Dzień po premierze ostatniego odcinka najpopularniejszego serialu fantasy wszech czasów wykres Google Trends dla frazy „cancel hbo subscription” („zrezygnuj z subskrypcji hbo”) prezentuje się następująco:

…zaś David Benioff i D.B. Weiss, twórcy serialowej Gry o tron, dorobili się wśród internautów miana „serial killers” – „seryjnych zabójców/zabójców seriali”.

Czy słusznie?

Tak – słusznie

Argumenty z narratologii na bok – niezależnie od kwestii technicznych, które dograno naprawdę solidnie, ósmy sezon Gry o tron to porażka. Porażka nie w sensie finansowym; nie chodzi także o samą opowieść. To porażka polityczna (a może również światopoglądowa). Porażka ludzi, którzy, niczym polscy populiści, obiecują mannę z nieba, a dowożą marny social.

Bo powiedzmy sobie szczerze. Wszystkie zasługi za spójność historii zostają na koncie autora powieści. George R.R. Martin zrobił, jak zawsze, dobrą robotę. Pieśń Lodu i Ognia nie jest jego pierwszym cyklem; może i jest najlepszym, ale nie pierwszym wybitnym, o czym fani jego prozy od lat wiedzą doskonale. Jeśli już, to serial jest krzywym odbiciem tych książek, i chociaż nadal jest dobrym serialem, to od początku przeszkadzało mi w nim to, jak „tnie wątki”. Wiadomo: upchnąć te 1000 stron wartkiej akcji w zaledwie dziesięciu odcinkach sezonu – po jednym na książkę – jest raczej trudno. To zawsze było tutaj problemem.

 

 

W tym sensie ósmy (a także siódmy) sezon nie jest dla mnie niczym nowym. Jeżeli już, to jest raczej apogeum trendu „cięć, edycji, skrótów i przemilczeń”, które od dawna znaczyły ten serial. I jeśli nawet dotąd nie przeszkadzały one jego fanom – którzy przecież niekoniecznie muszą znać książki – to teraz zaczęły. Ot, cała historia.

Co poszło tak, co poszło nie tak

Zakończenie serialu nie budzi moich (większych) wątpliwości. Opowieść spięto i zamknięto podręcznikowo – nic dodać, nic ująć. Jest to jednak zakończenie, które wygląda dobrze na papierze – i tylko na nim. I być może na papierze wyglądać będzie rzeczywiście dobrze, kiedy GRRM dokończy powieści. Trudno tu jednak cokolwiek powiedzieć. O premierze Wichrów Zimy wiemy mniej niż Jon Snow.

Niestety. To samo zakończenie, które dobrze prezentuje się in abstracto, wygląda tak sobie po przeniesieniu na ekran, i to nie tylko ze względu na niewielką ilość czasu, jaką scenarzyści przeznaczyli na rozwiązanie wszystkich wątków. Największym problemem są błędy, jakie popełniono w realizacji, a polegające:

#1

Na odejściu od typowej dla tego serialu konwencji, w ramach której los postaci był zawsze i nieodmiennie skutkiem ich wyborów. Nie ukrywajmy: na przestrzeni ostatnich dwóch sezonów przygotowywanie gruntu pod konsekwencje zeszło jak gdyby na dalszy plan. Jednak to właśnie ono budowało napięcie – i sprawiało, że wydarzenia takie jak śmierć Neda, Robba czy Joffreya wybrzmiewały pełnym głosem.

Zabrakło nam tego; zabrakło nam bardzo. Wiedzieliśmy, że tak będzie. Już siódmy sezon był zapowiedzią: Wysogród (Highgarden) zdobyto w 15 minut; podobnie w 15 minut wykończono pierwszego ze smoków Daenerys. Mur, którego upadek powinien być treścią całego odcinka, złamano w pięć minut. Nie; to nie jest Gra o tron. To raczej kiepski fanfic.

Tak jak Jon, odchodząc z Winterfell, porzuca Ducha, swojego wilkora, tak Benioff i Weiss porzucili ducha Gry o tron, odchodząc od książek GRRM.

WHO’S THE KING NOW

#2

Na odejściu od serialowej konwencji jako takiej. Każdy odcinek ostatniego sezonu stanowi w zasadzie „zamkniętą całość”. Brak tu raczej „cliffhangerów” – wątków zerwanych w połowie odcinka i napędzających ciekawość kolejnym.

Bitwa o Winterfell (w przygotowaniu od kilku sezonów) rozegrana zostaje w 75 minut. W trakcie jednego odcinka rozwiązane zostają wszystkie problemy. Bitwę tę można by rozbić, a nawet należałoby, na kilka odcinków; prowadzić ją równolegle do akcji w innych rejonach Westeros; pokazać ją inaczej, inaczej rozegrać, inaczej ją zaplanować. To prawdopodobnie najgorszy odcinek – 3. odcinek 8. sezonu; jeden z tych, które całkowicie anulują, całkowicie unieważniają wszystko, co doprowadziło do tego momentu. Oto największe zagrożenie w historii ludzkości zażegnane zostaje w zasadzie od ręki. I nie zaczynajmy nawet rozmawiać o towarzyszących Nocnemu Królowi Białych Jeźdźcach; ich jedyną rolą było podążać za nim przez siedem sezonów, po czym rozpaść się na pył i nie zrobić w zasadzie niczego. Typowy korporacyjny upper management: przegrywasz pomimo armii zombiaków.

O tym, że Daenerys ma szansę przejść na „ciemną stronę mocy”, wiedzieliśmy nie od dziś, ale ten wątek także nie wybrzmiał. To zdumiewające, bo przecież Benioff i Weiss dobrze wiedzą, jak zagrać przemianą postaci; jak można uczynić ją treścią odcinka, a nawet sezonu, i jak budować na niej napięcie. Wbrew temu, co może powiedzieć Wam Google –

– nie są to wcale źli scenarzyści. Wiele razy pokazali, że wiedzą, kiedy kończyć scenę, nie kończąc zarazem ważnego wątku – i podbijając stawkę wśród fanów. W ósmym sezonie tego zabrakło.

Może to jest właśnie największym problemem zakończenia Gry o tron? Że te ostatnie sześć odcinków ogląda się bardziej jak sześć filmów niż sześć kolejnych części serialu? Opowieść podoba mi się. Sposób, w jaki ją opowiedziano, nie. A fakt, że od 13 odcinków opowiadano ją całkiem inaczej niż przez poprzednie 60, także nie budzi mojego entuzjazmu.

Ten smutny moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że nikt więcej nie zginie, bo plan/sens scenariusza by się wysypał, a potem przypominasz sobie memy z G.R.R. Martinem. Jak dawno to było?

„Nie było tak źle”? Ale dobrze też nie

Czy jednak naprawdę było „tak źle”? Nie; w zasadzie wprost przeciwnie. Ósmy sezon obfitował w momenty warte zapamiętania – a znienawidzony piąty epizod (Dzwony) należy od najlepiej nakręconych odcinków w historii (najlepiej w historii wszystkich seriali). Cięcia w fabule zawsze są przykre, ale tam, gdzie scenarzyści pozwolili jej wybrzmieć, tam, gdzie dali jej przestrzeń i pozwolili polecieć – tam leci aż miło.

Tak więc, ostatecznie, podoba mi się to, co zrobiono z Branem, Sansą i Jonem; co zrobiono z Tyrionem. Te postacie dostały swoje scenariuszowe pięć minut i miały szansę je wykorzystać. Aktorzy zrobili świetną robotę, walcząc zarówno z mocno okrojonym materiałem, jak i średnio napisanymi dialogami.

