Nie ma wolności słowa bez prawa do mówienia rzeczy, które mogą kogoś urazić. Do krytyki, do ironii, do złośliwości. Do wyrażania opinii, które są niepopularne, kontrowersyjne, prowokujące. Wolność słowa nie jest od tego, żeby było miło. Jest od tego, żeby było wolno. I właśnie dlatego ustawa o tzw. mowie nienawiści to nie troska – to zagrożenie.
Czym właściwie jest ta „nienawiść”?
To pytanie, którego nikt nie zadaje, a które powinno być pierwsze. Bo „mowa nienawiści” brzmi groźnie – kto by jej nie chciał zakazać? Ale kiedy przychodzi do konkretów, nagle okazuje się, że definicja jest gumowa jak ciasto na pierogi.
W projekcie ustawy zapisano, że karalne mają być wypowiedzi motywowane uprzedzeniami wobec wieku, płci, orientacji, niepełnosprawności, religii itd. Ale gdzie kończy się pogląd, a zaczyna uprzedzenie? Czy krytyka polityki migracyjnej to już „nienawiść rasowa”? Czy cytat z Biblii to „homofobia”? A może żart o osobach z wyższej uczelni też kiedyś trafi pod paragraf, bo przecież „dyskryminuje inteligencję”?
Prawo, które pozwala karać za emocje, nie może być bezpieczne
Jeśli kluczowe pojęcia są nieostre, decyzję o tym, co jest przestępstwem, podejmie nie prawo – tylko prokurator. Albo polityk. I nie ma znaczenia, kto aktualnie rządzi – każda władza prędzej czy później uzna, że słowa bolą. Zwłaszcza słowa, które uderzają w nią samą.
Z takim prawem można ścigać za wszystko: za mema, za tweeta, za komentarz pod artykułem. Nie dlatego, że nawołujesz do przemocy – tylko dlatego, że ktoś się poczuł urażony. I to wystarczy.
Zachód już tam jest. I nie wygląda to dobrze
W Niemczech wprowadzono NetzDG – ustawę, która miała walczyć z hejtem, a doprowadziła do masowego usuwania treści przez algorytmy i moderatorów, często bez udziału sądu. W Wielkiej Brytanii – zatrzymania za posty w social mediach. USA – blokowanie całych narracji, które nie wpisywały się w oficjalną linię (dopóki kilka miesięcy później nie okazywały się… prawdziwe).
Wszędzie tam, gdzie przyjęto podobne przepisy, efekt był ten sam: autocenzura, banowanie niewygodnych głosów, arbitralność w egzekwowaniu prawa. Kto się bronił, przegrywał, bo oskarżenie o „nienawiść” jest jak wyrok bez apelacji – nikt nie chce stanąć po stronie tego, kto „obraża”.
Wolność słowa to nie usługa premium dla grzecznych ludzi
Nie można mieć wolności słowa tylko dla tych, którzy mówią uprzejmie i zgodnie z oczekiwaniami społecznymi. Taka wolność nic nie znaczy. Wolność słowa to prawo do tego, co niewygodne, brzydkie, a czasem nawet głupie. Bo tylko wtedy wiadomo, że mamy demokrację – a nie teatr pozorów z katalogiem dozwolonych emocji.
Prezydent zrobił to, co powinien zrobić każdy strażnik konstytucji
Skierowanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego to ruch, który trzeba pochwalić – bez względu na polityczne sympatie. To jedyny moment, kiedy można jeszcze powiedzieć: „sprawdźmy, czy to zgodne z Konstytucją, zanim zaczniemy karać ludzi za to, co powiedzieli”. Oby TK potraktował ten temat poważnie – bo jeśli raz oddamy wolność, to jej odzyskanie będzie bardzo trudne.
To zresztą ważny sygnał w kampanii prezydenckiej. Bo kandydat, który dziś stanie po stronie wolności słowa – nawet tej nieprzyjemnej – jutro może być ostatnią zaporą przed państwem, które mówi obywatelowi, jak wolno myśleć.
Bo władza, która boi się słów, zawsze prędzej czy później spróbuje je uciszyć. I zrobi to nie milicją, nie sądem, nie pałką. Zrobi to ustawą – napisaną „z troską”. I wtedy zostanie tylko język, w którym wolno mówić wszystko – byle uprzejmie, byle cicho, byle nikomu nie przeszkadzać. Tylko to już nie będzie wolność. To będzie instrukcja obsługi knebla.




Dodaj komentarz