Szaleństwo na tle kryptowalut, o którym szerzej piszemy tutaj, wciąż trwa i nawet jeśli nie bierzemy w nim udziału to jego skutki możemy boleśnie odczuć w portfelu. Dzięki cyfrowym górnikom i ich „koparkom” ceny, jak i dostępność desktopowych kart graficznych zawędrowały w rejony kompletnego absurdu, zmieniając kwestię złożenia lub rozbudowania stacjonarki w nie lada wyzwanie. Od paru dni w tej kwestii widać niewielką poprawę, ale znając dynamikę rynku IT to wszystko się jeszcze może zdarzyć.

Sytuacja na rynku desktopowych grafik była już tyle rozpaczliwa, że NVIDIA raczyła nawet wystosować apel do sprzedawców, by ograniczyli sprzedaż grafik „kryptogórnikom” – typowy gracz raczej nie zamawia 10 czy 20 układów graficznych na własne potrzeby. Ta inicjatywa może budzić zdziwienie, bo ostatecznie pieniądze płyną do producentów szerokim strumieniem, ale taka polityka może się im odbić czkawką. Po pierwsze – za rok czy dwa – rynek mogą zalać tysiące przechodzonych grafik, które po okresie tak intensywnej eksploatacji będą padać jak muchy. A po drugie – już teraz gracze sfrustrowani brakami rynkowymi i kosmicznymi cenami desktopowych GPU coraz życzliwiej spoglądają w kierunku konsol. A późniejsze odzyskanie fanów gier nie będzie proste – z konsol można się śmiać, można wytykać ich ograniczenia, ale w kategorii cena/możliwości/wygoda wypadają nad wyraz atrakcyjnie.

 

Koparki kryptowalut są przyczyną obecnego kryzysu na rynku desktopowych GPU.

Jednak w przypadku, gdy chcemy zbudować gamingowego desktopa od podstaw lub gdy nasz bolid jest już na tyle wysłużony, że sama wymiana grafiki nie wchodzi w grę, warto rozważyć zdradę „Braterstwa Stacjonarek” na rzecz gamingowego notebooka. Na chwilę obecną jest to jeden z najdynamiczniej rozwijających się segmentów komputerów mobilnych (w przypadku największych maszyn – „przenaszalnych”), nad którym nadal krąży wiele krzywdzących opinii.

W tym poradniku postaram się nie tylko rozwiać mity, jakie przez lata narosły nad sprzętem dla graczy, lecz także przedstawić możliwości współczesnych gamingówek, których, nie sposób tego ukryć, jestem wielkim miłośnikiem. Laptopy dla graczy, podobnie jak sprzęt biznesowy, potrafią kosztować znacznie więcej od typowego komputera „domowego”, więc tym bardziej warto wiedzieć, czego możemy wymagać od rozwiązań dla miłośników cyfrowej demolki.

1. Wydajność graficzna jest dużo słabsza niż w desktopie

Rzeczywiście – jeszcze kilka lat temu mobilne układy graficzne wyraźnie ustępowały swym pełnowymiarowym odpowiednikom. Nawet najmocniejsze gamingowe bolidy nie potrafiły zapewnić płynnej animacji przy najbardziej wymagających tytułach i maksymalnych ustawieniach graficznych. Tę różnicę notebooki gamingowe zaczęły nadrabiać dopiero po premierze układów GeForce GTX 800M ( architektura Kepler), ale nawet kolejna generacja GTX-ów, 900M (arch. Maxwell), wypadała odczuwalnie słabiej – np. GTX 980M można przyrównać do stacjonarnego GTX-a 970. Mimo różnic były to już osiągi pozwalające na granie bez większych ustępstw graficznych w rozdzielczości Full HD i posiadacze notebooków z taką grafiką nawet dziś bezproblemowo odpalą najnowsze tytuły – aczkolwiek nie zawsze przy ustawieniach graficznych „ultra” i nie zawsze w 60 kl/s.

 

 

Prawdziwą rewolucją w segmencie mobilnego gamingu okazała się premiera najnowszej generacji grafik NVIDIA GeForce – GTX 1000 (arch. Pascal). Nareszcie wydajność graficzna segmentu stacjonarnego i mobilnego osiągnęła na tyle zbliżony poziom, że NVIDIA odpuściła sobie oznaczanie wersji mobilnych literą „M”. Grafika NVIDIA GeForce GTX 1060 to GeForce GTX 1060 bez względu na to czy znajdziemy ją w stacjonarce, czy też w obudowie laptopa. W dodatku osiągi najmocniejszych układów (GTX 1070, GTX 1080) pozwalają cieszyć się płynną animacją przy rozdzielczościach wyższych od Full HD, a nawet wykorzystać potencjał matryc o odświeżaniu 120 Hz i wyższym – tego do tej pory nie mógł zapewnić żaden notebook.

Więcej informacji o mobilnych układach graficznych znajdziecie tutaj.  

 

2. Gamingówki są brzydkie i kiepsko wykonane

Spoglądając na niektóre gamingówki, szczególnie te paroletnie, można dojść do wniosku, że ich projektantami była grupa nastolatków zafascynowana możliwościami diod RGB i estetyką kina s/f lat 70. Polakierowane na wysoki połysk materiały, zsynchronizowane z głośnikami LED-owe paski, podświetlane logo (albo i dwa) oraz agresywna linia obudowy – niekiedy do kompletu brakowało chyba tylko doczepionego do pokrywy generatora baniek mydlanych.

 

Alienware Aurora M9700 (2006)

Obraz 1 z 5

Dystyngowany niczym czołg w błękicie - ale porty miał sensownie rozmieszczone.

 

Obecnie większość producentów raczyła nieco stonować swoje zapędy, ale nadal na rynku znajdziemy modele wyglądające jak mieszanka gwiezdnego krążownika z Golfem GTI po chamskim tuningu wizualnym. „Jebitny” kolorek, mnóstwo zdobień i przetłoczeń, podświetlane LED-ami krawędzie ekranu i boków obudowy, wielobarwne podświetlenie klawiatury – jeśli kogoś urządza taka stylistyka z pewnością wyszuka coś dla siebie.

 

 

Jednak na rynku gamingowym liczy się nie tylko młodzież, lecz także gracze urodzeni w latach 70. i 80., których (w tym nas) notebook z taką aparycją raczej nie uwiedzie. Na szczęście w obecnym portfolio notebooków gamingowych dominuje stylistyka matowej czerni przełamanej czerwonymi akcentami. Oczywiście największym maszynom nadal trudno zarzucić subtelny wygląd, ale skoro taka kolorystyka świetnie sprawdza się przy supersamochodach typu Lamborghini Aventador, to równie dobrze można ją stosować w supernotebookach – gamingówka nie powinna być obciachowa, ale też nie musi być przy tym grzeczna i nudna.

 

Aorus X7 V6

Obraz 1 z 5

Ultrapłaski superbolid w aluminiowej obudowie o budzącej szacunek specyfikacji

 

W kwestii jakości wykonania mamy do czynienia z tą samą zasadą, co w sprzęcie biznesowym – im drożej, tym lepszych materiałów mamy prawo oczekiwać. Mniej zaawansowane modele wykonane są najczęściej z dobrej jakości tworzywa, a jeśli już załapiemy się na aluminium, znajdziemy je zwykle tylko na pulpicie. Bardziej ekskluzywne wersje powinny zatem rozpieszczać nas wzorcową jakością wykonania i najczęściej tak to właśnie wygląda – np. niedorzecznie kosztowny Aorus X7 DT v8 nie ustępuje pod tym względem prestiżowemu Dellowi XPS 15 9560, uchodzącemu za wzór połączenia świetnego designu, wysokiej klasy materiałów i niezrównanej solidności wykonania.

