Jeżeli lubicie filmy o zombie, to wiecie, że żywe truposze – nieważne: wolne czy szybkie, ładne czy brzydkie, będące produktem globalnego kataklizmu, plagi czy czegokolwiek tam chcecie – mogą być metaforą niemalże wszystkiego. Są zombie-komuniści, są zombie-naziści (Zombie SS, film klasy Z sprzed dziesięciu lat, doczekał się nawet swojego sequela!); są także zombie-konsumpcjoniści. To typ, który mruczy pod nosem „youtuuuube…” – zamiast klasycznego „móóóózg…”.

Trochę jak dzisiejsza młodzież.

I takie są zombie w filmie Jarmuscha – jego najnowszej kinowej produkcji, zatytułowanej – nie bez powodu – Truposze nie umierają (The Dead Don’t Die). Kto umarł za życia, ten umrzeć nie może, a kto, jeśli nie konsumpcjoniści, umiera, choć żyje? Tylko tyle – i aż tyle. Niby niewiele, dość jednak na film.

 

 

Tylko kochankowie przeżyją

Jarmusch lubi wypady w dziedzinę kultury masowej, co pokazał nam zresztą już jakiś czas temu znakomitym filmem Tylko kochankowie przeżyją (Only Lovers Left Alive, 2013). Kochankowie to – ma się rozumieć – film znacznie lepszy niż tegoroczne Truposze. Znacznie bardziej też skomplikowany. Przypuszczam jednak, że większości widzów bardziej przypadną do gustu Truposze, również przez wzgląd na komediową konwencję – i nieco inny charakter nawiązań.

Nieco inny – czyli jaki? No cóż. Jeżeli Kochankowie są jak romans reżysera z kulturą masową, to Truposze są jak porno. To film, który ma wszelkie szanse, aby zrazić do siebie fanów Jarmuscha – i przekonać przeciwników. Jeżeli na wszystkich jego poprzednich filmach „bawiliście się” kiepsko, to powinniście obejrzeć Truposze. A jeśli, przeciwnie, „bawiliście się” dobrze, to czeka Was teraz trudne zadanie, bo Truposze nie umierają jest filmem, którego po Jarmuschu byście się nie spodziewali. A jeśli nawet, to niekoniecznie w tej formie.

 

 

Być może to właśnie z tego powodu najnowszy film Amerykanina przyjęto – generalnie – dość chłodno. Nie dajcie się jednak zniechęcić. Nawet pomimo swoich problemów Truposze nie umierają to wciąż całkiem niezłe kino. A przynajmniej niezłe z plusem.

 

Tajemnice Centreville

W „małej amerykańskiej miejscowości” – tak, jednej z tych; choć nigdy nie wiesz, gdzie się znajduje, wiesz, że musisz do niej trafić, jeśli będziesz w USA – dochodzi do serii tajemniczych wydarzeń. Ich kulminacją jest, a jakże, zombiepokalipsa. Oto martwi wstają z grobów, a kiedy nie są zajęci tym, co filmowe zombie lubią najbardziej, czyli „pożeraniem mózgów”, poszukują tego, co miało dla nich wartość za życia. Siłą rzeczy, są to przeważnie przedmioty konsumpcji.

Z dwójki zaangażowanych w akcję policjantów jeden, Ronnie (Adam Driver), wie od razu, o co chodzi. Oglądał dziesiątki filmów o zombie – a konkretnie dziesiątki amerykańskich filmów o zombie. (O znajomość Zombi Child raczej bym go nie posądzał.) Wie co się wiąże z zombiepokalipską. Dobrze wie, jak walczyć z zombie. Wiadomo: „trzeba zabić ich głowy”. Strzelanie w tułów niewiele tu daje. Trop równie stary co zombie w ogóle; przynajmniej te zombie, które, wstając z grobów, zaczynają polować na żywych, przy okazji zarażając ich „zombie-plagą” i w ten sposób produkując kolejnych truposzy.

 

Drugi z policjantów, Cliff (Bill Murray), przez większość czasu zachowuje sceptycyzm – chciałoby się powiedzieć, że zdrowy, trudno jednak określić go właśnie tym mianem. Trudno też określić, na ile interesuje go to, co stanie się z miasteczkiem oraz jego mieszkańcami. Policjanci ewidentnie nie są zainteresowani ratowaniem kogokolwiek. Kolejnych truposzy dekapitują ze znudzeniem i dezynwolturą godną Marii Antoniny. Mieszkańcy zdecydowanie obchodzą ich mniej.

A propos truposzy. Trzeba powiedzieć, że zombie, choć ostatnimi czasy są w trendzie spadkowym, przeżywają drugą młodość (pun intended), szczególnie w kulturze amerykańskiej. Na popularności Walking Dead wylansowano całą masę różnych produkcji, czasem lepszych, czasem gorszych, a najczęściej beznadziejnych; samo Walking Dead również ma zresztą na swoim sumieniu dość sporo grzechów, i to nie tylko w wersji serialowej, ale również komiksowej. Jak by jednak nie było: dla przeciętnego Amerykanina zombie to temat lżejszego kalibru.

Jim Jarmusch bynajmniej nie próbuje tego zmieniać: w Truposze nie umierają z upodobaniem pogrywa ze znaną konwencją. Problemem jest, niestety, to, że samo upodobanie to trochę za mało. Konwencja, którą próbuje wywracać na nice i wykorzystywać, ostatecznie okazuje się od niego silniejsza – i właśnie ona jest tutaj zwycięzcą. Truposze nie umierają jest dobrym filmem, ale mógł być znakomity, gdyby nie próbował ugryźć tego, czego nie potrafi przełknąć. Niby coś „dekonstruuje”, niby „demistyfikuje”. Trudno jest jednak nie odnieść wrażenia, że każdorazowo jest to (no właśnie) „na niby”. Ambicje tu są, to na pewno. Problem z ich realizacją.

 

Filmowi z pewnością brak subtelności, nie jestem jednak pewien, czy stwierdzenie to faktycznie oddaje sprawiedliwość jego bolączkom. Sam brak subtelności – wzięty w izolacji – nie jest raczej wielką wadą. Filmy o zombie co do zasady są niesubtelne. Czasem bardzo niesubtelne.

Rzecz w tym, że film Jarmuscha, jak to filmy Jarmuscha, próbuje być czymś więcej niż to. Konwencja filmu o zombiepokalipsie jest tu jedynie przykrywką do – chce się powiedzieć – „głębszych rozważań”. Gdzie więc problem? Ano, w samych rozważaniach, które, szczególnie w porównaniu z poprzednimi dziełami amerykańskiego reżysera, wypadają raczej średnio. Bo co my tu mamy? Mamy planetę ziemię wytrąconą z orbity w skutek globalnego kataklizmu – dodajmy: kataklizmu klimatycznego. Mamy całkowite zaburzenie cyklu dnia i nocy. Mamy tajemnicze zniknięcia zwierząt. No i – w końcu – mamy zombie. Mamy zombie-konsumpcjonistów.

Jest to dużo; bardzo dużo. To byłoby dużo nawet w przypadku znacznie luźniejszego filmu – czegoś w stylu Scary Movie. A film Jarmuscha, choć też jest komedią (i też pastiszową), jest jednak obrazem innego rodzaju. A w każdym razie tak się przedstawia; obiecuje, że nim będzie. I może to właśnie tutaj tkwi problem? Obejrzawszy Truposzy, nie można nie wyjść z kina z poczuciem, że choć obietnice były, to w większości niespełnione.

Niestety.

 

 

A z drugiej strony: nie mogę wykluczyć, że o to właśnie w tym filmie chodziło. Wszak Jarmusch jest znany z podobnych „zabiegów”. Jak głęboko jednak mogę posunąć się w interpretacji tego filmu? Patrząc z pewnej perspektywy, narracyjne niedociągnięcia Truposze nie umierają można by pewnie uznać za zalety. Pytanie, czy film nas faktycznie do tego nakłania, wolę zostawić bez odpowiedzi.

Trochę przeszkadzają również wszechobecne nawiązania. Piszę to z ogromnym smutkiem, bo dzieła, którym „pokłonił się” Jarmusch – lub do których puścił oczko – są mi często bardzo bliskie. Jednak po którymś z rzędu cytacie z Romero całość zaczyna tracić swój wyraz.

Ktoś mądrzejszy ode mnie mógłby zapewne chcieć utrzymywać, że tak właśnie miało być. Że popkultura to cytat i kradzież, więc cytujmy i kradnijmy – i zobaczmy co się stanie. Rzecz w tym, że nie kupuję tej wizji: wizji, zgodnie z którą film Jarmuscha sprowadza popkulturowe tropy (i trupy) ad absurdum. Koncept ten nie gra mi po prostu z resztą filmu, która – pomimo dość pastiszowej konwencji – podchodzi do siebie śmiertelnie poważnie. Truposze to nadal kino „dla snobów”. Tym razem nieco gorsze niż zwykle: seans nie pozwolił mi się „wysnobować” tak jak lubię. Coś po prostu nie zagrało.

 

Jak przekonująco zagrać zombie?

„Zagrali” natomiast z pewnością aktorzy. I to zagrali wprost kapitalnie. A zresztą – czego innego moglibyśmy spodziewać się po podobnej obsadzie? Show kradnie, naturalnie, Tilda Swinton, co (myślę) nikogo chyba nie dziwi. Już w Doktorze Strange, a następnie w Avengersach, pokazała, co potrafi, jeżeli chodzi o „lżejsze” kreacje. Grana tam przez nią „Starożytna” nie umywa się jednak do jej postaci z Truposzy. Postacią tą jest Zelda Winston, a finezja, z jaką wymachuje swoją kataną, nie pozostawia nic do życzenia. Myślę, że poradziłaby sobie w Kill Billu.

 

Nie zawodzą także policjanci: grany przez Adama Drivera Ronnie Peterson i prowadzony przez Billa Murraya Cliff Robertson. To naprawdę świetny duet; docenią go nawet ci, którzy, podobnie jak piszący te słowa, uważają, że Adam Driver jest aktorem jednej roli: zawsze gra samego siebie. Do tego filmu pasuje to świetnie, a oglądanie, jak zblazowany Ronnie dekapituje kolejne zombies, cytując przy okazji popkulturowe tropy, naprawdę potrafi nieźle rozbawić. Szkoda tylko, że typowo Jarmuschowy sposób przedstawiania postaci – i relacji między nimi – nie siedzi za bardzo z konwencją Truposzy. W konsekwencji niektórzy z nas mogą poczuć się oszukani. Relacja pomiędzy dwoma policjantami przez cały czas robi wrażenie, jak gdyby reżyser chciał ją rozwinąć, ale… nie mógł tego zrobić.

 

 

Na osobną wzmiankę zasługuje rola Seleny Gomez, czyli Zoe. Gomez w roli rozhipsterzonej nastolatki, która – w towarzystwie dwójki znajomych – przyjeżdża z miasta do niewielkiej miejscowości? Trudno wpaść na coś lepszego. I chyba nawet najbardziej zagorzali „antyfani” Gomez nie odmówią jej roli odrobiny komplementów. Gomez gra świadomie i z ironią – ironią, której (generalnie rzecz biorąc) Truposzom brakuje chyba najbardziej, szczególnie tam, gdzie próbują.

Pomijając jednak gwiazdy, najlepiej wypadają w tym filmie same tytułowe truposze. I to nie tylko pod względem charakteryzacji, ale również… gry aktorskiej. Bo zombie Jarmuscha faktycznie grają. Pamiętam, że czytałem gdzieś swojego czasu, że statyści zatrudniani w Żywych trupach przechodzą najpierw specjalne szkolenie, podczas którego uczą się poruszać i zachowywać jak zombie. Ale statyści z Truposze nie umierają to zupełnie inny poziom. To nie tylko przekonujące zombie; to również doskonale zgrani komediowi (bądź tragi-komediowi) statyści, którzy zrobili fantastyczną robotę. Warto to zobaczyć w kinie, bo zombie już dawno nie były tak żywe. Dodajmy, że w ich rolach obsadzono nie tylko statystów. Jednym z pierwszych pojawiających się na ekranie truposzy jest bowiem Iggy Pop, który do tej roli nadaje się wprost idealnie.

 

Praca u podstaw

Ustaliliśmy już, że najnowsze dzieło Jarmuscha nie pretenduje do miana najlepszego. Brak mu także subtelności. W czym tkwi zatem jego siła?

Jim Jarmusch jest ostatnim reżyserem, którego posądziłbym o próbę „edukowania mas”. A jednak Truposze nie umierają jest właśnie takim filmem: idealnym kinem edukacyjnym z morałem. Wiem – nie brzmi to dobrze. Tak jednak wyszło. „Od czegoś trzeba zacząć”; praca u podstaw też ma znaczenie. Nieważne, czy wykonana świadomie, czy nie. Brak subtelności nie musi być wadą. Czasami trzeba powiedzieć to wprost: „rozwaliliśmy naszą planetę, bo konsumpcjonizm uczynił z nas zombie”.

Tak właśnie odbieram Truposzy. Jako film, który chciałby powiedzieć dokładnie te słowa. Przybić je (do trumny?) bez cienia ironii, której spodziewalibyśmy się po Jarmuschu; bez puszczania oczka do tłumu czy prób podważania własnego autorytetu. Po latach pozostawania „ponad” i „poza” Jarmusch stał się w końcu tym, kim musiał: twórcą-moralizatorem. Nie on pierwszy; nie ostatni.

W jednej z recenzji filmu (Michał Walkiewicz, Filmweb) czytałem, że Truposze nie umierają to film, którego Jarmusch nie potrzebował. Może i nie potrzebował. Kino ogólnie nie jest potrzebne. Nie zmienia to faktu, że – intencje reżysera na bok – Truposze mają szansę zrobić kawał naprawdę dobrej roboty. I wcale nie muszą być w tym celu najlepszym filmem w dorobku Jarmuscha.