TOP 10 seriali. Animacja wygrywa… z molochami, które znają wszyscy

Rankingi, rankingi! Chyba każdy je lubi, bo wystarczy przeczytać kilkanaście wyrazów posegregowanych zgodnie z numerami, żeby podłączyć się do ostrej jak brzytwa dyskusji. Jeden rabin powie, że się nie znam, drugi, że chwała mi za to i tamto, a trzeci… że pewnie robię jakąś prowokację. Spokojnie, proszę wygodnie zasiąść przed ekranem i to raczej z założeniem, że nikt humoru zepsuć wam nie chce. Bo jak mawiają, o gustach się nie dyskutuje, ale przynajmniej bądźmy zgodni, że piękna kobieta to piękna kobieta, a tu, w przełożeniu na świat seriali, znajdziecie tylko takie. Zapewniam.

10. NARUTO

Zaczynamy subiektywny ranking od klasyka, na którym mogło wychować się wielu z was. I nie, nie trzeba być mango-świrem, żeby sympatyzować z tą serią. Ba, sam jestem osobą, która od czasów dzieciństwa jak ognia omijała tego typu produkcje. Anime? Japońska “kreska”? A w życiu! Ale kiedy kilka lat temu przegrałem pewien zakład i zostałem zmuszony do obejrzenia Naruto… Cholera, wciągnęło mnie.

Wtedy po raz pierwszy dałem złapać się na tym, że animowany serial potrafi wywołać takie emocje. Oczywiście w swoim gatunku wychodzi poza schemat standardowego serialu, ale przecież spełnia najważniejsze zasady. Tytułowy Naruto przechodzi ważną drogę, ma wokół siebie ciekawe postacie, dostajemy złożony świat przedstawiony. I mnóstwo wymagających wrogów, którzy mają w sobie sporo głębi, ot, nie wszyscy są do szpiku kości po prostu źli.

No i te emocje, które towarzyszą nam od samego początku. Od chwili, gdy Naruto dorasta, a potem na naszych oczach, trochę nieporadnie, ale przeobraża się w kozaka. Nieważne, czy bije się z byle osiłkiem, czy idzie ratować świat – motyw zawsze jest ten sam. Kibicujemy mu. A jeśli nie jemu, to jest do wyboru 202367 unikalnych bohaterów, którzy świetnie działają jako osobne byty lub część drużyny.

Moim zdaniem, w swojej konwencji, to piękna historia. Wizualnie specyficzna, narracyjnie też, więc na pewno nie jest dla każdego. Ale jeśli ktoś chce zacząć przygodę z serialami anime, wydaje mi się, że Naruto jest idealnym wyborem. Bywa niewinny, zabawny, ale też śmiertelnie poważny. I nawet jeśli traci przez karykaturalne ukazywanie wojny dobra i zła w końcowej fazie (walki niczym w Transformersach), trudno nie docenić faktu, że przygody młodego wojownika wciągają po uszy. A co najlepsze – nie trzeba lubić postaci Naruto. Można być równie dobrze team Sasuke, Itachi czy Kakashi. Ja nie mogłem się zdecydować, dlatego… cóż, mam różne bluzy z twarzami każdego z wymienionych. Ten świat tak działa na człowieka, więc żeby nie było, że nie ostrzegałem.

9. W GARNITURACH

W życiu chyba każdego miłośnika seriali przychodzi taki czas, gdy szuka się “dobrego serialu o prawnikach”. Tak się składa, że produkcje, w których właśnie oni odgrywają główne role, tworzą w moim zestawieniu 20%. Czy to dużo, czy mało – nie wiem. Pierwotnie było 10% za sprawą innej pozycji, ale przypomniałem sobie, jak świetną produkcją jest Suits. Na pierwszy rzut oka niepozorną, z bardzo ograniczoną scenografią, ale nie na tym polega mistrzostwo serialu.

Chodzi o relacje, ich rozwój i konsekwencje zmian. Już w pierwszym odcinku dostajemy kluczowy fundament dla wątku głównego, który właściwie nie pozwala oderwać się od historii. Zadajemy sobie pytania: uda się bohaterowi czy nie? Kiedy przyłapią go na kłamstwie? Podejrzewamy, jak to się skończy, wiemy, że oszustwa w świecie prawników płazem nie uchodzą, ale czy nas to szczególnie obchodzi? Wątpię, bo chłoniemy przygody Mike’a i Harveya, którzy potrafią skopać dupsko innym prawnikom, czasami na granicy prawa. Chcemy obserwować, jak wykuwa się ich trudna przyjaźń, jak radzą sobie z problemami życia codziennego i gdzie prowadzi ich ambitne podejście. Wszystko w nowojorskim sosie klimatycznym.

Sezonów jest tyle, że czasu do polubienia bohaterów absolutnie nie zabraknie. Ach, no i jeśli ktoś lubi postacie z charyzmą bazujące przede wszystkim na inteligencji, Harvey Specter, jeden z dwóch głównych bohaterów, jest dobrym okazem do kolekcji. Ubrany w idealny garnitur, z twarzą sigmy, z mocną pozycją w trudnym zawodzie i magnesem na kobiety. Idealnie uzupełnia go Mike, prawnik wciągnięty w wir korporacyjnego świata dosłownie z ulicy. Pisząc to, przyszło mi na myśl, że to Holmes i Watson w prawniczym świecie. Tylko za tymi drugimi zatęskniłem bardziej, a wręcz zapłakałem, gdy w akompaniamencie świetnej muzyki kończyła się scena zamykająca cały serial.

8. NARCOS

To jeden z moich najświeższych “nabytków” w serialowej bibliotece. Zawsze słyszałem, że warto obejrzeć Narcos, ale nie zdawałem sobie sprawy, jak dużo tracę, dopóki nie spróbowałem. Od razu muszę przyznać, że wieloodcinkowa pogoń za Pablo Escobarem została zrealizowana fenomenalnie. Samo ukazanie tego, jak buduje swoje narkotykowe królestwo, zasługuje wyłącznie na komplementy. To było mistrzostwo scenopisarstwa, nawet jeśli nie wszystko było zgodne z faktami, o czym opowiadała choćby córka Escobara.

Trzeba oddać twórcom, że scenografia, miejsce akcji, dobranie aktorów do ról – lepiej się chyba nie dało. Minął ponad rok, a ja ciągle mam w pamięci kreacje agentów DIA i Pablo Escobara. Te kolumbijskie miasta, uliczki, lasy, brud świata, język amerykański wymieszany z hiszpańskim… Ten serial inaczej niż reszta akcyjniaków tętni życiem. W trakcie oglądania ma się wrażenie, że jest się kimś więcej niż widzem przed ekranem. Że serial w wyjątkowy sposób czyni z nas obserwatorów z tylnego siedzenia, ale w aucie narkotykowych służb specjalnych.

Nie przypominam sobie, żeby Narcos w jakimkolwiek momencie zwolniło. Reżyser wrzuca nas w świat, który od razu kupujemy jako prawdziwą, niezwykle pasjonującą historię z XX wieku, a potem, aż do samego końca: kino! Nie ma tutaj wybitnej dramaturgii, nie ma wielopoziomowych intryg, ale serial ma swój pazur i uważam, że go nie traci, gdy następuje koniec historii Escobara. Wtedy przenosimy się do Meksyku, drugiej największej wylęgarni narkobossów. A jak komuś jest mało, w podobnej konwencji powstał jeszcze serial Gryzelda. Ja wszystko skonsumowałem za jednym zamachem, bo na rynku seriali niewiele jest rzeczy o takim klimacie, który w niektórych elementach przypomina Breaking Bad czy Better Call Saul.

7. STRANGER THINGS

Zdaję sobie sprawę, że jedną decyzją mogę narazić się zarówno antyfanom, jak i wielbicielom przygód dzieciaków, ekhm, to znaczy dorosłych dzieciaków z Hawkins. No bo jak – “Wrzucasz ich do topowej dychy?!”. Albo “Przecież to jeden z najlepszych seriali w historii, za nisko!”. Słuchajcie, takim miejscem w zestawieniu chcę pogodzić obie grupy, od razu zaznaczając, że pod względem fabularnym i aktorskim spokojnie znajdziemy pięć lepszych seriali w historii. Ale jest jeszcze coś, co trudno mierzyć ocenami, a do czego nie lubią przyznawać się krytycy filmowi. To czyste emocje, a przede wszystkim sympatia, jaką wzbudza czyjaś twórczość. A ja – przyznaję się bez bicia – uwielbiam bohaterów, którzy dorastali razem ze mną. I tym bardziej zakłuło mnie w sercu, gdy po pięciu sezonach nastał koniec Stranger Things.

To aż nieprawdopodobne, że Stranger Things potrafiło utrzymać w nas ciekawość i pozytywne emocje przez tyle lat. Mieć tyle sezonów i niezmiennie wywoływać ekscytację na globalnym poziomie, przez taki szmat czasu? Trudno mi sobie wyobrazić, że w najbliższych 10 latach jakiś serial osiągnie taki status, że przystanki autobusowe dedykowane właśnie serialowi będziemy widzieć… w Bydgoszczy. Albo że jarmarki bożonarodzeniowe, jak w Niemczech, będą miały duże, dedykowane serialowi strefy. Stranger Things tak wbiło się w popkulturę, będąc przecież jej rekonstrukcją z lat 80., że trudno nie mówić o fenomenie. To nie jest Dark, nie jest tak skomplikowane, ale… Kurczę, nie musi. To po prostu bardzo dobrze się ogląda.

Nawet jeśli serial ma swoje naiwne głupotki, nie cierpi na nich. Słabsze momenty, jak w drugim sezonie czy w połowie ostatniego, zwyczajnie się wybacza. To event, wręcz serialowy odpowiednik największych filmów MCU. A na te, gdy jeszcze były dobre, nie chodziło się do kina po złożoną fabułę, tylko po to, żeby śledzić losy bohaterów i im kibicować. Pod tym względem Stranger Things osiągnęło najwyższy poziom. Koniec, kropka.

6. PEAKY BLINDERS

Dla mnie czołowa dziesiątka nie miałaby sensu bez postaci, której obecność w memach o sigmie to jakieś 50%. Nie, no, oczywiście przesadziłem, ale kto nie widział chociaż jednej składanki wideo lub zdjęcia z zamyślonym Cillianem Murphym, z jakimś podpisem motywacyjnym, niech pierwszy rzuci kamieniem. Tommy Shelby to taki gość, którego uwielbiasz, mimo że jest brytyjskim gangsterem, a rzekłbym wręcz, że w wielu sytuacjach fabularnych zimnym skurczysynem. Czy można pokochać postać, której bliżej do czarnego charakteru? Owszem, a to wystarczy, żeby pokochać też Peaky, fucking, Blinders.

Do serialu miałem dwa podejścia i bardzo się cieszę, że udało się przebić przez kilka pierwszych odcinków, które – jak dla mnie – mają dziwny klimat. Muzyka dudni w co drugiej zmianie sceny, pada dużo imion, nazwisk, no i można się zagubić. Ale potem… Oj, potem jest koncert (nie) jednego aktora. Znałem wcześniej Murphy’ego, choćby z filmów Christophera Nolana albo 28 dni później. Ale to zaledwie ułamek tego, co dziś oscarowy aktor pokazuje w brytyjskim serialu. Z jednej strony to zasługa kapitalnego scenariusza, ale z drugiej widzimy gościa, który hipnotyzuje. Serio, od jego gry aktorskiej nie da się oderwać oczu, a z biegiem sezonów, gdy robi się coraz mroczniej, widzimy – moim zdaniem – jedną z najlepiej zagranych przemian w historii bohaterów serialowych.

No, ale Peaky Blinders to nie tylko Tommy Shelby. Jasne, postać Tommy’ego niesie całą historię na plecach, ale nie oglądałoby się tego tak dobrze, gdyby nie jego wrogowie. Coraz poważniejsi, coraz bardziej podstępni, aż wreszcie ma się wrażenie, że główny bohater trafił na bossa nie do przejścia. Jakby sięgnął sufitu, który w świecie gangsterów oznacza nic innego jak śmierć. Na szczęście Tommy jest geniuszem i gra w szachy 3D, a do tego ma (póki faktycznie ma) niezawodną rodzinę, też świetną odgrywaną aktorsko.

Kocham w tym serialu to, że jest jak dobra gra RPG. Stajesz się silniejszy i bardziej zauważalny? Super, w takim razie rosną też zagrożenia z konsekwencjami wyborów z przeszłości. Fajnie, że serial nie robi z widza głupka. Nawarzyłeś sobie piwa? To je wypijesz. Właśnie jak Tommy, którego dopełnienie historii zobaczymy jeszcze na dużym ekranie.

5. GRA O TRON

O tym serialu można stworzyć kilkugodzinny film, a co dopiero tekst, więc nie będę za długo się o nim rozpisywał. Nie mogłem go wyrzucić poza najlepszą dziesiątkę, a musiałem też umieścić wysoko, bo przecież Gra o Tron przez długie lata definiowała pojęcie telewizyjnego wydarzenia. To była właśnie ta produkcja, która nauczyła widzów, że w serialu fantasy nikt nie jest bezpieczny, a fabuła absolutnie nie musi prowadzić za rękę, dając najprostsze rozwiązania. Brutalność świata George’a R. R. Martina została przełożona na ekran z rozmachem, który wcześniej był zarezerwowany raczej dla kina. Oczywiście z zaznaczeniem, że pierwszy sezon nie posiadał dużego budżetu, a i tak po latach wygląda lepiej niż napompowane Pierścienie Władzy czy Wiedźmin

Polityczne intrygi, moralna szarość bohaterów i ciągłe poczucie zagrożenia sprawiały, że od samego początku każdy wątek w GOT miał dużą wagę. Widz był zbijany z tropu, szokował się, smucił, a mrok wylewał się z ekranu. Ale wybitność Gry o Tron polegała też na skali wydarzeń – ogromnej, choć przez długi czas kontrolowanej. Serial potrafił jednocześnie opowiadać intymne historie, na mniejszą skalę, ale też prowadzić wielką narrację o władzy w świecie Westeros. I przede wszystkim o ambicji i cenie, jaką się płaci za złe decyzje. No i te wszystkie dialogi, które rozwijają fabułę, przechodzące do legendy. Na ekranie nie musiało być wybuchów, żeby wzbudzić ciekawość i tym bardziej szkoda, że twórcy na samym końcu o tym zapomnieli.

No właśnie. Dobrze wiem, że finał był piękną katastrofą, która spolaryzowała rzesze fanów. Ale nawet ten nieszczęsny finał miał coś, do czego cały serial przyzwyczaił. Chodzi o życie wokół niego: teorie fanowskie, miliony omówień i filmów, dyskusje ze znajomymi i to wyczekiwanie na każdy kolejny odcinek. Możecie próbować, ale sorry, nie da się odebrać Grze o Tron wpływu na całą branżę. Dzięki temu tytułowi poprzeczka została zawieszona tak wysoko, że w świecie seriali fantasy będzie jak z Władcą Pierścieni w świecie filmów. Może i nie chcesz, ale podświadomie porównasz każdą następną produkcję z wybitnym poprzednikiem.

4. BREAKING BAD

Jeśli już wspomniałem o katastrofie, pójdę krok dalej. Bo Breaking Bad to właśnie perfekcyjnie zaplanowana katastrofa moralna, którą widzowie oceniają na jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy serial w historii. Cóż, to na pewno serial, który z niezwykłą precyzją pokazuje, jak cienka jest granica między robieniem czegoś dla dobra rodziny, a nasycaniem własnego ego w imię władzy. Walter White, który jest dzisiaj legendą w świecie seriali, nie staje się potworem w jednej chwili. Przez kolejne sezony widzimy coraz większe skazy na jego wizerunku, ale widz, mimo dyskomfortu, nie przestaje mu kibicować. Oczywiście do czasu.

Wybitność tej produkcji tkwi w wielu rzeczach i wątpię, że muszę kogoś do niej przekonywać. Ale dla zasady napiszę, że, po pierwsze: to choćby scenariusz, zgodnie z którym każda decyzja ma swoje konsekwencje prędzej czy później. Po drugie: wizualnie to unikat, którego nie gwarantuje żaden inny serial z wyjątkiem jednego, następnego w moim zestawieniu. Po trzecie: charakterystyczni bohaterowie, w tym Jessie Pinkman, który momentami błyszczy bardziej niż Walter. Tak naprawdę mógłbym wymyślić 100 powodów, dla których warto obejrzeć Breaking Bad, na czele z tym, że każdy kolejny sezon dokręca śrubę, a napięcie rośnie.

Dlatego nie warto zrażać się po dziwnym, może nawet nudnym początku historii. Ba, zawsze będę podkreślał, że to serial, który testuje inteligencję widza i nagradza uważność. Rzadkość w tych czasach, prawda? Wszystko pracuje na finał, który jest jednym z najbardziej satysfakcjonujących w historii telewizji. Nieprzypadkowo zresztą, że jeszcze przed erą Netflixa.

3. BETTER CALL SAUL

Jeśli Breaking Bad było tragedią moralną głównego bohatera, Better Call Saul jest melancholijnym poematem o niespełnieniu zawodowym i prywatnym, też okutym mrokiem i konsekwencjami kontrowersyjnych decyzji. Jeśli BB było wybitne, BCS jest… jeszcze bardziej. Serio. To tak, jakby Vince Villigan stworzył drugą część tej samej gry, która w każdym aspekcie jest lepiej wykonana. Okej, nie ma znanej wszystkim pary postaci (poza pewnym odcinkiem), ale jest najważniejszy łącznik, absolutnie wybitny, Jimmy McGill.

Jego historia powoduje, że serial jest wolniejszy, bardziej kontemplacyjny, ale przez to – takie mam wrażenie – boleśniejszy, bardziej dający do myślenia. Geneza późniejszego Saula z BB, połączona ze scenami po tragedii w BB, pokazuje, że nie każdy upadek musi być spektakularny. W przypadku Saula były momenty zabawne, ba, dzięki temu serial ma kilka twarzy i potrafi bawić. Ale na samym końcu nawet ten wesoły kombinator, kontrowersyjny prawnik z powołania, musi ulec złu i pokusom.

Dlaczego uważam, że Better Call Saul to jeden z najlepszych seriali w ogóle? Bo, mówiąc krótko, bierze drugoplanową postać z pierwowzoru i buduje z niej jedną z najgłębszych psychologicznie historii w telewizji. To, cholibka, nie lada wyczyn. Relacje, szczególnie Jimmy-Kim (na innej płaszczyźnie odpowiednik Walter-Jessie), są napisane z taką subtelnością, z takim pomysłem, że aż nie wierzyłem, jak można uprawiać tak doskonałe scenopisarstwo. Ciągle dostajemy dowody, że drobne wybory mają sens, że tak jak w BB układają się w pewien wzór. Ale często z większym luzem i humorem.

To serial bardziej kolorowy i dzięki temu ciekawszy, choć wydawało się, że akurat tego aspektu bardziej podkręcić się nie da. Naprawdę, chyba żadna seria nie potrafiła mnie wielokrotnie w trakcie odcinka doprowadzać do śmiechu, by zaraz dać plaskacza w twarz pod tytułem: hola, hola, panu do śmiechu być nie powinno. I za to kocham Better Call Saul. Za to, że stanął na własnych nogach jako produkcja równa albo lepsza od czegoś, co wydawało się nieprzebijalne.

2. PRZYJACIELE

Dość powiedzieć, że do tej pory to jedyny serial w moim życiu, który zmotywował mnie do wylotu za ocean. Dobre, co? Obejrzałem go za namową, raczej z dystansem, no bo jak – amerykański sitcom, komedia, zapoczątkowana we wczesnych latach 90.? Nie mówię, że nie lubię starych produkcji, ale miałem obawy. No i wiecie co? Chyba nigdy tak bardzo nie pomyliłem się co do sztuki, jaką przyszło mi konsumować. Przyjaciele to fenomen. Dopiero po obejrzeniu wszystkich kilkunastu sezonów zdałem sobie sprawę, dlaczego ludzie z całego świata kochają ten serial i zjeżdżają się do Los Angeles lub Nowego Jorku. Po to, żeby wejść na stary plan filmowy, zobaczyć rekwizyty, “dotknąć” tego, co związane z Przyjaciółmi. Wcześniej nie miałem pojęcia, że to kulturowy, ponadczasowy wehikuł. Właśnie w ten sposób nazwałbym przygody Rachel, Phoebe, Rossa, Chandlera, Moniki i Joeya.

Czy ich historia jest skomplikowana? Absolutnie nie. To właśnie ta emocjonalna dostępność, pewnego rodzaju azyl dla naszych emocji – to sprawiło, że widzowie pokochali bohaterów. Bo byli nam bliscy, w jakimś stopniu znajomi, przewidywalni, a jednocześnie wystarczająco różni, by każdy mógł znajdować w nich cząstkę siebie. Sam złapałem się na tym, że z biegiem sezonów zmieniałem swoje upodobania i bardziej podobał mi się ten albo ta. Że widziałem jakieś odbicie cech, czując pozytywne wibracje, wręcz zżywając się z danym bohaterem, a potem aktorem. Przykład? Kupiłem i przeczytałem książkę Matthew Perry’ego, żeby kilka miesięcy później stać już w centrum filmowym Warner Bros, z gadżetami ze sklepu Przyjaciół pod pachą, z zacieszem małego dziecka, które właśnie dostało najfajniejsze cukierki.