 

 

Pamiętajmy jednak o tym, że nie zawsze zastosowane materiały warunkują solidność całej konstrukcji – mamy w pamięci notebooki złożone z aluminium o skrzypiąco-trzeszczącej naturze, jak i obudowy z tworzywa o solidności godnej czołgu. Przykładem takiego notebooka może być wielki i wydajny Acer Predator 17 – chociaż jego obudowę wykonano „tylko” z tworzywa pokrytego przyjemną w dotyku gumowatą fakturą, to pulpit solidnością wykonania dorównuje ThinkPadowi P71, w którym ową część usztywnia aluminium i magnez. Zatem zawsze warto zajrzeć do recenzji sprzętu – czy to wideo, czy to tekstowej – by przekonać się, czy projektanci wywiązali się w pełni ze swoich deklaracji.

3. Gamingówki są głośne i gorące

Kłęby kurzu wypadające zza biurka, spadające obrazy ze ścian i pękające sufity – zwykle w ten sposób „znawcy tematu” charakteryzują kulturę pracy gamingówek. A kwestia ta jest zdecydowanie bardziej skomplikowana i wiele zależy od wielkości notebooka, jego konfiguracji, a także producenta.

Im większa, a zwłaszcza grubsza obudowa, tym łatwiej jest w niej zamknąć rozbudowany układ chłodzenia. W takim przypadku wiatraki nie muszą pracować z pełnią mocy, aby utrzymać w ryzach temperaturę wrażliwych podzespołów. Jak już wielokrotnie wspomnieliśmy w naszych publikacjach – fizyki nie da się oszukać i mocarne podzespoły potrzebują wydajnego chłodzenia o dużej przepustowości, by mogły pracować z optymalną mocą i wymaganą stabilnością. Na rynku rośnie jednak także wybór ultrapłaskich konstrukcji o nieprzeciętnych możliwościach gamingowych – wystarczy wspomnieć Asus ROG Zephyrus M GM501GS z kartą GTX 1070 o aparycji piętnastocalowego ultrabooka.

 

 

Należy jednak zaznaczyć, że gamingówka typu „slim” może być znacząco głośniejsza od swego pełnowymiarowego odpowiednika – szczególnie odczuwalnie było to przy modelach korzystających z układów NVIDIA GeForce GTX poprzedniej generacji (900M), których nie zaprojektowano do takich stylistycznych akrobacji. Miało to jeden skutek: układ chłodzenia czternastocalowego, lekkiego i płaskiego MSI GS40 6QE z układem GTX 970M pod obciążeniem generował głośny i irytujący gwizd i był świetnym przykładem nietrafności takiego połączenia.

 

MSI GS65 Stealth Thin

Obraz 1 z 5

Dzięki grafikom GTX Max-Q nawet najcieńsze konstrukcje zyskają lepszą kulturę pracy.

 

Producenci odrobili jednak pracę domową i w odchudzonym sprzęcie wyposażonym w bieżącą generację układów NVIDIA pojawiły się grafiki z oznaczeniem Max-Q. Wyróżnia je nieco obniżone taktowanie zegarów, a co za tym idzie, mniejsza emisja cieplna od „standardowych” układów. Ułatwia to utrzymanie optymalnej temperatury podzespołów bez nadmiernego obciążania wentylatorów. Ceną za to jest niewielkie obniżenie wydajności względem rozwiązań o standardowym TDP; nie jest to jednak spadek radykalnie zmniejszający gamingowy potencjał sprzętu – tych kilka klatek na sekundę można poświęcić na rzecz chłodzenia cichszego o dobre 10 dB. Ba! Pojawiły się już się maszyny tego typu z grafikami Max-Q spiętymi w SLI, aczkolwiek ich cena może ostudzić entuzjazm nawet najbardziej zagorzałego fana mobilnego gamingu.

 

 

Jeżeli jednak zależy nam na najmocniejszej konfiguracji, a zwłaszcza na obecności GTX-a 1080, musimy się liczyć z pracą chłodzenia głośniejszą niż w typowym notebooku multimedialnym. Wiele jednak zależy także od producenta i umiejętności jego inżynierów. Asusy serii ROG G751 oraz G752 (nie mylić z serią GL – to jednak nieco inna liga), choć występują w bardzo mocarnych konfiguracjach, mogą pochwalić się fenomenalną kulturą pracy i nawet pod obciążeniem stłumiony szum chłodzenia nie będzie nam przeszkadzał w zabawie. Przed zakupem wybranego modelu wypada zatem sprawdzić, co do powiedzenia mają w tej kwestii recenzenci i użytkownicy – możemy się bardzo zdziwić, jak duże różnice mogą wystąpić w notebookach o identycznej konfiguracji, a różniących się marką.

 

 

Nieco inaczej wygląda sprawa w największych maszynach, dysponującymi dwiema „standardowymi” grafikami spiętymi w SLI i procesorem o odblokowanym mnożniku pozwalającym na „overclocking”, czyli np. Intel Core i7 7820HK. Tu zwykle jest głośno i nawet gargantuiczny format obudowy tego nie zmieni – gdy układ chłodzenia opiera się o pięć wentylatorów, musi być słyszalny.

4. Mobilność w notebookach gamingowych to kpina

Jeszcze kilka lat temu praktycznie wszystkie gamingówki były masywne, grube oraz ciężkie – i nie miało znaczenia czy wybieramy model 15- czy 17-calowy. Wydajny procesor oraz grafika o dużej emisji ciepła (TDP) wymagały bardzo rozbudowanego układu chłodzenia, a ten zajmował miejsce i swoje ważył. Obecnie najwydajniejsze rozwiązania nadal potrafią zaszokować formatem – szczególnie, gdy mówimy o sprzęcie z GTX-em 1080 pod maską lub z grafikami połączonymi w SLI. Do tego dochodzi sprzęt niemalże „eksperymentalny”, tworzony głównie w celach popisowo-marketingowych – Acer Predator 21X to moloch, przy którym nawet osiemnastocalowe MSI GT83 prezentuje się niepozornie.

 

Acer Predator 21X

Obraz 1 z 3

Sprzęt na pokaz o absurdalnej cenie i nikłej mobilności - zakrzywione 21 cali i dwie grafiki GTX 1080.

 

Jednak coraz mocniejszy nacisk na mobilność jest już zauważalny i w tym segmencie sprzętu. Spłaszczone gamingówki znajdziemy w formacie od 14 do 17,3 cala – ich waga może nie dorównuje ultrabookom, ale z pewnością nie są to czterokilowe konstrukcje z kilogramowym zasilaczem do kompletu. Podróżowanie bezdyskusyjnie będzie wygodniejsze, ale tak radykalne odchudzenie konstrukcji ma swoją cenę: obciążony układ chłodzenia będzie głośniejszy – w niektórych przypadkach nawet bardzo. Jeżeli więc kultura pracy jest dla nas bardzo istotna, a notebook będzie sporadycznie opuszczał biurko, powinniśmy postawić na większą maszynę o dobrze wyciszonym układzie chłodzenia.

 

 

Osobną kwestią jest czas pracy na baterii. Obciążone gamingowe podzespoły błyskawicznie opróżnią nam baterię i to mimo dodatkowych funkcji zaszytych w komputerze – np. po odpięciu zasilacza grafika obniża taktowanie i ogranicza liczbę generowanych klatek na sekundę do trzydziestu. Jednak nawet w takim przypadku nie mamy co liczyć na osiem godzin „terenowego” grania, lecz góra dwie – trzy.

 

 

W nieco lepszej sytuacji będą osoby z notebookiem dysponującym drugim, zintegrowanym układem graficznym, przejmującym obowiązki generowania obrazu w momentach niewymagających dużej wydajności. Grafika tego typu znacząco zredukuje zużycie energii pozwalając dłużej popracować z pakietem biurowym czy przeglądać zasoby Sieci. Dell Inspiron 7567 czy Gigabyte Areo 14 to przykłady takich właśnie maszyn – dzięki dwóm grafikom przeznaczonym do innych zadań możemy liczyć na 6 – 9 godzin aktywnej pracy z notebookiem. I mówimy tu o laptopach z czterordzeniowym procesorem o standardowym TDP (45 W), a nie o maszynach z energooszczędną niskonapięciówką pod maską.

 

5. Rozbudowa? Jaka rozbudowa?

Tak, tu nie ma co kombinować, gdyż rzeczywiście pod tym względem notebooki gamingowe ustępują desktopom. Niemal każdy notebook ma procesor oraz układ graficzny zintegrowany z płytą główną, więc ich wymiana na nowszą lub wydajniejszą wersję jest zwyczajnie niemożliwa. Bezdyskusyjnie jest to spore ograniczenie, skracające rynkową przydatność sprzętu – wybierając bardzo wydajny model przez dwa – trzy lata będzie pięknie, a potem zacznie się redukowanie ustawień graficznych z „ultra” na „very high” lub zmniejszanie rozdzielczości.

 

Największy z „kadłubków” Clevo P870TM-G mieści w sobie desktopowy procesor i dwie grafiki spięte w SLI.

Od tej reguły są jednak wyjątki. Na rynku można bowiem znaleźć maszyny oparte o tzw. gotowe kadłubki, w których możliwości rozbudowy i modernizacji dorównują pełnowymiarowym desktopom. Najbardziej rozpoznawalne z nich są kadłubki Clevo dostępne pod różnym „brandingiem” i w Polsce. Konfiguracje największych z nich oparte są o desktopowe procesory, a więc o układy osadzone na podstawkach pozwalających na wymianę, oraz o grafiki na złączu MXM. Układ graficzny w tej wersji „dopinany” jest do płyty głównej w sposób podobny do dysku M.2 – zasadniczą różnicą jest konieczność domontowania radiatora ciepła. Są to jednak rozwiązania dla pasjonatów o sporych umiejętnościach technicznych – zwłaszcza jeśli planujemy ich samodzielną rozbudowę. Drugą bolączką takich konfiguracji jest słaba kultura pracy, gdyż procesor o TDP 95 W zamknięty w laptopie wymusza bardzo intensywną pracę wentylatorów.

 

 

Zdecydowanie lepiej gamingówki, szczególnie te większe, wypadają w kwestii możliwości dyskowych. Nawet w segmencie piętnastocalowym bez problemu znajdziemy maszynę pozwalającą na instalację dwóch nośników danych (dysk M.2 plus klasyczne 2,5″), a w większych modelach nawet czterech (2x M.2 plus 2x 2,5″). Możemy także liczyć na wsparcie RAID, co będzie miało ogromne znaczenie w przypadku, gdy nasz bolid posłuży także do pracy.

6. „Gamingówki nadają się tylko do grania…”

… a przy innych zadaniach wywołują gradobicia, trzęsienia ziemi i koklusz. To mniej więcej ten sam poziom argumentacji, jaki pojawia się przy kulturze pracy. Nic bardziej mylnego – ostatecznie pod maską mamy wydajny procesor i nielichy układ graficzny, które możemy wykorzystać także do celów innych niż eksterminacja cyfrowych przeciwników. Renderowanie filmów, animacja 3D, projektowanie, zarządzanie ogromnymi bazami danych – do tych wszystkich zadań potrzebujemy dużo mocy obliczeniowej, RAM-u oraz porządnego systemu dyskowego – te cechy bez problemu znajdziemy w sprzęcie gamingowym. Zwykle nie brakuje tu także rozbudowanego wyboru portów, w tym także portu Thunderbolt 3 mogącego posłużyć za gniazdo dokowania, co ma niebagatelne znaczenie przy zastosowaniach profesjonalnych.

 

 

Wypada tu jednak pokreślić jedną kwestię – jeśli zawodowo zajmujemy się głównie projektowaniem w CAD, SolidWorks i środowiskach pochodnych, powinniśmy sięgnąć po notebooka z profesjonalną grafiką NVIDIA Quadro lub AMD Radeon Pro z certyfikacją ISV – czyli po mobilną stację roboczą. Jest to sprzęt znacznie droższy od gamingówki, szczególnie w wersji z grafiką z wyższej półki wydajnościowej, ale w tym momencie zyskujemy pewność, że będzie w pełni kompatybilny z oprogramowaniem projektowym. To właśnie potwierdza certyfikacja ISV przyznawana przez największych producentów aplikacji tego typu. Gamingówka także sprosta projektowaniu, ale nie zapewni takich osiągów i stabilności działania, gdyż tu objawi się wyższość grafik profesjonalnych nad GTX-ami. Osiągi w gamingu mogą być zbliżone, ale gdy siądziemy do projektowania to grafika Quadro zapewni nam znacznie więcej klatek na sekundę. Duże znacznie przy zastosowaniach korporacyjnych mają także warunki gwarancji – takie usługi jak „on-site”, „next business day” oraz możliwość jej wydłużenia to cechy dostępne tyko w sprzęcie biznesowym z prawdziwego zdarzenia.

 

 

Nie zmienia to jednak faktu, że dla części użytkowników, szczególnie indywidualnych z ograniczonym budżetem, sprzęt gamingowy może być sensowną alternatywą dla mobilnej stacji roboczej. Grunt to znaleźć model nie tylko o dopasowanej do naszych potrzeb konfiguracji, lecz także o stonowanym wyglądzie. Alienware 17 w kolorze wściekłej zieleni może przyciągać większą uwagę klienta, niż prezentowany na nim projekt – a chyba nie o to chodzi.

Podsumowanie

Notebooki gamingowe ewoluują i są to zmiany w dobrą stronę. Dzięki rozwojowi mobilnych procesorów i układów graficznych możemy liczyć na osiągi pozwalające na płynną rozgrywkę przy najbardziej wymagających tytułach, a najmocniejsze modele sprostają nawet rozdzielczości 4K lub matrycom o odświeżaniu 144 Hz. Zmieniła się także stylistyka i choć nadal na rynku znajdziemy laptopa z „techno-barokową” obudową, to nie brakuje i maszyn o odważnym, lecz jednak mniej ekstrawaganckim designie.

 

 

Sprzęt gamingowy nie musi już ważyć 4 kg i razić grubaśną obudową, by oferować nieprzeciętne osiągi i przyzwoitą kulturę pracy. Wersje ultramobilne, z grafikami NVIDIA GeForce GTX Max-Q, mogą nam towarzyszyć na każdym kroku i do ich transportowania nie będzie już potrzebny „survivalowy” plecak ze stelażem. Jednak nawet w przypadku, gdy staniemy się posiadaczami modelu o sporym formacie i wadze, szybko przekonamy się, że zabranie go w trasę, np. gdy święta zmuszą nas do zawitania w rodzinne strony, jest w pełni wykonalne i nie wywoła trwałych zwyrodnień kręgosłupa. Popularność ultrabooków nieco nas rozpuściła, gdyż nagle sprzęt ważący więcej niż 2 kg jest uznawany za niemobilny – nie dajmy się jednak zwariować.

Czy zatem notebooki gamingowe są lepsze od desktopów? A może jest odwrotnie? Uznanie wyższości jednego segmentu nad drugim nie jest celem tego artykułu, zwłaszcza, że tego typu rozstrzygnięcie nie ma tak naprawdę sensu – wszystko zależy od naszych potrzeb i preferencji.

 

 

Jednego gracza urządzi wyłącznie desktop z zakrzywionym ekranem i mechaniczną klawiaturą, na którym będzie mógł szlifować nie tylko swój refleks i koordynację, lecz także umiejętności techniczne. Wymiana grafiki, podkręcanie procesora, instalowanie chłodzenia wodnego – dla części z nas to frajda porównywalna z samym graniem.

Dla kogoś innego, w tym niżej podpisanego, lepszym rozwiązaniem będzie spory notebook, dla którego bez problemu wygospodarujemy miejsce w niedużym mieszkaniu. Nie muszę się także martwić o dodatkowe peryferia i przewody, co ma olbrzymie znaczenie, gdy jest się posiadaczem dwóch energicznych i ciekawskich sierściuchów, potrafiących baaardzo kreatywnie wypełniać sobie wolny czas… :] A w razie potrzeby wystarczy duży plecak, by wszystko co jest mi potrzebne do pracy i zabawy zabrać w mniejszą lub większą podróż. A że za dwa lata zacznę marudzić na wydajność grafiki? Takie jest prawo dżungli…