gaming mobilny

Gaming mobilny fajniejszy niż PC i konsole?

W ostatnich latach, zahaczając jeszcze o czasy sprzed pandemii, hasło „gaming mobilny” kojarzyło mi się głównie z Candy Crushem, reklamami pełnymi fałszywego gameplayu i wyciskaniem z graczy kasy na mikrotransakcje. Ba, zawsze miałem wrażenie, że dla wielu pecetowców czy konsolowców to był wręcz synonim „gorszego grania” – uproszczonego, agresywnie monetyzowanego i pozbawionego tej całej immersji, jaką można mieć na większym ekranie.

Sam gram przede wszystkim na komputerze stacjonarnym, lubię siedzieć przed monitorem, odpalić słuchawki i wsiąknąć w świat gry na kilka godzin. Z czasem jednak zacząłem zauważać, że pojęcie mobilnego grania zmieniło się bardziej, niż wielu graczy (w tym ja) chce przyznać.

Dziś gaming mobilny to już nie tylko smartfony. To także handheldy, które dały temu rynkowi szansę na naprawdę zacną ewolucję. Urządzenia pokroju: Nintendo Switch, Steam Deck, ASUS ROG Ally czy Lenovo Legion Go – właśnie one kompletnie rozmyły dawną granicę między „prawdziwym gamingiem” a „graniem mobilnym”.

ASUS ROG Ally

Trend grania mobilnego pięknie rozkwitł

Jeszcze kilkanaście lat temu przenośne granie wyglądało inaczej. Owszem, mieliśmy choćby PlayStation Portable (PSP, wożone na wycieczki szkolne!), później PlayStation Vita czy handheldy Nintendo. Ale były to urządzenia funkcjonujące obok głównego rynku, mające własne gry i własne ograniczenia. Jeśli pamięć mnie nie myli, raczej nie były traktowane jako pełnoprawna alternatywa dla grania na dużym ekranie. Nawet mimo faktu, że takie PSP było świetne – wielu graczy do dziś wspomina granie w God of War: Chains of Olympus czy Fifę w autobusie, albo Monster Huntera z Tekkenem na przerwach w szkole. Nadal jednak było to coś „obok”. Dodatek. Dziś sytuacja z przenośnymi konsolami wygląda zupełnie inaczej.

Największy paradoks współczesnego gamingu polega na tym, że gracze bardzo często korzystają już z mobilności, nawet jeśli nie chcą tego tak nazywać. Ktoś mówi: “Nie gram w mobilki”, po czym wyciąga Switcha w pociągu albo odpala Steam Decka w hotelu. Technicznie rzecz biorąc, to przecież właśnie gaming mobilny, tyle że w nowoczesnym wydaniu. I nie chodzi tu tylko o wygodę. Chodzi też o zmianę filozofii grania.

Przez dekady granie było przypisane do konkretnego miejsca. Pecet stał pod biurkiem, bo tak się przyjęło, a konsola oczywiście pod telewizorem. Żeby zagrać, trzeba było „usiąść do grania”. No i handheldy zmieniły ten model, bo nagle się okazało, że możemy odpalić pełnoprawnego RPG-a, siedząc w kolejce do lekarza, zrobić kilka misji w Cyberpunku 2077 podczas podróży pociągiem albo pograć pół godziny przed snem bez zajmowania telewizora w salonie. Chyba wszyscy tutaj się zgodzimy, że to brzmi jak komfort, za który ludzie są w stanie zapłacić.

Zapłacić? Czy na pewno? Cóż, oficjalnie na Steamie się nie da

Konsola vs handheld, czyli coraz mniej różnic 

I właśnie tutaj zaczyna się problem z dawnym stereotypem, że mobilny gaming jest „gorszy”. Bo czym właściwie dziś różni się granie na handheldzie od grania na klasycznej konsoli? Coraz częściej… różnic jest niewiele. Spójrzmy na Steam Decka, który pozwala uruchamiać dokładnie te same gry, które mamy na pececie. A taki ASUS ROG Ally? Działa praktycznie jak miniaturowy komputer z Windowsem. Z kolei Lenovo Legion Go obsługuje normalne biblioteki Steam, Game Passa od Xboksa czy bibliotekę Epic Games Store.

Sorry, ale to nie są „mobilki”, które odpalamy na telefonach, żeby zabić nudę w toalecie. To pełnoprawne gry AAA przeniesione do urządzeń, które mieszczą się w małym plecaku.

A wiecie, co najlepiej pokazuje zwrot graczy w stronę takich rozwiązań? Co dowodzi, że nie możemy tego trendu bagatelizować? To liczby. Ludzie chcą takiego sprzętu i nie straszne im wydać nawet kilka tysięcy, czyli więcej niż za standardową konsolę.