Nie przesadzę, mówiąc, że “Przyjaciele” to taki serial, który zajmuje miejsce w sercu, o ile uda się wkręcić w historie bohaterów. Wiem, że nie każdy potrafi, że to nie dla każdego. Ale jak już się spodoba, jak już zażre… Te żarty, te realia Nowego Jorku z lat 90. i dynamika relacji – przyjaźń, zazdrość, miłość, drobne dramaty dorosłości –  zostają z nami na zawsze. Ostatni sezon serialu wyszedł ponad 20 lat temu, a są ludzie, którzy oglądają wszystkie sezony od nowa w ramach rytuału. Sam to zrobiłem, dlatego w 2024 roku nie oglądałem nic innego. Gdyby nie Friends, nie poleciałbym na solową podróż do Los Angeles i w jakimś sensie nie wrócił z ważnymi lekcjami o sobie samym, bardziej otwarty i świadomy emocjonalnie.

1. ARCANE

A skoro mowa o emocjach i oglądaniu czegoś jeszcze raz, doszliśmy do czegoś, czego nie potrafię w pełni wytłumaczyć. Bo oto serial animowany (animowany na poziomie kosmicznie dobrym) sprawił dwukrotnie, że jako dorosły facet rozklejałem się i płakałem jak niemowlę, co drugi odcinek. Dziś najchętniej każdej napotkanej osobie mówiłbym, że prawdopodobnie nigdy nie będzie tak zaskoczona, a może i nawet nie zobaczy niczego lepszego.

Wiem, że próg wejścia nie jest tutaj oczywisty, bo w końcu mówimy o animacji stworzonej na podstawie gry komputerowej. Ale właściwie od razu okazuje się, że to niezobowiązujący punkt wyjścia. Że wcale nie trzeba być fanem League of Legends, ba, że nie trzeba lubić/nie lubić animacji, żeby zakochać się w tym serialu. Ktoś pewnie powie, że zwariowałem, uznając akurat Arcane za najlepsze, co mnie w świecie seriali spotkało. Ale tak zupełnie szczerze – czy jako produkcja stojąca na własnych nogach, Arcane ma poważne wady? Czy nie jest aby tak, że w każdym elemencie – wizualnym, fabularnym, aktorskim – ociera się o perfekcję? Arcane jest dla mnie numerem jeden, bo robi coś niemal niemożliwego: bierze świat gry komputerowej i zamienia go w dojrzałe, emocjonalnie miażdżące dzieło narracyjne. Dzieło, którego siła leży w postaciach, ich relacjach i tragediach, a fenomenalnym językiem ich opowiadania jest właśnie animacja.

To kompletna synergia formy i treści. Styl wizualny, muzyka, montaż – wszystko składa się na serial 10/10. Zwłaszcza konflikt Vi i Jinx to jedna z najlepiej napisanych relacji rodzeństwa w historii, niezależnie od medium. No i mam wrażenie, że serial niczego nie upraszcza, nie moralizuje, nie daje łatwych odpowiedzi. Pokazuje brudny świat, w którym każdy ma swoje racje i nie możemy z pełnym przekonaniem powiedzieć: „Patrzcie, to ewidentny złol”. Albo „Patrzcie, ona wszystko robi dobrze”. Tyle tu szarości, a jednocześnie tyle kolorów, że przed twórcami chętnie zrobiłbym głęboki pokłon. Zwłaszcza za kreację postaci Jinx, która tak odcisnęła we mnie emocjonalne piętno, tak wbiła mi się do głowy wizualnie (też dzięki aktorkom głosowym w polskiej i angielskiej wersji), że nie wiem, czy nie wzbudzi zazdrości mojej dziewczyny. Kocham Jinx! Kocham Arcane! No i Ekko, tego kozaka na desce, też.

Mógłbym rozpisywać się, zanudzać was dalej, ale wystarczy. Arcane to moja “jedynka”, bo wykracza poza cechy zwykłej animacji. To niezwykła, artystycznie bezkompromisowa i wciągająca jak najlepszy dramat aktorski historia. To punkt odniesienia dla tego, czym seriale powinny być.

***

Do dziesiątki nie załapało się kilka innych produkcji, które bardzo cenię i muszę wspomnieć o nich chociaż w jednym zdaniu. Jeśli ktoś nie oglądał, rekomenduję z ręką na sercu Dark, Ozark, Czarnobyl czy True Detective (pierwszy sezon). Nie zawiedziecie się! No i nie zjedzcie mnie w komentarzach.

Źródło zdjęć: promocyjne filmy na Youtube

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *