Narracja o sztucznej inteligencji od miesięcy kręci się wokół jednego strachu: że algorytmy wygryzą nas z rynku pracy. Tymczasem rzeczywistość jest bardziej przewrotna. Nowe etaty faktycznie powstają – problem w tym, że coraz częściej polegają na sprzątaniu bałaganu, który zostawia po sobie AI.
Zwraca na to uwagę Akhil Bhardwaj, wykładowca zarządzania na University of Bath. Jego teza jest prosta: nie tyle tracimy pracę, ile zamieniamy ją na gorszą.
Na czym polega „praca po AI”
Zamiast pisać, tłumaczyć czy analizować od zera, coraz więcej osób sprawdza, poprawia i ratuje to, co wypluł algorytm. Kontrola jakości treści generowanych przez AI. Wyłapywanie błędów w automatycznych analizach. Redagowanie maszynowych tłumaczeń. Pilnowanie chatbotów, żeby nie powiedziały klientowi czegoś głupiego.
To nie są nowe, ekscytujące zawody przyszłości. To rola nadzorcy, który chodzi za maszyną z mopem.
Najmocniej odczuwają to branże, które najszybciej wdrożyły AI – finanse, technologia i handel. Wdrożyły narzędzie, a razem z nim dostały nową górę pracy: weryfikację tego, co to narzędzie produkuje.
Kiedy błąd algorytmu kosztuje ludzi
Że to nie jest wyłącznie problem komfortu pracy, najlepiej pokazuje Holandia. Tamtejszy system podatkowy oparty na algorytmach błędnie oskarżył o wyłudzenia dziesiątki tysięcy rodziców. Skutki były realne: odebrane świadczenia, długi, zrujnowane rodziny.
To pokazuje, co się dzieje, gdy nad automatyzacją nie czuwa wystarczająco dużo ludzi. Im mniej kontroli, tym większe ryzyko, że pomyłka maszyny uderzy w zwykłych obywateli – na skalę, jakiej pojedynczy urzędnik nigdy by nie osiągnął.
Więcej wysiłku, mniej pieniędzy
Jest jeszcze kwestia wynagrodzeń. Bhardwaj przywołuje przykład tłumaczy freelancerów, którzy za poprawianie tłumaczeń maszynowych dostają mniej niż za tłumaczenie od podstaw. A wysiłek umysłowy bywa taki sam albo większy – bo wyłapanie ukrytego błędu w gotowym tekście potrafi być trudniejsze niż napisanie go samemu.
Do tego dochodzi rachunek ekonomiczny, który działa na niekorzyść człowieka. Tokeny AI są tanie i wręcz dotowane przez firmy technologiczne. Ludzka praca nad sprawdzaniem tych treści – już nie. A skoro tak, łatwo zgadnąć, co będzie się opłacać.
Dlaczego to ważne również u nas
Bhardwaj ostrzega przed drugą falą outsourcingu – przenoszeniem tej „poprawkowej” roboty do krajów o niższych płacach. I tu robi się ciekawie z polskiej perspektywy.
Polska to jeden z większych w Europie rynków usług IT, centrów usług wspólnych i tłumaczeń. Czyli dokładnie tych obszarów, o których pisze autor. Ta sama fala outsourcingu, która degraduje pracę gdzie indziej, część zadań może kierować właśnie do nas. Pytanie, czy chcemy być krajem, który sprząta po cudzych algorytmach.
Drugi wątek dotyczy administracji. Holenderski skandal to gotowe ostrzeżenie dla każdego państwa, które wpuszcza AI do urzędów i systemów podatkowych. Bez solidnego nadzoru człowieka automatyzacja nie oszczędza problemów – ona je skaluje.
Co z tego wynika
Sedno nie brzmi „AI zabierze pracę”. Brzmi raczej: „AI zmieni pracę w coś mniej sensownego i gorzej płatnego, jeśli pozwolimy”. Różnica jest zasadnicza, bo tę drugą wersję da się jeszcze zatrzymać – decyzjami o tym, ile płacimy ludziom i ile kontroli zostawiamy maszynom.
Technologia sama w sobie nie przesądza, czy praca będzie satysfakcjonująca. Przesądzają to warunki, jakie wokół niej ustawimy.
źródło: theconversation.com




Dodaj komentarz