DC Extended Universe bywa różnie. Po świetnym Człowieku ze Stali, Warner Bros. konsekwentnie raczyło widzów średnio udanymi produkcjami, które mimo olbrzymich budżetów i niezłej obsady nie dorównywały blockbusterom ze stajni Marvel Cinematic Universe. Wśród kolejnych tytułów DC EU jedynie Wonder Woman oraz Aquaman okazały się filmami zrobionymi z sercem, więc z wielką satysfakcją mogą oznajmić: Shazam! jest znakomity i naprawdę warto zaliczyć go na dużym ekranie. Najlepiej w okularach 3D.

Wystarczy jeden rzut oka na absurdalny i infantylny kostium herosa podbijającego właśnie kina, by uznać, że komiksowy oryginał musi mieć już na karku ładnych parę dekad. I wszystko się zgadza, gdyż Kapitan Piorun jest raptem dwa lata młodszy od Supermana (1938) i rok od Batmana (1939). Hmm… W sumie to już nie Kapitan Piorun, tylko Kapitan Marvel. A nie, przepraszam: jednak Shazam. Już tłumaczę – przez 79 lat istnienia tego herosa, twórcy z powodów prawnych kilkukrotnie zmieniali jego imię. Finalnie, po reaktywacji serii w 2011 roku, skupiono się na kluczowym dla fabuły zaklęciu i zarazem imieniu czarownika stojącego za tą całą superbohaterską aferą. A przy okazji uniknięto konfliktu z Marvel Comics, które w międzyczasie dorobiło się własnego Kapitana Marvel. Gwoli ścisłości – w komiksach Marvel Comics, Carol Danvers, czyli postać grana przez Brie Larson, nie była pierwszą osobą która przyjęła ten tytuł, ale dziś nie o tym.

 

 

Samo „origin story” dość znacznie różni się od wątków zwykle spotykanych w komiksach. Shazam nie jest bowiem kosmitą o nadnaturalnych zdolnościach, nie został ugryziony przez radioaktywnego pająka, ani nie jest straumatyzowanym przez morderstwo rodziców człowiekiem, który większość młodości poświęcił na treningi, by po nocach polować na bandziorów i inny element przestępczy. W grę nie wchodzi także mutacja, napromieniowanie falami gamma, ani projekt stworzenia super-żołnierza. Tu wkraczamy na terytorium wyższego poziomu absurdu, czyli czary i magię.

Podupadający na zdrowiu czarodziej Shazam coraz intensywniej poszukuje nowego czempiona i zarazem obrońcy ludzkości. Wybraniec zyska wiele talentów – mądrość Salomona, siłę Herkulesa, wytrzymałość Atlasa, władzę nad piorunami Zeusa, odwagę Achillesa i szybkość Merkurego (SHAZAM). I właśnie po wypowiedzeniu tego zaklęcia nowy czempion z hukiem zmieni się w dwumetrowego pakera o umiejętnościach godnych Supermana.

Superbohaterski wakat ma zapełnić Billy Batson – małoletni podopieczny sierocińców oraz kolejnych rodzin zastępczych, dla którego nadludzkie zdolności okazują się szansą na… viralowe zaistnienie w Sieci i zarobienie kilku dolarów w zamian za selfie z nową atrakcją miasta Filadelfia. Ale ta sielanka szybko się skończy, gdy do akcji wkroczy złowrogi doktor Sivana i jego wyniesione z dzieciństwa kompleksy.

Największe brawa z pewnością należą się obsadzie. Szesnastoletniego Ashera Angela, czyli Billy’ego Batsona w cywilu, z pewnością zobaczymy jeszcze w niejednym filmie, gdyż chłopak znakomicie odnajduje się w tej magiczno-komiksowej historii, a jego reakcje na kolejne, i nie ma co ukrywać, uroczo absurdalne zwroty akcji, dodają do opowieści potrzebną dawkę realizmu. W niczym nie ustępuje mu jego „sidekick”, czyli świeżo poznany przyszywany brat Freedy Freeman (równie utalentowany Jack Dylan Grazer) o zaskakująco dojrzałym, lecz wciąż niepozbawionym młodzieńczego entuzjazmu, spojrzeniu na tą całą magiczną aferę.

