Druga połowa grudnia to czas podsumowań. Powoli żegnamy rok 2018, życząc sobie nieśmiało, żeby 2019 był gorszy od roku 2020. Karuzela około noworocznych zestawień kręci się już całkiem szybko, więc i ja pozwolę sobie na nią wskoczyć, aby przypomnieć sobie największe niespodzianki roku, zreflektować się nad tym, co nie wypaliło, a następnie zastanowić się czego życzyłbym sobie i Wam, drodzy Czytelnicy, w nadchodzącym roku.

Razem z Naczelnym i resztą ekipy postanowiliśmy przybliżyć najciekawsze, naszym zdaniem, technologiczne premiery. A z racji tego, że i kultura (wyższych i, nie oszukujmy się, nieco niższych lotów także) nie jest nam obca, to i do niej postaramy się nawiązać. Nie ukrywam, że ja skupię się w dużej mierze na sprzęcie komputerowym oraz grach, nieco mniej miejsca poświęcając serialom oraz kinematografii. Do dzieła!

 

Notebooki roku 2018

Bądź mądry, wybierz dwa… Ciężka sprawa, gdyż kończący się właśnie rok przyniósł kilka modeli naprawdę porządnych, solidnych i świetnie wyposażonych. Wybierając notebooki skupimy się na tych, które sami mieliśmy okazję testować i wyróżniały się w naszych recenzjach. A że większość najważniejszych premier tego roku wcześniej lub później pojawiała się na naszych redakcyjnych biurkach, to zbyt wiele nas nie ominęło. Testowaliśmy najnowszego ThinkPada X1 Carbon 6 gen., Della XPS 13, ZenBooka Pro 15 oraz Zephyrusa M od Asusa, Surface’a Pro, ThinkPady serii T od Lenovo, stacje robocze od HP oraz Lenovo i Della. Trochę tego było. Zarówno „biznesówek”, jak i laptopów dla graczy. Klasycznych notebooków oraz sprzętu 2 w 1. I z całej tej menażerii wybór dwóch, moim zdaniem, topowych konstrukcji tego roku wcale nie jest łatwy… To może zacznijmy od jedynego laptopa, któremu przyznałem w tym roku rekomendację Techsetter Poleca. Wybór drugiego notebooka był już dużo trudniejszy, ale ostatecznie padło na innowację, czyli Asusa ZenBook Pro 15.

Lenovo ThinkPad P1 (pełna recenzja tutaj, a recenzja wideo – pod tym linkiem) okazał się jedną z najgorętszych premier w branży IT w całym 2018 roku. Razem z nim na rynku zawitał ThinkPad X1 Extreme, czyli – jak go określiliśmy – „Carbon na sterydach”. Oba notebooki dzieliły taką samą obudowę, jednak pewne różnice wynikające z wydajności obu konfiguracji sprawiły, że to właśnie najnowsza mobilna stacja robocza od Lenovo zasłużyła na moje osobiste Top 2.

Lenovo ThinkPad P1

ThinkPad P1 przyciąga wzrok już samą obudową. Mimo że wizualnie jest to wciąż ThinkPad z krwi i kości, to jednak widać wyraźne inspirowanie się nie tylko sprzętem z rodziny X1, ale też konkurencyjnym Dellem XPS 15 i Precisionem 5530, z którym XPS dzieli obudowę. Jednak obudowa to tylko wierzchołek góry lodowej tego, co „P-jedynka” oferuje użytkownikom. Stacja robocza posiada bardzo mocne konfiguracje, gdzie pierwsze skrzypce grają jednostki Intela ósmej generacji z rodziny Coffee Lake H. Tuż obok nich swoją pracę wykonuje karta graficzna z profesjonalnej rodziny NVIDIA Quadro. Ponadto P1 umożliwia też opcjonalne spięcie dysków PCIe NVMe w macierz RAID 0 lub 1.

Na wyposażeniu ThinkPada P1 mamy też świetne głośniki, wysokiej klasy ekrany, pojemną baterię (80 Wh) oraz imponujące wyposażenie, wśród którego nie zabrakło kamerki IR, dwóch złączy Thunderbolt 3, czytnika linii papilarnych oraz Smart Card, a także doskonałej klawiatury Precision – nieobcej każdemu miłośnikowi ThinkPadów. Mało tego, w czasie testów laptop zademonstrował nam swoje spore możliwości w kwestii wydajności ogólnej, jednoczenie zachowując przyzwoitą kulturę pracy. Wszystko jest tak jak trzeba i za to inżynierom z Lenovo należy się niemała pochwała!

