Pamiętam ten moment, kiedy w czasach gimnazjum zagrywałem się w Battlefielda 3. Po szkole plecak lądował z dala od biurka, włączałem komputer i na kilka godzin zapominałem o świecie zewnętrznym. No i… biłem się z kilkudziesięcioma innymi graczami o zdobycie kawałka mapy na jakimś pustkowiu, w metrze czy nad Sekwaną. Niezapomniane chwile.
A potem przyszedł Battlefield 4. Podobny, bardziej rozwinięty, rzekłbym: na sterydach. System zniszczeń był jeszcze fajniejszy, a skala map dawała jeszcze więcej miejsca do popisu. Było trochę nowocześniej, ale z pamięcią o duchu rozgrywki, jaką pokochali fani.
Jeszcze później… Cóż, mocno średni Hardline z racji zmiany settingu, a następnie – moim zdaniem – znakomity Battlefield 1, w którym dzięki pierwszowojennym realiom można było się zakochać. Cenię też “piątkę”, bo ta wróciła z kolei do czasów II wojny światowej, które uwielbiam, niezależnie od serii czy marki. Bo mimo zupełnie nowego opakowania, myślami da się wrócić wtedy do klasyków sprzed kilkunastu lat. Do wieczorów, gdy oglądało się, jak ojciec pyka właśnie w drugowojenne strzelanki.
Ale chyba wszyscy, którzy są fanami Battlefielda, przyznają, że w biegiem czasu narastało zniecierpliwienie i tęsknota za tym, co czyniło Battlefielda 3 pięknym, a nawet dalej: jakie upodobania wytworzył wcześniej Bad Company 2. Dlatego tym bardziej niezrozumiałym strzałem w stopę był Battlefield 2042, który chyba chciał podążać za futuryzmem z Call of Duty, który, tak swoją drogą, w tej kwestii wreszcie zjadł swój własny ogon i się doigrał. Sorry, nie tędy droga. Fani BF’ów chcą czegoś innego i bardzo dobrze, że w EA ktoś przy okazji tegorocznej premiery poszedł po rozum do głowy.

To ja. Specjalista od podstawowego LKM-u na 64. poziomie!
Battlefield 6 jest strzałem w dziesiątkę. I REDSEC też!
Nie wiem, jak wy, ale mam wrażenie, że gry FPS przeszły przez ostatnie lata niezłą sinusoidę. Raz mocniej w realizm, raz bardziej w futurystyczne fajerwerki, raz na ogromne mapy, innym razem na klaustrofobiczne potyczki na trzy domy i jeden kontener. Battlefield, jako seria, też miał swoje wzloty i upadki, ale szóstka to pierwszy od dawna moment, w którym poczułem: „Okej, to jest to. Nie mogę się oderwać”. I rzeczywiście nie mogłem przez dobrych kilka godzin za pierwszym razem, bo radość z gry była tak duża.
I nie mówię tego jako amator. Łącząc wszystkie części od Bad Company 2 – oczywiście z pominięciem 2042, na którego się obraziłem – na pewno spędziłem ponad tysiąc godzin z tą serią. A teraz w “szóstce”, w trybie multiplayer, nabiłem już blisko 100 godzin od połowy października. To u mnie oznacza jedno: cholera, wsiąkłem.
I choć jestem raczej człowiekiem klasycznego multiplayera – punktów, flag, przejmowania obiektów czy współpracy w drużynie – REDSEC też wciągnął mnie z zaskoczenia. Nie dlatego, że jest „rewolucyjny”. Bo nie jest. Ba, czerpie w dużej mierze z Call of Duty: Warzone, ale jest po prostu przemyślany, dynamiczny i dobrze działa w obecnych realiach FPS-ów. Jest świetnym uzupełnieniem doznań z gry wieloosobowej.