Osobny aplauz należy się także Zacharemu Levi, czyli odzianemu w czerwone pantalony Shazamowi. W każdym geście, spojrzeniu i wypowiedzianym zdaniu wciąż widzimy młodego Billy’ego i aktor ten w niczym nie ustępuje Tomowi Hanksowi, który w filmie Duży musiał sprostać identycznemu wyzwaniu – choć w innych okolicznościach przyrody. Warto w tym miejscu wspomnieć, że aparycja komiksowego Kapitana Marvel/Piorun została zainspirowana twarzą ówczesnego amanta kina Freda MacMurraya, do którego Zachary Levi jest bardzo podobny. Fajnie, że twórcy uwzględnili to filmie wyprodukowanym dekady później.

 

 

W dobrej adaptacji komiksu nie może także zabraknąć porządnego arcyłotra – tu wkracza Mark Strong, czyli wredny dr Thaddeus Sivana. I jest to postać zarówno świetnie zagrana, jak i z porządną motywacją do siania destrukcji – by stworzyć potwora nie potrzeba dziwnych eksperymentów czy nowoczesnych technologii. Czasem wystarczy zwichnąć dziecku charakter i pozwolić by nienawiść do świata rosła w nim przez kolejne lata życia. Black Manta z Aquamana wypada na jego tle niczym homeopatia przy kuracji antybiotykowej.

Świetnym pomysłem okazało się także przeniesienie akcji filmu do Filadelfii. Nowy Jork, Los Angeles czy fikcyjne Gotham lub Metropolis wręcz do znudzenia pojawiają się w tego typu produkcjach i miło zobaczyć na dużym ekranie zdecydowanie mniej oklepaną panoramę z drapaczami chmur. A jak się okazuje, Filadelfia to także piękne miasto i jest w nim co demolować.

 

 

Ale najmocniejszy punkt programu to niewątpliwie scenariusz i soczysty, a zarazem lekki humor wylewający się praktycznie z każdej sceny. Chyba tylko Deadpool może pod tym względem nawiązać tu równorzędną walkę – aczkolwiek tam swój udział miały przekleństwa, humor ginekologiczno-fekalno-podwórkowy oraz latające w powietrzu kończyny i fragmenty mózgów. W Shazam! takich dodatków nie znajdziemy, więc scenarzyści mieli zdecydowanie trudniejszą robotę. Panowie Terrio i Goyer, opowiadający za scenariusz do Batman vs. Superman, stanowczo powinni się zapisać na korepetycje prowadzone przez Henry’ego Gaydena oraz Darrena Lemke, gdyż tu fabuła jest rozpisana czytelnie, kolejne sceny znakomicie łączą się w sensowną całość i nawet mniej uważni widzowie nie mają prawa zgubić się w niuansach akcji. Film nie zapomina przy tym o funkcji edukacyjnej – świetnie wyreżyserowane i rozpisane sceny z nowego domu Billy’ego plus przesympatyczna rodzina zastępcza pomogą zrozumieć czym jest empatia, szacunek do innego człowieka i dlaczego najmniejszym i najsłabszym z nas należy się szczególna uwaga i troska. Aczkolwiek nazwanie Shazam! filmem familijnym uważam za pewne nadużycie, a cześć recenzentów tak właśnie go określa, gdyż jest w filmie parę scen, które mogą zdrowo przestraszyć kilkulatka – zwłaszcza podczas akcji wokół stołu konferencyjnego.

Czy jest się do czego przyczepić? Tradycyjnie, jak to w filmach DC bywa, do efektów specjalnych. O ile 80% z nich jest znakomitych, tak gorylowate, mackowate lub skrzydlate postacie Siedmiu Grzechów Głównych, mentorów i sponsorów wspomnianego dr Sivana, zdają się pochodzić z filmu sprzed dekady. Kudy im do marvelowskiego Thanosa albo podlegającego mu Czarnego Zakonu. Ale to zasadniczo detal, niknący na tle mocnych stron tej produkcji.

Shazam! to jedna z najlepszych komiksowych adaptacji, jakie miałem przyjemność w swoim życiu obejrzeć. Więc jeśli po licznych porażkach DC Extended Universe zastanawiacie się, czy warto wybrać się do kina – odpowiadam: warto. Mamy bowiem do czynienia z produkcją zabawną, niegłupią (a może nawet mądrą) i z pozytywnym przesłaniem. A tego nigdy za wiele.