 

Dlaczego drugim laptopem stał się nowy 15-calowy ZenBook Pro? Za to, że jest maszyną piękną, całkiem przemyślaną, a innowacyjny pomysł ScreenPada w mojej opinii zdał egzamin. To prawda, że ZenBook Pro 15 idealny nie jest. Ale skutecznie broni się jako maszyna oryginalna, elegancka, bardzo dobrze wyposażona, a przy tym zachowująca naprawdę niezłą kulturę pracy, jednocześnie nie poświęcająca w tym celu wydajności całej konfiguracji.

O estetyce nowego ZenBooka pisałem sporo w swojej recenzji, ale podkreślę tylko czym Asus mnie ujął szczególnie – doskonale spasowana, aluminiowa obudowa w przyjemny granatowym kolorze i charakterystyczny dla urządzeń z rodziny „Zen” kolisty wzór szczotkowania po raz kolejny wywołały błysk w moim oku. Sama sylwetka Asusa też należy do tych smuklejszych, co wespół z wymienionymi przed chwilą elementami tworzy maszynę, która może się podobać.

Asus ZenBook Pro 15 UX580GE

Jednak nie tylko osoby „kupujące oczami” będą mogły przychylnie zerkać w kierunku ZenBooka. Ze względu na jego wyposażenie laptop równie mocno może znaleźć się na liście zakupowej osób szukających sprzętu przede wszystkim funkcjonalnego. Wysokiej klasy ekrany dotykowe ze świetnymi głośnikami Harman/Kardon oraz kartą graficzną NVIDIA GeForce GTX 1050 Ti stworzą doskonałe trio dla miłośników wszelkiej maści multimediów. A dokładając do tego 4- lub 6-rdzeniowy procesor Intel Core ósmej generacji od TDP 45 W oraz wydajny dysk PCIe NVMe, otrzymujemy zestaw, który z czystym sumieniem można polecić fachowcom zajmującym się grafiką 3D oraz 2D.

Na koniec zaś – wisienka na torcie – ScreenPad. Ciężko powiedzieć, czy idea ta zrewolucjonizuje w jakikolwiek sposób rynek notebooków. Póki co, wydaje się, że nie. Ale gładzik z wyświetlacza Super IPS+ o rozdzielczości Full HD oraz przekątnej długości 5,5” jest udanym eksperymentem, a co najważniejsze – praktycznym. ScreenPad może służyć jako narzędzie do obsługi tak podręcznych aplikacji jak kalendarz czy klawiatura numeryczna i odtwarzacz muzyki, jednocześnie dalej oferując funkcjonalność touchpada. A po przejściu w tryb dodatkowego monitora, można wyświetlać na nim właściwie wszystko. Wyjątkiem są skomplikowane multimedia, potrzebujące do działania GTX-a 1050 Ti zamiast „integry”. Nie jest to więc kolejna wydmuszka mająca mamić potencjalnych nabywców.

 

 

Najlepsze gry 2018

To nie był dobry rok dla Bethesdy…

Tutaj również wyróżnię dwa tytuły. W tym roku na brak spektakularnych premier narzekać nie mogliśmy, szczególnie w okolicach czwartego kwartału. Było głośno o nowej Forzie Horizon, Hitmanie 2 oraz Shadow of the Tomb Raider, ale nie oszukujmy się – najgłośniej było o tym, co… nie do końca się developerom i wydawcom udało. Najbardziej dostało się oczywiście Bethesdzie za Fallouta 76 oraz EA i DICE za drugowojennego Battlefielda 5. I tak jak ten drugi, mimo historycznych absurdów i przekłamań oraz fatalnie przyjętej kampanii dla pojedynczego gracza, jako strzelanka sieciowa broni się całkiem nieźle, tak Fallout 76 stał się dla Bethesdy strzałem w kolano. Z dużego kalibru. A Bethesda zamiast ranę odkazić, wyjąć kulę, zszyć i owinąć bandażem, to postanowiła w tę ranę nasypać soli, natrzeć ją błotem i owinąć na koniec brudną szmatą, jednocześnie dziwiąc się, że rana zaczęła intensywnie się jątrzyć. Zamiast rozczarowanych, a później już wściekłych, graczy próbować ugłaskać, ekipa Todda Howarda zaliczała coraz to większe wpadki. Pożar, jakim był stan Fallouta 76 w dniu premiery i długo po nim, wywołany nie przez iskrę, ale beczkę nitrogliceryny zepchniętą ze stromego, kamienistego zbocza, miast próbować czym prędzej zdusić, to postanowiono przywieźć na miejsce tragedii kilka cystern ropy i konsekwentnie ten pożar podlewać. Mało tego, Bethesda nie nauczyła się niczego z przypadku No Man’s Sky oraz Battlefronta II, gdzie wściekli gracze dość mocno dali popalić Hello Games oraz EA.

