Smartfony w sklepie z wyższymi cenami po opłacie reprograficznej

Smartfony podrożeją od stycznia 2026? Nowa opłata reprograficzna w drodze

Czy kupując nowego smartfona lub drukarkę, zapłacisz dodatkowo 1-2% ceny, by wesprzeć polskich artystów? Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego właśnie przedstawiło projekt nowelizacji rozporządzenia, który rozszerza opłatę reprograficzną na nowoczesne urządzenia. Konsultacje trwają do 23 sierpnia 2025, a zmiany wejdą w życie 1 stycznia 2026. To nie nowy podatek (oczywiście…), ale aktualizacja starego mechanizmu – choć dla nas, konsumentów, oznacza to, że zapłacimy więcej za elektronikę. Sprawdźmy, o co chodzi i czy naprawdę podrożeje.

Co się zmienia w opłacie reprograficznej?

Opłata reprograficzna istnieje w Polsce od 1994 roku i jest rekompensatą dla twórców (muzyków, pisarzy, artystów) za legalne kopiowanie ich dzieł do użytku prywatnego – np. drukowanie lub kserowanie książki czy zgrywanie muzyki na telefon. Dotychczas dotyczyła głównie starych nośników jak płyty CD czy kasety, przynosząc ok. 36 mln zł rocznie. Teraz MKiDN aktualizuje listę, redukując ją z 65 do 19 pozycji, ale dodając nowoczesne gadżety.

Stawki: 1% dla nowych urządzeń (np. smartfony powyżej 32 GB, tablety, komputery, telewizory z nagrywaniem) i do 2% dla pozostałych (drukarki, skanery, dyski SSD, pendrive’y, ale też… papier A4/A3). Pieniądze mają trafiać do organizacji jak ZAiKS czy SAWP, które mają je rozdzielać wśród artystów. Szacunkowy wzrost wpływów: do 150-200 mln zł rocznie. Wiceminister kultury Marta Cienkowska podkreśla, że opłata reprograficzna to nie jest podatek, konsumenci jej nie odczują, za to 100% pieniędzy trafi do polskich artystów. Projekt jest zgodny z dyrektywą UE i nie wymaga nowej ustawy – wystarczy podpis ministra.

Jak to uderzy w kieszeń Polaków?

Dla przeciętnego Kowalskiego to oznacza wyższe ceny elektroniki – producenci i importerzy oczywiście przerzucą opłatę na klientów. Przykłady: smartfon za 2000 zł podrożeje o 20 zł, laptop za 3000 zł o 30 zł, drukarka o 10-20 zł. Papier A4? Już jest objęty (bez zmian), ale dla firm pozostanie nadal dodatkowym kosztem. Związek Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego (ZIPSEE) protestuje twierdząc, że opłata to po prostu ukryty podatek, który rocznie wyniesie ok. 200 mln zł i nie wpłynie na realne wsparcie artystów.

Nie wszystko podrożeje: urządzenia poniżej 32 GB pamięci (np. proste telefony) są wyłączone. Ministerstwo zapewnia, że to minimalne obciążenie, ale krytycy wskazują na przestarzały system – w erze streamingu (Netflix, Spotify) kopiowanie jest rzadsze, więc dlaczego płacić za coś, czego nie robimy, skoro płacimy już dostawcom usług?

Kontrowersje – wsparcie dla kultury czy haracz na artystów?

Debata rozgorzała: zwolennicy (jak ZAiKS) mówią, że to fair rekompensata za piractwo prywatne, które w Polsce jest powszechne (np. ściąganie filmów). „Artyści tracą miliony przez kopiowanie, opłata to ich prawo” – argumentują. Przeciwnicy, w tym branża tech, nazywają to „podatkiem od elektroniki”, bo pieniądze idą do prywatnych organizacji, a nie budżetu, i nie ma gwarancji, że naprawdę trafią do twórców. Podobne opłaty w Niemczech czy Francji budzą protesty od lat, a w Polsce ZAiKS już był krytykowany za nieprzejrzystość i nękanie przedsiębiorców wezwaniami do ujawniania danych dotyczących sprzedaży, czy odtwarzania muzyki w miejscach pracy. A Wy, co myślicie o tej zmianie? Dajcie znać w komentarzach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *