. Na pochwałę w tym kontekście na pewno zasługuje konstrukcja nauszników, które dzięki omówionym wcześniej gąbkom w skórkowej panierce nie tylko zwiększają komfort noszenia, ale też znakomicie tłumią dźwięki otoczenia. I choć Teufele Supreme On nie są wyposażone w funkcję aktywnego tłumienia hałasu ANC, to podczas sesji foto Krzysztof musiał się na mnie nieco powydzierać, żebym usłyszał gdzie mam patrzeć i żebym tym razem nie zamknął oczu w momencie robienia zdjęcia.

Ostatnie dni dały mi także okazję do sprawdzenia, jak Teufele będą się spisywać przy słonecznej i ciepłej pogodzie. Musze przyznać, że przy temperaturze dochodzącej do ok. 20 stopni było bardzo przyjemnie i uszy pozostawały suche, ale gdy temperatura przekroczyła 25 stopni szybko robiło się w nich zbyt ciepło. Cóż, nauszne słuchawki i upały rzadko bywają udanym połączeniem.

Słuchawki nieźle wypadają także w kwestii czasu pracy na baterii, aczkolwiek nie da się ukryć, że testowane przez Krzysztofa Marshalle Major IV pod tym względem biją je na głowę. W Marshallach mogliśmy liczyć na ok. 60 godzin muzyki, natomiast Teufele oferują ok. 20 – 25 godzin muzyki przy głośności na poziomie 70 – 80% mocy. Mimo tego, nie wybrałbym Marshalli z bardzo przyziemnego powodu – nie podoba mi się ich stylistyka. Jest zbyt “oldschoolowa”, co dla niektórych będzie akurat zaletą – np. Krzysztofowi Marshalle wizualnie bardzo przypadły do gustu. Jednak do mnie zdecydowanie bardziej przemawia nowoczesna i zarazem stonowana linia Teufeli. Tu muszę zaznaczyć, że mam na myśli wersję czarną, gdyż w kwestii elektroniki cechują mnie wyjątkowo konserwatywne poglądy i w pozostałych wariantach kolorystycznych raczej bym się nie odnalazł.

Jeżeli więc ze słuchawek będziemy korzystali ok. 4 godziny dziennie, to po przewód ładujący sięgniemy średnio co cztery/pięć dni. A jeśli zdarzy nam się przegapić czerwone ostrzeżenie diody przy wyłączeniu słuchawek, to w awaryjnej sytuacji 15 minut ładowania wystarczy na ok. godzinę słuchania muzyki.

 

Jakość dźwięku i muzyki

Na jakość dźwięku oferowanego przez Teufel Supreme On składają się kwestie software’owe oraz hardware’owe – przynajmniej do takich wniosków można dojść analizując materiały marketingowe producenta. Ze strony czynników “namacalnych” na pewno warto wymienić 40-milimetrowe przetworniki HD o pasmie przenoszenia 10 – 20000 Hz i impedancji 26 Ω, dzięki której jakość dźwięku nie spada nawet przy bardzo dużej głośności. Towarzyszą im aluminiowe cewki o miedzianym powleczeniu oraz lekkie i zarazem mocne magnesy neodymowe. Cały ten zestaw zamknięto w każdym z nauszników, które, jak wspominałem wcześniej, świetnie izolują od zewnętrznych hałasów, więc nawet w tramwaju lub pociągu nie będziemy musieli podkręcać nadmiernie głośności, by usłyszeć wokal lub dialogi oglądanego filmu. Przy okazji warto w tym miejscu wspomnieć, że słuchawki nie mają najmniejszego problemu z utrzymaniem synchronizacji głosu z obrazem, więc świetnie sprawdzą do nocnych sesji z ulubionym serialem – zwłaszcza, gdy chcemy mieć pewność, że nie będziemy przeszkadzać śpiącemu za ścianą z nidy-gipsu współlokatorowi, zachowując jednocześnie pełną swobodę poruszania się po reszcie mieszkania (sprawdzone w praktyce :-]).

Ale Teufele Supreme On oferują nie tylko funkcje „rozrywkowe”, ale także potrafią być wygodnym narzędziem do prowadzenia rozmów – zarówno telefonicznych, jak i przy pomocy wszelkiej maści komunikatorów. I w tym momencie do akcji wkracza technologia cVc od Qualcomm, dbająca o tłumienie hałasów zewnętrznych i pilnująca jakości transmitowanego głosu. A że na piętrze pod moim M2 od lutego trwają remonty kilku mieszkań zniszczonych pożarem, to okazji do sprawdzenia skuteczności tego dodatku nie brakowało. I muszę przyznać, że nawet w towarzystwie nadającej z dołu wiertarki udarowej nie miałem problemów z prowadzeniem dłuższych lub krótszych rozmów.

 

Z kolei przy odtwarzaniu muzyki największy wpływ na jakość audialnych doznań będzie miał stworzony przez Apple kodek AAC (Advanced Audio Codec), wspierany przez urządzenia z wiadomym logo na obudowie, korzystające z Androida od 8 w górę oraz, od niedawna, z Windows 10. Drugą opcją są tutaj kodeki Qualcomm aptX, chyba najbardziej rozpoznawalne kodeki łączności Bluetooth.

Testy muzyczne i tym razem rozpocząłem od sprawdzenia, jak Teufele Supreme On poradzą sobie z basem w kawałku Royals filigranowej Lorde.

 

 

I już po pierwszych uderzeniach ciepłego i przyjemnie tłustego basu w uszy stało się jasne, że tonów niskich na pewno w nich nie brakuje – w dodatku basy wybrzmiewają naturalnie i z głębią, jakiej mamy prawo wymagać od sprzętu z tej półki cenowej. A ponieważ Royals to kawałek dość minimalistyczny w formie, to słuchawki nie miały żadnego problemu z szerokim rozstawieniem poszczególnych instrumentów, a nad wszystkim góruje idealnie wyeksponowany wokal.

A skoro o wokalu mowa, to nie mogłem podarować sobie przyjemności sprawdzenia, jak na Supreme On wybrzmi spektakularny głos Rose Betts i jej interpretacja Song to the Siren.

 

 

Gęsia skórka to chyba najlepszy dowód na to, że nawet tak głęboki i wymagający głos na Teufelach brzmi znakomicie. Momentami można odnieść wrażenie, że usta Rose są centymetr od naszych uszu i człowiek zaczyna oczekiwać delikatnego podmuchu powietrza od wyśpiewywanych słów. Całość dopieszczają czysto brzmiące smyczki i fortepian, podkreślające „pościelowy” charakter utworu.

No dobrze, a gdyby dystyngowany wokal zamienić na głos o mniej powściągliwym temperamencie, w komplecie z porządnym hardrockowym „pierdolnięciem”?

 

 

Charlie Big Potato kapeli Skunk Anansie to już klasyk, a dla mnie jeden z najważniejszych kawałków w historii muzycznych eskapad. I choć dzieje się tu sporo, bo prócz gitar i bębnów mamy jeszcze nieco smyczków i elektroniki, to całość brzmi czytelnie – nie ma mowy o kakofonicznym zlepku instrumentów, scena jest odpowiednio szeroka i przejrzysta, a zrywający dachy głos Skin jak zawsze powala skalą i możliwościami.

By sprawdzić bardziej „organiczne” klimaty sięgnąłem po grupę SKÁLD, skupionej na nordycko-folkowych nutach.

 

 

Niemal hipnotyzujący swym tempem Gleipnir wybrzmiewa tu znakomicie. Chór wyszorowanych berserkerów bez problemu znajduje miejsce obok bębnów, a powracający wokal Justine Galmiche doprawia całość kontrastującą delikatnością. Wszystko wybrzmiewa naturalnie, a tłustość basu tylko potwierdza możliwości dźwiękowe Teufeli Supreme On.

W tym zestawieniu nie może także zabraknąć klasycznej elektroniki – polski kompozytor Madis szczególnie powinien się spodobać fanom Marka Bilińskiego i „wczesnego” Jarre’a.

 

 

Klimatyczne Carrying the Fire bardzo dobrze wybrzmiewa na Teufelach – świergoczące tony wysokie raczą nas odpowiednią „cyfrową naturalnością”, ich pogłos przejrzyście wybrzmiewa w uszach, a tony średnie i niskie wyróżniają się odpowiednią soczystością i czystym brzmieniem.

Nie zapomniałem także o bardziej klasycznym repertuarze, z dużym naciskiem na linię gitarową. Still Got The Blues Gary’ego Moore’a nie słyszałem od lat i na Supreme On miło było go sobie przypomnieć.

 

 

Ależ tu się dzieje – gitary, smyczki, nieśmiało „cykająca” perkusja, wokal i owa epicka solówka. I znów jest znakomicie, utwór rozpieszcza wręcz czystością i szeroko nakreśloną sceną, a naturalnie oddana głębia pracy gitar przypomniała mi, dlaczego ten kawałek nigdy nie zostanie zapomniany.

Oczywiście, sprawdziłem także, jak Teufele Supreme One sprawdzą się przy oglądaniu filmów. Padło na Ligę Sprawiedliwości Zacka Snydera, dla której Junkie XL przygotowali swe obecne opus magnum – przynajmniej moim zdaniem.

 

 

Choć przesiąknięty elektroniką soundtrack pełnymi garściami czerpie z motywów muzycznych stworzonych przez Hansa Zimmera, Ruperta Gregsona-Williamsa i Toma Holkenborga, to jednocześnie jest tu tyle nowych elementów, genialnych miksów, chórów i dopasowanej do twórczości Snydera pompatyczności, że całość świetnie się słucha nawet bez obrazu. Supreme On na pewno nie brakuje mocy i możliwości, by właściwie oddać złożoność tej muzycznej ekstrawagancji.

 

Podsumowanie

Teufel modelem Supreme On dobitnie potwierdził, że zna się nie tylko na tworzeniu stacjonarnego nagłośnienia dla wymagających, ale także ma wiele do powiedzenia w temacie przenośnego audio. To świetny wybór dla użytkowników nieuznających słuchawek dousznych, do których się zresztą zaliczam, szukających jednocześnie modelu o stosunkowo niedużym gabarycie, by w razie potrzeby bez problemu schować słuchawki w torbie lub plecaku. Całość jest przy tym wykonana z materiałów wysokiej jakości, wyróżnia się niewielką wagą, a jeśli czerń to nie Wasze klimaty, bez problemu znajdziecie model o bardziej ekstrawaganckiej linii kolorystycznej.

Nie bez znaczenia są tu także dodatkowe funkcje słuchawek – wbudowany mikrofon i wyraźne brzmienie rozmów sprawiają, że Supreme On znakomicie spisują się roli zestawu słuchawkowego do rozmów telefonicznych i obsługi komunikatorów. Z ich możliwości zadowolone także będą osoby regularnie wspierające się przy pracy asystentem głosowym.

 

Ale nie da się ukryć, że najważniejsze jest tu brzmienie muzyczne, a pod tym względem Teufel Supreme On przypadną do gustu nawet bardziej wymagającym użytkownikom. Czyste brzmienie, naturalny i odpowiednio tłusty bas oraz świetnie wyeksponowane tony wysokie sprawiają, że słuchawki pozwalają cieszyć ucho najróżniejszymi gatunkami muzycznymi – od pogańsko-nordyckiego folku, przez hard-rockową scenę, po wielowątkową elektronikę w towarzystwie symfonii. Jedyne co może tu ostudzić entuzjazm potencjalnego nabywcy to cena Supreme On – w chwile obecną w sklepach ten model wyceniany jest na ok. 670 zł, co jest kwotą niemałą. Nie da się jednak ukryć, że wchodząc na terytorium marki formatu Teufel, w dodatku do sektora bezprzewodowych produktów z wyższej półki, musimy się jednak liczyć z tym, że dostaniemy po kieszeni… A fakt, że jest to kwota adekwatna do oferowanych możliwości niech potwierdzi odznaczenie TECHSETTER poleca.