Gorzej jednak potraktowano pozostałych bohaterów, np. Aryę i Cersei. O Varysie nie wspominając. Szczególnie ten ostatni jest nieodżałowany. Dlaczego z najmądrzejszego człowieka w królestwie (a nawet w całych Siedmiu Królestwach) zrobiono nagle takiego idiotę? Równie dobrze mógłby chodzić i opowiadać każdemu o spisku, który dość naiwnie knuje tuż za plecami nowej królowej. Bo w zasadzie – czemu nie? Wszystko, co dotąd definiowało tę postać, wyrzucono tutaj do śmieci. Varys przestał być Varysem.

Czy odpowiedzialność za takie potknięcia rzeczywiście spada na scenarzystów? W Internecie znajduje się sporo wypowiedzi broniących Weissa i Benioffa przed armią rozczarowanych fanów serialu. Zazwyczaj w takich przypadkach decyzje o cięciach należą jednak do scenarzysty: to on pracuje na materiale źródłowym – i on wie, co z niego wyciąć, a co można zostawić. To on, ostatecznie, podejmuje decyzję. A jeśli nie, to ma na nią wpływ, a jego zdanie ma dużą wagę.

Tak też było w tym przypadku, bo, jak wielokrotnie podkreślały osoby związane z HBO (w tym m.in. sam Benioff i Weiss), wszystkie decyzje dotyczące długości serialu i zawartości poszczególnych odcinków należały do scenarzystów. Zgodnie ze słowami jednego z nich (Benioffa), „HBO nie miałoby nic przeciwko dalszej emisji serialu, a także większej liczbie odcinków w ostatnim sezonie. My od zawsze sądziliśmy, że rozmawiamy o 73-godzinnym serialu, i tak właśnie to zrobimy. Chociaż oni chcieli więcej, to zrozumieli też, że tutaj po prostu historia się kończy”.

Z wielką niecierpliwością czekam na dalszy rozwój wypadków: teraz, po zakończeniu Gry o tron, z pewnością pojawi się całe mnóstwo wypowiedzi osób zaangażowanych w produkcję serialu. Może dowiemy się, o co poszło: kto zawinił, a kto zawiódł; dlaczego nie nakręcono 10, a 8 sezonów; dlaczego podjęto takie decyzje.

Głowy polecą; to niewątpliwe.

Koniec końców

Koniec końców… mogło być lepiej. Czekaliśmy dziesięć lat; żyliśmy z tymi postaciami, więc, w konsekwencji, zżyliśmy się z nimi. To była przygoda, a jej zwieńczenie to koniec epoki – pewnej epoki w świecie seriali. Wyrzucać do kosza całość serialu, bo zakończenie nie przypadło nam do gustu – tak się nie robi. I ja nie chcę tego robić. Nie mogę jednak przejść obojętnie nad tym, jak zakończenie to zostało zrealizowane. Byłoby to niewłaściwe.

Możliwe, że gdybyśmy dostali 3, 4 sezony, każdy po dziesięć pełnych odcinków – a nie 2 po siedem i sześć – to nie byłoby problemu. Wyobrażam to sobie: bez żadnych większych zmian w samej historii, jedynie z większą ilością przestrzeni na jej solidne opowiedzenie. 10, nie 8 sezonów; sto, nie siedemdziesiąt trzy odcinki. I nic nie wzbudziłoby we mnie żadnej wątpliwości: ani finałowe rozterki Jaime’go, ani przemiana Daenerys Targaryen, ani śmierć (ponowna śmierć?) Nocnego Króla. Wszystko byłoby na miejscu.

Jednak jest jak jest, a zamiast stu odcinków mamy siedemdziesiąt trzy. A na przestrzeni tych siedemdziesięciu trzech sześćdziesiąt jest zrobione dobrze, a w ostatnich trzynastu zamknięto czterdzieści.

Czy jednak – poza tym – nie było epicko?

Spoko, George. Rozumiemy.