“Callofdiutyzacja” nie tylko w rozgrywce. W menu czuć inspiracje z Warzone
Dużo daje obecność pojazdów, które sprawiają, że czasami do rozgrywki trzeba podejść bardziej taktycznie. A nie na zasadzie: szukam najlepszej spluwy, biegam, strzelam i skaczę po ścianach. Poza tym naprawdę ważnym urozmaiceniem w tym trybie są klasy postaci znane dobrze wszystkim fanom Battlefielda: Snajper, Wsparcie, Inżynier i Szturmowiec. Tak jak w klasycznych trybach, tak też w REDSEC, zwłaszcza gdy ma się swój zespół złożony z kolegów, warto podzielić się obowiązkami. Inaczej jest pod górkę.
Najmocniej w REDSEC uderzyło mnie tempo. Nie jest to chaos znany z niektórych battle royale, gdzie wszyscy biegają bez sensu, aż na mapie zostanie ostatni gość, który przypadkiem znalazł najlepszy karabin. Serio. REDSEC jest bardziej uporządkowany. Nadal szybki, nadal intensywny, ale nie tak absurdalny jak konkurencja. I nie tak kolorowy (tak, na was patrzę, twórcy COD-a), co zresztą wychodzi całemu Battlefieldowi na dobre.
Czy to tryb dla wszystkich? Nie. Jeśli w FPS-ach szukacie spokoju, kontroli i taktycznego przemyślenia sytuacji, REDSEC potrafi przebodźcować. Ale jeśli lubicie gry, w których akcja nie dusi w miejscu, tylko raczej popycha do przodu przez ścieśniający się krąg ognia — REDSEC daje lepsze doznania niż Warzone i dlatego też nie dziwi mnie, że ściągnął tak dużo fanów Call of Duty. A co ważne: jest darmowy, więc każdy może go spróbować.
Klasy, klasy! Ach, tu Battlefield błyszczy
Mógłbym pisać długo o poszczególnych broniach, ale w Battlefieldzie liczy się coś innego: styl gry, jaki wybierasz, czyli de facto klasy. Od nich zaczyna się późniejszy wybór giwery, a akurat u mnie królują dwa typy postaci:
Snajper – kiedy leżę na jakimś podwyższeniu, obserwuję pole walki i strzelam do kogoś, kto kompletnie nie spodziewa się mojego strzału, czuje dużą frajdę. Zwłaszcza że za dalekie strzały dostaje się dodatkowe punkty, no i dzięki nim robi się dodatkowe wyzwania (a jest ich sporo w ramach każdej klasy, typu: zestrzel 100 graczy z ponad 250 metrów). Nie ma tu „tryhardowania”. A jak umie się jeszcze wykorzystać drona, który oznacza przeciwników dla zespołu, albo siać spustoszenie wśród czołgów z ładunkami C4… Kino!
Zresztą daję wam przykład swojego meczu, rozegranego w 100% snajperem:

Tak, amatorskie zdjęcie monitora. I nie – to nie egipskie serwery!
Wsparcie – totalnie inny klimat, ale z mojej perspektywy to właśnie ta klasa daje najwięcej… poczucia sensu. Lekki karabin maszynowy, który zalewa kulami pole walki. Defibrylator, dzięki któremu koledzy z drużyny wracają do walki. Amunicja w tej odsłonie połączona z regeneracją życia, którą rzucasz pod nogi kolegom, na lewo i prawo. To taka rola, dzięki której czujesz, że jesteś kluczowym elementem zespołu. A jak doda się do tego tarcze balistyczne i granaty dymne, kilku sensownych graczy z tą klasą naprawdę może zrobić sporą różnicę.
I tu kolejny plus, który jest dopełnieniem właściwego wykorzystywania potencjału klas: to system punktacji. Zdecydowanie premiuje tych, którzy potrafią robić wszystko po trochę — strzelać, wspierać, walczyć w centrum wydarzeń, przejmować punktowane strefy na mapie. Jeżeli masz refleks i nie boisz się wejść tam, gdzie dużo się dzieje, praktycznie w każdej rundzie jesteś w czołówce tabeli. Gwarantuję. I nie ukrywam: to miłe uczucie, dlatego tym bardziej luźna godzinka w BF-a, może dwie, stała się moim obowiązkowym punktem kilku dni w każdym tygodniu.

100 naboi w magazynku, tłumik i lecimy
Gameplay – dynamiczny, intensywny i trochę jak w Call od Duty
Tu muszę być uczciwy: BF6 jest szybszy niż starsze odsłony. Zdecydowanie szybszy. To już nie te czasy, kiedy dało się przejść kilkaset metrów bez napotkania żadnego przeciwnika. Teraz wszystko pędzi i przypomina dodatek Close Quarters z Battlefield 3 — przejmowanie punktów, biegi przez mapę, pojawianie się zagrożenia z różnych stron, starcia na bliski dystans…
I wiecie co? Podoba mi się to, choć mam świadomość, że nie wszyscy będą zachwyceni. Sam w pierwszych godzinach miałem delikatny dysonans, widząc zwrot Battlefielda 6 w stronę współczesnych shooterów. Jest tu sporo DNA Call of Duty i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Jeśli miałbym to opisać jednym zdaniem: to gra, która stoi jedną nogą w Battlefieldzie, a drugą w Call of Duty, wyciągając z tego drugiego rzeczy dobre. To zresztą zrozumiałe, bo tak można było sprytnie ściągnąć dużą grupę fanów konkurencji.
Dlatego, jeżeli lubicie szybkie tempo – super, odnajdziecie się. Jeżeli szukacie powolnej gry, “kampienia” w krzakach – da się, ale na małej części map i raczej okazjonalnie. Poza tym nie jest to tak opłacalne z perspektywie tego, co wymaga gra i czego oczekuje kilkudziesięciu twoich partnerów z drużyny, co chwilę wchodzących w strzelaninę.

Wyzwanie z serii hardcorowych: zestrzelić myśliwiec za pomocą RPG
Niestety brakuje wielkich map. To minus
Zanim ktoś się oburzy: tak, wiem, że sporo graczy w przeszłości narzekało na ogromne mapy z ostatnich części. Że były „puste” albo „zbyt rozciągnięte”. Ale miały swój charakter i właśnie one dawały poczucie ogromnej wojny, kiedy na serwerze pojawiało się 64 graczy. W BF6 mapy są mniejsze, gęstsze, stworzone bardziej „pod akcję”, jakby twórcy uznali, że w życiu codziennym mamy za mało dopaminy. I choć to sprawia, że rozgrywka jest intensywna, trochę brakuje mi tego spokoju z dawnych lat. Tego wrażenia, że można złapać chwilę oddechu, coś przemyśleć, oflankować.
Czy to źle? Zależy, kogo zapytamy. Ja rozumiem tę zmianę z myślą o młodszym pokoleniu, ale jednocześnie szkoda mi starszych graczy, którzy mogą poczuć się przytłoczeni. Tych, którzy pamiętają czasy powolnych natarć, długiego ostrzału artyleryjskiego i dalekich wymian ognia między czołgami czy helikopterami. Dość powiedzieć, że dziś na jednej z map pojazd przeciwnika ledwo wychodzący z bazy można zestrzelić niemalże z… własnej. Kiedyś to byłoby nie do pomyślenia.

Jedni jeżdżą quadami, inni czołgami. I tak to się kręci
Nie zmienia się to, że jak jest się kozakiem w używaniu pojazdów, ma się duży wpływ na rozgrywkę. Takich graczy jest stosunkowo niewielu, a jak trafi się inteligentny pilot myśliwca – oj, trudno to opisać. Powtórzę jednak: szkoda, że właśnie przez takie rzeczy jak swego rodzaju “down-sizing” BF6 może być za szybki dla niedzielnych i starszych graczy. Bo z jednej strony próg wejścia jest niski, a z drugiej do czerpania realnej satysfakcji trzeba – stety, niestety – dostosowania się do realiów.
Grafika, destrukcja, optymalizacja – to idzie w parze
Tutaj muszę bardzo pochwalić twórców. Battlefield zawsze miał swoją markę, jeśli chodzi o efekty wizualne, i szóstka kontynuuje tę tradycję. Nie chodzi tylko o ładne tekstury, ale o ogólną atmosferę: kurz, dym, odłamki, chmury pyłu po każdym wybuchu. Jest w tym coś bardzo „namacalnego”, wręcz kinowego, ale bez niepotrzebnego patosu. Jak budynek wali się na głowę, czuć moc tego zdarzenia. Jak helikopter staje w ogniu i spada na ziemię, rozbijając po drodze jakiegoś żurawia, bezwarunkowo przesuwasz myszkę tak, żeby to zobaczyć.
Sama destrukcja wróciła na poziom, który faktycznie robi różnicę. Nie jako dekoracja, ale jako element rozgrywki. Rzadko w którym FPS-ie czuje się tak bardzo, że środowisko wokół jest żywe i podatne na zmiany, a za tymi zmianami kryje się zmiana balansu: na korzyść jednej z drużyn lub nie.
No i optymalizacja – zaskakująco dobra, jak na skalę gry. Oczywiście nie ma cudów: przy bardzo intensywnych momentach FPS potrafi spaść, ale jak na to, ile dzieje się na ekranie, jest naprawdę solidnie. Na dobrych i średnich komputerach da się zarówno nacieszyć oko, jak i mieć minimum 50-60 klatek na sekundę. Wiem, bo sprawdzałem na dwóch maszynach: na procesorach i kartach graficznych z różnych lat. Na “ultra” i na “średnio-wysokich” ustawieniach. Serio, nie mogłem się nadziwić, że na premierę da się wystawić dogotowany produkt, a przecież w samej serii Battlefield nie zawsze było z tym idealnie.

Wspominałem o “kolorach”. Chodziło mi o skórki żołnierzy – są normalne!
Wspólna gra, czyli esencja Battlefielda 6
Najpierw przez kilkanaście godzin łupałem w grę samemu. Dalej mógłbym to robić, ale dopiero grając w ekipie, czuć pełnię możliwości Battlefielda. Ta komunikacja, wspólne ruchy, cele, ratowanie się nawzajem z opresji – to jest to, co buduje klimat w tej grze. Bo kiedy grasz w grupie, BF6 potrafi być zupełnie inną grą. Dużo bardziej logiczną, taktyczną, z mniejszym chaosem. Ma się wrażenie, że każdy ruch w stronę punktu A, C czy F ma znaczenie, a każda pomoc – nieważne, czy dronem, defibrylatorem, pojazdem – robi różnicę.
Tym bardziej cieszę się, że Battlefield 6 wyszedł poza mainstream i połączył ludzi z różnym stażem. Musicie uwierzyć mi na słowo, ale po dwóch tygodniach w grze byli tacy moi znajomi, których wcześniej nie kojarzyłem z grami tego typu. Ba, widzę też, że nowa odsłona serii naprawdę uruchomiła “mamuty”, które ostatniego Battlefielda ogrywały kilka części temu. I jestem nawet trochę dumny, że udało się niektórych przekonać, że jestem częścią grupy “hypemanów”. Nie poprzez namawianie, tylko dzielenie się wrażeniami z rozgrywki, które są zwyczajnie wyborne.

Jedna z największych map. Jest ciasno
Proszę, więcej tego zwyczajnego settingu. Nim Battlefield wygrał
Jedną z ostatnich rzeczy, które bardzo doceniam w Battlefield 6, jest powrót do bardziej klasycznego, “zwyczajnego” wojennego klimatu. Bez futurystycznych cudów, kosmicznych wypraw i udziwnień niepotrzebnych dla takich serii strzelankowych, rodem z Mass Effecta czy Gwiezdnych Wojen. Zwykłe bitwy, zwykły żołnierz, zwykła broń – tego chcemy! Owszem, dzieje się to w fikcyjnym świecie, ale działa. Twórcom udało się to fajnie wypośrodkować, znaleźć balans.
Nie ma tu kroku w stronę historycznego realizmu, ale jest w stronę wiarygodności. Tego wrażenia, że świat gry jest spójny i łatwy do skonsumowania. To zdaje egzamin, co widać choćby po wynikach sprzedażowych. Egzemplarze gry sprzedają się jak świeże bułeczki w grubych milionach, a liczba aktywnych graczy tylko na platformie Steam (dziennie nawet około pół miliona) mówi sama za siebie. No i właśnie na Steamie Battlefield 6 osiągnął jeden z najlepszych wyników w historii serii, co pokazuje, że powrót do bardziej tradycyjnego klimatu był strzałem w dziesiątkę.
Patrząc na nowe Call of Duty, nie będę owijać w bawełnę – w tym roku BF6 zjada swoją największą konkurencję. Nie dlatego, że jest fatalna, ale dlatego, że Battlefield w końcu posłuchał graczy. Tak dużo, a jednocześnie tak niewiele, prawda? I choć nie ma co się przyzwyczajać, że tak będzie zawsze, dla mnie zwycięzca tego sezonu w grach strzelankowych był znany już w dniu październikowej premiery. Kolejne tygodnie i zaskakujące dołączenia do rozgrywki części znajomych tylko mnie w tej opinii utwierdzają. Ta gra ma serducho, a przy takich nie szkoda oddać wielu godzin z życia. Ja mam prawie 100 i kolejna “stówka” nie będzie kwestią wyboru, tylko czasu.




Dodaj komentarz