Cóż…

Przejdźmy wreszcie do przyjemniejszej części tego tekstu. Jeżeli miałbym powiedzieć, jakie gry pochłonęły mnie w tym roku na naprawdę długi czas, to byłyby to właśnie dwa tytuły – Assassin’s Creed: Odyssey (nieco więcej o samej grze znajdziecie tutaj) oraz Kingdom Come: Deliverance (moje rozważania o grze – tutaj). Obu tytułom poświęciłem na Techsetterze nieco miejsca, dlatego bez większego rozpisywania się uzasadnię dlaczego.

Ubisoftowa wariacja na temat homeryckiej Odysei przyciągnęła mnie do monitora z kilku powodów. Po pierwsze – jest to więcej tego samego, co w Assassin’s Creed: Origins – tytule, który rozpoczął rewolucjonizowanie serii gier o Asasynach. Świat jest ogromny, jest w nim co robić, a swoje wędrówki możemy toczyć w dowolnym kierunku. Po drugie – sama starożytna Grecja została zaprojektowana ciekawie i gracz ma przyjemność z odkrywania jej uroków. No i sam wątek fabularny – chociaż mocno rozciągnięty, to ma swoje momenty i twisty fabularne, sprawiające, że chce się go zgłębiać. Po trzecie – wreszcie mamy protagonistów z krwi i kości. Charyzmatycznych, dających się lubić cwaniaczków Aleksiosa lub Kasandrę. Może nieco zbyt porywczych, może zbyt często kończący spór za pomocą miecza, aniżeli dialogu, ale koniec końców ich pobudki wydają się słuszne, a ich dobre serce, mimo że nieco zagubione w trudnych czasach wojny, gdzieś tam bije dla wyższych celów.

Dodatkowo twórcy nowego Asasyna potrafili stworzyć niemało questów pobocznych, które jeszcze bardziej uzupełniają opowieść. Owszem, jest też mrowie zadań-zapychaczy. Owszem, Ubisoft coraz mocniej odlatuje w fantastykę tłumacząc wszystko „usterkami Animusa”. Wybijanie zaś po raz n-ty czy to posterunku, czy twierdzy może na dłuższą metę nieco nudzić. Tym bardziej, że komputerowi przeciwnicy niekiedy zachowują się, jakby chcieli zdobyć olimpijski laur w zawodach mających wyłonić najmniej bystrych żołdaków. Ale jednak, koniec końców, Assassin’s Creed: Odyssey jest wciągający. Przygotujcie się na kilkadziesiąt godzin zabawy!

 

 

Drugą grą, przy której spędziłem naprawdę sporo godzin, to interaktywna opowieść o Henryku ze Skalicy oraz losach jego suwerenów, przyjaciół i rodziny w czasach wojny o władanie Bohemią. Gra okrzyknięta mianem symulatora średniowiecznego pachołka nie zaliczyła udanego startu i w pierwszych recenzjach dostało jej się trochę z powodu nie najlepszej optymalizacji i psujących rozgrywkę glitchy. Poza tym, gracze nie otrzymali na start wszystkiego, co obiecano na Kickstarterze w czasie zbiórki mającej sfinansować grę. Na szczęście studio Warhorse stanęło na wysokości zadania, zakasało rękawy i prędko wzięło się za łatanie gry, a także za tworzenie DLC.

Kingdom Come: Deliverance wciągnął mnie nie tylko samą kreacją świata przedstawionego. Całkiem wierne odwzorowanie czeskich miasteczek i realiów życia w niełatwych czasach powoli zbliżającego się zmierzchu średniowiecza było czymś innym niż to, do czego przyzwyczaiły nas współczesne gry. Kingdom Come nie prowadzi nas za rączkę od punktu A do punktu B, aby wykonać zadanie. Raczej daje nam wolną rękę i mówi: „Idź, zrób to po swojemu!” I robiłem. Czasem żałowałem, czasem zapomniałem w odpowiednim momencie zapisać gry, czasem rzuciłem srogim plugastwem, kiedy leżąc w kałuży krwi zdałem sobie z tego sprawę. Ale… ta gra wciąż dawała satysfakcję i zachęcała do poznawania jej mechanik oraz sprawnie poprowadzonego wątku głównego. Wczoraj spojrzałem jaki czas gry wyświetli mi Steam – nieco ponad 120 godzin mnie zaskoczyło.

 

 

Technologia roku 2018

Ósmą generację mobilnych CPU Intela można uznać za całkiem udaną

Świat idzie na przód, a wespół z nim rozwija się technologia. Ta pozwalająca eksplorować nieznane, mająca poprawić nasze bytowanie na tym ziemskim łez padole, a także ta o niższej randze – bardziej służąca zaspokojeniu naszej potrzeby życia w wygodzie oraz rozrywce i rekreacji. Ta pierwsza kategoria na przykład przyniosła światu rozwiązania w postaci łazika InSight na Marsie, kolejnych testów rakiet od SpaceX, włącznie z wysłaniem przez Elona Muska samochodu Tesla Roadster w kosmiczną otchłań. Kto bogatemu zabroni? Poza tym nastąpił rozkwit możliwości sztucznej inteligencji, uczenie maszynowe wykorzystywane jest coraz powszechniej, a robot z Boston Dynamics zrobił to, czego ja pewnie nie nauczę się nigdy – salto w tył. Nie brakuje też nowinek dotyczących elektrycznych i autonomicznych pojazdów. W Warszawie zaś zainstalowano anteny sieci 5G. Przykładów można mnożyć i mnożyć…

Ja jednak sięgnę po coś, co przysłuży się w równej mierze w pracy, jak i w domu. Są to jednostki Intela ósmej generacji z rodziny Kaby Lake R. Procesory o TDP 15 W otrzymały cztery fizyczne rdzenie wsparte technologią Hyper-Threading. To zaś sprawiło, że jednostki te są w stanie dużo mniejszym kosztem energii wygenerować wyniki zbliżone do CPU poprzedniej generacji o TDP 45 W. W skrócie – laptopy klasyczne oraz mobilne ultrabooki dostały sporego kopa do wydajności. Dla osób potrzebujących  w codziennej pracy wydajności kilku rdzeni nowe CPU okazały się świetnym rozwiązaniem. Co prawda, część naszych recenzji pokazała, że są nie brakuje laptopów potrafiących niekiedy dość mocno zdławić tryb Turbo, ale testowaliśmy także notebooki, które pozwalały na wyższe taktowanie, a w efekcie – osiągały wyższą wydajność. Znacznie wyższą.

Sporo od siebie dają także jednostki o TDP 45 W z rodziny Coffee Lake H. Tutaj możemy liczyć nawet na sześć rdzeni fizycznych oraz możliwość liczenia dwunastu wątków. Nowe jednostki spotkały się z ciepłym przyjęciem przez graczy, profesjonalistów i miłośników rozbudowanych multimediów. Nie bez powodu, gdyż ich wydajność także znacząco wzrosła w stosunku do poprzedniej generacji.

 

Seriale roku 2018

Jak już nadmieniłem we wstępnie, ta kategoria, tak samo zresztą jak ta dotycząca filmów, będzie potraktowana przeze mnie nieco po macoszemu. Powód jest prozaiczny – spędzam mało czasu oglądając seriale i nie jestem kinomanem. Ominąłem masę głośnych premier tego roku, o bardziej niszowych tytułach nawet nie wspominając. „1983” wciąż kusi mnie z okna netflixowych propozycji, podobnie zresztą jak inne seriale. I tak właściwie seriale, które pozwolę sobie wyróżnić, również oglądałem przez platformę Netflix. Bo tak mi najwygodniej.

Spośród rozbudowanej oferty szczególnie ujęły mnie dwa tytuły. Może i niezbyt świeże, bo jeden z nich miał swoją premierę już 2 lata lata temu, ale biorąc pod uwagę, że ich emisja wciąż trwa i najnowsze sezony miały swoją premierę w 2018 roku, to pozwolę sobie na ich wyróżnienie.

Jako iż fanem komiksów nie jestem w ogóle (no dobra, za szkraba kolekcjonowałem Giganty), to postać ta była dla mnie zupełnie obca. Do czasu, aż nie skusiłem się na pierwszy odcinek. Później już poszło z górki. Jessica Jones, bohaterka komiksów Marvela, to pani detektyw, zajmująca się nie tylko prywatnymi śledztwami, ale też starająca się stawiać czoło demonom przeszłości, które cały czas za nią kroczą. Te z czasem – stają się coraz bardziej niebezpieczne i trudne do zniesienia, zaś wyjaśnienie jednego wątku, otwiera drzwi do kolejnego przynosząc w ten sposób więcej nowych pytań i wątpliwości niż jakichkolwiek sensownych odpowiedzi.

Co przykuło mnie do ekranu oprócz samej przyjemności z odkrywania kolejnych tajemnic z życia pani detektyw? Wyraziści bohaterowie, wielowymiarowe postacie mające tyle samo zalet, co wad. Czasami wkurzali, czasami im kibicowaliśmy. Ale przez cały ten czas pozostawali w pewnym sensie autentyczni, a ich decyzje i pobudki można było zrozumieć. Serial właściwie budował napięcie, w odpowiednim momencie potrafił docisnąć fabularną śrubę, a następnie tylko na moment ją poluzować po to, żeby w kolejnym odcinku złapać już nie za klucz francuski, a za wkrętarkę pneumatyczną i dokręcić ją jeszcze bardziej. To zaś sprawiało, że pojawił się we mnie syndrom „jeszcze jednego odcinka”. I jak można się domyślić – nie był to jeden odcinek.

 

 

Jeżeli chodzi o aktorów, to Jessica Jones wykreowana przez Krysten Ritter prezentuje się autentycznie – cyniczna, nosząca maskę twardzielki kobieta zmagająca się z PTSD oraz uzależnieniem od alkoholu nie jest bohaterem z krwi i kości. To przebiegła i konsekwentna pragmatyczka, czasami podejmująca  głupią decyzję w przypływie burzy targających nią emocji. Z drugiej strony mamy Killgrave’a spektakularnie zagranego przez Davida Tennanta. Psychopatyczny, nie uznający kompromisów i za wszelką cenę dążący do celu przystojniak z brytyjskim akcentem, będący dla Jessici uosobieniem zła wcielonego, wypada bardziej niż wiarygodnie. Tennant potrafi swoją kreacją budzić niepokój nie tylko w bohaterach serialu, ale też w widzach. Klasa sama w sobie. No i na koniec została nam Trinity… to znaczy… Carrie-Ann Moss, grająca twardą prawniczkę, która nie jest od tego, żeby brać kolejne zlecenia od swoich klientów, tylko żeby je wygrywać. Najlepszy prawnik w Nowym Jorku. Jeri Hogarth, bo tak nazywa się grana przez panią Moss bohaterka, jest chyba najbardziej wielowymiarową postacią w serialu, a gra aktorska Carrie-Ann Moss zachęca do tego, żeby bliżej poznać jej motywacje, które nie zawsze są oczywiste i zero-jedynkowe.

Drugim serialem godnym wyróżnienia jest hiszpańska produkcja. Dom z Papieru (org. La Casa del Papel) to rewelacyjnie poprowadzona opowieść o spektakularnym, pieczołowicie zaplanowanym napadzie na hiszpańską mennicę państwową. Z drugiej strony zaś, produkcja doskonale pokazuje, nie oceniając jednocześnie, jak słabi jesteśmy wobec popychających nas do działania emocji i uczuć, i że nawet najdoskonalszy plan nie wszystko jest w stanie przewidzieć, bo koniec końców jesteśmy tylko ludźmi.

 

 

Doskonale poprowadzona fabuła od pierwszego do ostatniego odcinka trzyma w napięciu, a bohaterowie serialu na długo zapadają w pamięć. Także tutaj mamy do czynienia z wielowymiarowo i wiarygodnie zarysowanymi charakterami, posiadającymi własne historie i motywacje. Pewne sploty wydarzeń i zwroty akcji zasługują zaś na miano istnego majstersztyku. Obecnie powstały dwa pełne sezony serialu, które wątek samego napadu prowadzą od początku do końca. Trzeci sezon zaś jest zaplanowany na pierwszą połowę 2019 roku.

Na szczególną uwagę zasługuje tutaj gra aktorska Alvaro Morte, wcielającego się w rolę Profesora, czyli mózgu całej operacji, oraz Pedro Alonso wcielającego się w rolę Berlina. Obie postacie potrafią obudzić w widzu sporo emocji – od podziwu i sympatii, przez niezrozumienie, złość i żal, po współczucie. W ogóle trzeba przyznać, że twórca serialu, Alex Pina, doskonale dobrał aktorów do ról, gdyż nieważne, czy mówimy o prowadzącej negocjacje ze złodziejami pani inspektor Murillo, czy o nieco narwanym Denverze lub tchórzliwym prezesie mennicy w opałach – wszyscy wypadają przekonująco i swoją prace wykonali z dużym pietyzmem.

 

Filmy roku 2018

Jak już powiedziałem – nie jestem kinomanem, nie śledzę Oscarów, nie wiem kto i za co zgarnia nagrody. Ale jeżeli miałbym wskazać dwa filmy, przy których się świetnie bawiłem w tym roku – proszę bardzo! Trochę w myśl zasady: „nie znam się, ale się wypowiem”.

Deadpool 2, czyli druga część losów zmutowanego chama w czerwono-czarnym stroju. Superbohatera (chociaż sam tak o sobie raczej nigdy nie powie), po raz kolejny świetnie zagranego przez Ryana Reynoldsa, oprócz zdolności szybkiego regenerowania tkanek, cechuje niewyparzony język oraz umiłowanie do humoru lotów tak niskich, że jego „ofiary” muszą uważać na pięty. No ale Deadpool 2 na swój pokręcony sposób opowiada całkiem przyjemną w odbiorze historię. Jest sporo momentów, wywołujących gromki śmiech (oczywiście, jeżeli komuś taki humor odpowiada), ale nie brakuje też scen nieco poważniejszych i w jakiś sposób zachęcających do refleksji, a nawet (sic!) do wzruszeń. Poza tym, podobnie zresztą jak część pierwsza, Deadpool 2 to gratka dla miłośników uniwersum X-Menów oraz komiksów w ogóle. Mało tego, w filmie ponownie dostaje się też szeroko rozumianej popkulturze, mimo że Marvel jest przecież jej mocnym przedstawicielem, szczególnie za Oceanem. Ot, taka autoironia, której w Deadpoolu nie brakuje.

 

 

Drugą pozycją, wartą polecenia jest Dziedzictwo (Hereditary). Zazwyczaj od horrorów się odbijam, i to na dość sporą odległość. Na tyle odległą, że zazwyczaj do nich nie wracam. Ale nie tym razem. Dziedzictwo wyreżyserowane przez Ari Astera jest mroczną, psychodeliczną opowieścią o tym, że czasami ze spuścizną naszych przodków musimy się prędzej czy później skonfrontować, czy tego chcemy, czy nie.

Film charakteryzuje ciężki klimat, pełen przygnębienia i żalu z powodu niedomkniętych spraw. Swój wkład ma tutaj także mocno zarysowany wątek okultyzmu. Dziedzictwo nie straszy nas „jump scare’ami”, ani scenami gore. A jednak poczucie niepokoju intensyfikowane przez skomponowaną na potrzeby filmu muzykę oraz ponurą kolorystykę wręcz wylewa się z ekranu i chce wziąć nas w swoje zgniłe objęcia.

Aktorzy swoją grą kupili mnie w 100%, a szczególnie dobrze w swoją rolę wcieliła się Toni Collette, grająca pierwszoplanową postać – Annie Graham – matkę dwójki nastoletnich dzieci oraz żonę. Emocje miotające panią Graham wyglądają bardziej niż autentycznie, w jej oczach widać ból, zmęczenie, niezrozumienie i zagubienie, które naturalnie mieszają się ze złością oraz rozpaczą, od czasu do czasu przechodząc w obłęd. Genialna kreacja.

Dla miłośników nieco ambitniejszych horrorów – pozycja wydaje się obowiązkowa.

 

 

Zakończenie

Podsumowanie jest krótkie, na pewno nie wyczerpujące tematu. Pewnie sporo zabrakło – wszak rok 2018 pod względem nowinek nie należał do ubogich. Mało tego, w tym roku upowszechniło się wiele technologii, na które przygotowywały nas poprzednie lata. W laptopach coraz częstszym widokiem jest gniazdo Thunderbolt 3, prace nad smartfonem z elastycznym ekranem weszły w nową fazę, a na ulicach Poznania, Wrocławia i Warszawy pojawiły się elektryczne hulajnogi Lime-S. Karty graficzne dla graczy mają teraz możliwość śledzenia promieni w czasie rzeczywistym (ray tracing), co ma wprowadzić gry na nowy poziom, a coraz większa liczba technologicznych potentatów intensywnie pracuje nad uczeniem maszynowym oraz sztuczną inteligencją. Podsumowując – dzieje się niemało!

I z tego miejsca, z okazji zbliżającego się Nowego Roku, życzę wszystkim Czytelnikom, aby w 2019 również „działo się”, ale ograniczając to do tych dobrych wydarzeń. Do siego roku!