Na filmy produkowane przez DC, a wchodzące w skład DCEU, czyli DC Extended Universe, patrzę co do zasady z dużym dystansem. Lubię te filmy, a ostatni Shazam! zdecydowanie przełamuje „kiepską passę” twórców z Detective Comics, ale – niejako z założenia – uważam je za mniej urodziwe rodzeństwo dojrzalszego MCU.

Joker do DCEU nie należy, a szkoda, bo gdyby należał, to Kevin Feige i reszta magików z Marvel Studios mieliby dobre powody do obaw. Jeżeli DC rzeczywiście, jak twierdzą niektórzy, wciąż jeszcze szuka własnego głosu, własnej formuły na bohaterów, to mam prośbę: niech przestanie. Poproszę o więcej filmów tej klasy.

 

Dobry, zły i brzydki

Joker to film na poważne; na serio.

Jedenaście lat temu pierwszy Iron Man od Marvel Studios zaskoczył nas przede wszystkim niewiarygodnie – jak na tego typu filmy – poważnym podejściem do psychologii postaci. Nie byli to może jeszcze Watchmeni, ale po serii absolutnie nietrafionych Spider-Manów z Tobeyem Maguire’m i tak samo niechlujnie podanych X-Menów film robił naprawdę ogromne wrażenie. Superbohaterowie? Tak. Origin story? Pewnie. Origin story na poważnie? Jasne; spróbujmy.

Rzecz weszła aż miło.

To właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, jak niesamowicie istotny jest w origin stories realizm postaci. Realizm sytuacji, w których się znalazły. Również realizm psychologiczny.

Joker idzie o krok dalej. Takiego origin story jeszcze nie było. Były próby; owszem, były. DC także podjęło jedną z nich, serwując nam przed paru laty Człowieka ze Stali. Niestety, filmowy Superman ugiął się – jednak – pod ciężarem konwencji. Szkicowanie realistycznych portretów psychologicznych jakoś niekoniecznie idzie w parze z robieniem rozwałki na skalę planety.

A co, gdyby – tak po prostu – zostawic „superbohaterskie głupoty” na boku – i naprawdę zająć się postacią? Żadnych arcy-super-łotrów; żadnych akcji tego typu. Tylko bohater i jego przemiana – i okoliczności tej przemiany? Przeprowadzić to do końca, bez żadnej ugody czy kompromisu?

I tego rodzaju filmem jest Joker.

Joker, Mesjasz Dobrej Zmiany

Początki przestępczej kariery Jokera obserwujemy na tle Gotham z ubiegłego wieku. To miasto, które powoli pogrąża się w ostatecznej zapaści. Rosną dysproporcje społeczne: biedni są coraz biedniejsi, a bogaci – coraz bogatsi i coraz bardziej odcięci od pozostałych. Miasto ogarniają strajki – strajkują służby wywożące odpady. Na ulicach piętrzą się hałdy nieuprzątniętych odpadów. Pojawia się plaga „super-szczurów”.

„Super-szczury” – w filmie nie zobaczycie ani jednego z nich – są w Jokerze w zasadzie jedynymi „super-istotami”. Sam film koncentruje się na ludziach, w mistrzowski sposób wykorzystując niezwykle bogaty materiał źródłowy, jakiego dostarczają komiksy DC, również te starsze. W drodze po nową interpretację Jokera twórcy sięgnęli po materiały z przynajmniej kilku znanych i lubianych komiksowych historii; najnowszy film Todda Phillipsa i Scotta Silvera jest jednak nie tyle ich wypadkową, co zbudowaną na ich kanwię zupełnie nową narracją. Jest narracją, w której Joker – ze znanego nam z innych „historii z Batmanem” szaleńca – zmienia się w mesjasza wykluczonych, biednych i sponiewieranych. Niejako przypadkiem, choć niekoniecznie wbrew sobie, staje się katalizatorem gniewu zaniedbywanego społeczeństwa.

W istocie jest jednak – przez większą część filmu – zagubionym gościem z pukawką, z której nie do końca potrafi zrobić użytek, a która – ostatecznie – doprowadza go do tego, czym, jak wiemy, ma się stać.

Historię Jokera obserwujemy na tle rosnących napięć w Gotham, które ostatecznie, pod wpływem jego akcji, kulminują w wyjątkowo emocjonującym finale. Wraz z jego przemianą zmienia się też całe miasto; w obliczu skrajnej niesprawiedliwości i braku perspektyw jedynym wyjściem jest, jak się wydaje, przemoc i szaleństwo. Ale powiedzieć, że film DC usprawiedliwia tę przemoc – czy że próbuje „zrozumieć” szaleństwo – to powiedzieć za wiele. Filmowy Joker ani przez moment nie jest postacią „dobrą” czy „sympatyczną”. Jednak kiedy idzie po swoje, współczujemy mu i kibicujemy, ponieważ gniew, którego staje się wyrazicielem, zasługuje na swój głos. Ofiarami jego zemsty padają bogaci, wykształceni i dobrze sytuowani. Źli czy dobrzy – to nieważne; widok silnych, którzy padają od ciosów bezsilnych – i związane z tym emocje – to coś, co każdy musi zobaczyć samemu. I samemu też ocenić.

Muzyka na czas apokalipsy

Joker to mistrzostwo – mistrzostwo manipulacji. Sposób, w jaki film manipuluje emocjami odbiorcy, nierzadko zwodząc go na manowce i prowadząc w miejsca, o których istnieniu nie chciałby wiedzieć, przejmie nawet największych sceptyków.

Jest w tym zasługa gry aktorskiej; są w tym zdjęcia i muzyka. Czy Joaquin Phoenix jest najlepszym jak do tej pory Jokerem? Tego – tak szczerze – ocenić nie umiem. Jest jednak Jokerem przekonującym, aktorem, który jak nikt potrafi dać nam wgląd w wewnętrzne mechanizmy psychiki tej legendarnej postaci. Samą swoją grą aktorską potrafi nadać drugie, trzecie, piąte dno przerażająco ciemnym żartom, które czasami rzuca bohater (a których źródeł i inspiracji można doszukiwać się w najlepszych w historii opowieściach o Batmanie).

Żarty te, a każdy z nich stanowi wyjątkowo trafny komentarz społeczny bądź polityczny (co, niestety, wcale nie czyni ich śmieszniejszymi), otwierają tę postać przed widzem – i pozwalają na chwilę wejść w buty Jokera i spojrzeć na Gotham jego oczami. W pewnym sensie Joker Phoenixa jest więc postacią kompletną – jest w nim zażewie wszystkiego, czym Joker w przyszłości się stanie. To fascynująca kreacja, być może najciekawsza jak dotąd interpretacja Jokera w historii DC.

Dodajcie do tego niesamowity wręcz soundtrack, gdzie znane numery z poprzedniej epoki przenikają się z mrocznymi kompozycjami autorskimi, a także fantastycznie przemyślaną scenografię, oświetlenie, pracę kamery – i dostajecie dzieło klaustrofobiczne i ciężkie, coś, czego kino superbohaterskie jeszcze dotąd nie widziało. I czego prędko nie zdoła powtórzyć.

Zwycięzca, który bierze wszystko

No i – cóż. Rok 2019 dobiega końca, a wraz z nim – pewna epoka w dziejach kina superbohaterskiego. Mieliśmy Avengers: Endgame, film, który domknął ostatnie dziesięciolecie superbohaterskich zmagań Marvela i zamknął (wraz ze Spider-Manem 2) Trzecią Fazę MCU, obnażając przy okazji całą miałkość tej formuły. A teraz? A teraz macie Jokera. Nareszcie. Coś się kończy; coś się zacznie. Zwieńczenie to jest tym przyjemniejsze, że niespodziewane. Kto by pomyślał, że z tej końcowej potyczki to właśnie DC wyjdzie zwycięsko, szczególnie w parę miesięcy po Endgame?

A jednak wychodzi. Bój się, Marvelu.