Lenovo Legion Go

Dane mówią wprost: gracze chcą mobilności

Według danych IDC Games, handheldowe pecety sprzedały się już w liczbie około 6 milionów egzemplarzy od premiery Steam Decka w 2022 roku. Sam Steam Deck odpowiada za ponad połowę tego rynku, a mówi się nawet o 4 milionach sprzedanych sztuk. To nadal znacznie mniej niż klasyczne konsole, ale trzeba pamiętać, że mówimy o segmencie, który praktycznie nie istniał jeszcze kilka lat temu. Robi wrażenie, co?

A przecież tuż obok tego istnieje gigantyczny sukces Switcha. Nintendo Switch sprzedał się w ponad 150 milionach egzemplarzy i stał się jednym z najpopularniejszych urządzeń do grania w historii. Co ważne, sukces Switcha nie wynika wyłącznie z gier Nintendo. Ludzie po prostu pokochali możliwość grania wszędzie. Na kanapie. W łóżku. W podróży. W samolocie. Bez konieczności przywiązywania się do jednego miejsca. Wiele robi też siła marki, pewnego rodzaju przywiązanie emocjonalne i skojarzenie. Czyli to, nad czym Steam Deck dopiero pracuje, a co za 10 lat może być jego atutem przynoszącym grube miliardy dolarów do kieszeni.

Zresztą, patrząc wyłącznie na Steam Decka, handheldy wyznaczyły, zdaje się, idealny kierunek. Pokazały, że mobilność nie musi oznaczać kompromisu. Oczywiście, jakieś kompromisy nadal istnieją, więc nie chcę na siłę uprawiać marketingowej papki, że wszystko jest na swoim miejscu. Na przykład bateria nawet w mocniejszych handheldach często nie zachwyca, wydajność bywa niższa niż na stacjonarnym PC i nie każda gra działa z idealną płynnością. Tylko czy… podobne kompromisy nie istniały zawsze? Są to rzeczy – rzekłbym – wliczone w koszta.

Przecież konsolowcy godzili się na niższy framerate niż pecetowcy! Kupowali, grali, cieszyli się swoim sprzętem, mimo osiągania zaledwie 30 klatek na sekundę. Z kolei pecetowcy zawsze godzili się na wyższe koszty sprzętu i ryzyko, że co jakiś czas trzeba inwestować w nowe podzespoły. A mimo to nikt z obu grup nie mówił, że któreś granie jest nieprawdziwe, wadliwe, wybrakowane.

W dodatku Nintendo lubi w kolory!

Handheldy wskrzeszą wojnę platform?

Inna rzecz warta wspomnienia to fakt, że rynek już dawno przestał myśleć kategoriami wojny platform. Z czasem coraz więcej graczy zaczęło funkcjonować pomiędzy różnymi urządzeniami. To znaczy: ktoś może mieć mocnego PC do grania wieczorem, Switcha do exclusivów Nintendo i Steam Decka pod pachą, w aucie czy w plecaku. Nie powiedziałbym zatem, że są to konkurujące światy. To raczej uzupełniające się sposoby konsumowania tej samej pasji. A jakże, wiążące się z większym wydatkiem, ale kto powiedział, że pasja gamingowa to tania zajawka?

Co ciekawe, liczby pokazują też coś jeszcze. Mobilność stała się jednym z najważniejszych kierunków rozwoju całej branży. Globalnie gaming mobilny odpowiada już za ponad połowę przychodów rynku gier i nie można przejść obok tego obojętnie. Według analiz Newzoo “mobilki” generują ponad 100 miliardów dolarów rocznie, czyli więcej niż konsole i PC osobno.

Jasne, ogromna część tych pieniędzy pochodzi ze smartfonów i modelu free-to-play, z różnymi haczykami w postaci mikrotransakcji (stąd duża liczba takich aplikacji). Ale sam trend jest bardzo wyraźny: ludzie chcą grać w chwilach, kiedy akurat mogą lub mają na to ochotę. A to często musi wymagać większej elastyczności, czytaj: sprzętu na wyciągnięcie ręki gdziekolwiek.

I właśnie dlatego handheldy są tak ciekawym zjawiskiem, a dodałbym też, że w dalszej przyszłości prawdopodobnie poważną konkurencją dla klasycznego grania. Łączą bowiem dwa światy. Z jednej strony dają swobodę charakterystyczną dla smartfonów, a z drugiej – oferują doświadczenia znane z pecetów i konsol. To sytuacja win-win.

Steam Deck

Dziś już nie wyśmieję “mobilnego grania”

To trochę zabawne, że gracze przez lata wyśmiewali “mobilne granie”, a dziś zachwycają się możliwością odpalenia Elden Ringa na handheldzie. Ale, po pierwsze, mieli do tego paliwo, patrząc na aplikacje, które zalewały (i wciąż zalewają) sklepy na smartfonach. Po drugie – zmieniło się w tym segmencie tak dużo, że krzywdzące byłoby dzisiaj pakowanie wszystkiego do jednego worka. 

Przykład? Mój mały brat lubi na tablecie – jak sam mówi – “pograć w czołgi”. No i fajnie, tylko jak patrzę na poziom rozwinięcia takiej gry, a także na czające się w różnych częściach ekranu drogi do mikropłatności, krew mnie zalewa. Wolałbym, żeby dzieci właśnie takich rzeczy unikały. A z drugiej strony w tym roku spotkałem kolegę, w kolejce do oddawania krwi, który, jakby nigdy nic, wyciągnął sobie Steam Decka, wywołując ciekawskie spojrzenia na sali. I nie powiem: zaświeciło mi się oko, czułem ekscytację. Gość miał swoje PSP, ale na sterydach. Pomyślałem, że kiedyś też chciałbym nabyć takie cacko.

Ha! Nasz naczelny, Krzysiek Grzegorowski, zachwala sobie Steam Decka i tylko kusi do wydatku, który kiedyś skwitowałbym śmiechem:

Ja tam sobie chwalę, szczególnie od kiedy obsługuje nowsze wersje FSR i generator klatek w postaci Lossless Scaling. Kingdom Come II przeszedłem na wysokich ustawieniach. Wydajność taka sama i to niezależnie, czy na zasilaczu, czy na baterii. Wygodny, zajebisty ekran (mam wersję z OLED-em), ale trzeba jednak brać pod uwagę, że to handheld i ma swoje ograniczenia dotyczące specyfikacji. Ale ja sobie chwalę. Tak naprawdę to, co daje Ci Valve i konsolka, to dopiero kropla w morzu. Później, jak nauczysz się korzystać z różnych narzędzi do modowania softu i instalacji wtyczek, możesz zrobić z tego naprawdę wszechstronne urządzenie.

A jeśli chcecie poczytać o Steam Decku więcej, Krzysiek zrobił fajną recenzję. Nie sponsorowaną!

steam deck opinia
Fajnie to się prezentuje!

Jak na branżę gier wpłyną handheldy?

Handheldy niewątpliwie zmieniły samo postrzeganie gamingu PC. Przez bardzo długi czas pecet kojarzył się z siedzeniem przy biurku, aktualizowaniem sterowników i konfiguracją ustawień graficznych. Tymczasem Steam Deck sprawił, że PC zaczął przypominać konsolę – ot, wciskasz przycisk i grasz. Widziałem nawet opinie, że Steam Deck zrobił dla popularyzacji grania na PC więcej niż niejedna karta graficzna. I, cholera, coś w tym jest.

Czy handheldy zastąpią klasyczne konsole i komputery? Raczej nie, przynajmniej nie w najbliższych latach. A poza tym chyba nie muszą, bo nie taki ich cel. Cała siła tego segmentu polega właśnie na elastyczności, rozciągnięciu pewnej gałęzi, która wcześniej wydawała się dość ograniczona. Są bowiem sytuacje, w których nic nie zastąpi mocnego stacjonarnego PC i dużego monitora. Są też gry, które najlepiej smakują na ogromnym telewizorze z kanapy, ze znajomymi, w rozgrywce na kilka osób. Ale są też momenty, kiedy możliwość kontynuowania tej samej gry poza domem okazuje się po prostu genialna.

Dawniej mobilki faktycznie często były prostsze, bardziej casualowe i nastawione na szybkie mikropłatności. Ale dziś pojęcie mobilnego grania jest znacznie szersze, bo jeśli można przejść Wiedźmina 3 na urządzeniu trzymanym w rękach, to trudno dalej twierdzić, że to jakaś „mniej prawdziwa” forma grania, jak dalej niektórzy twierdzą. Zresztą prawda jest chyba dużo prostsza i gaming przestał być przywiązywany do jednego miejsca, a handheldy są najlepszym dowodem na to, że przyszłość grania może być fajnie rozwijana.

Fajniej niż choćby technologia VR, która na tle handheldów doskonale pokazuje bardzo ważną rzecz. Moim zdaniem to fakt, że… ludzie są leniwi, często za wygodni. Jeśli każesz im się ruszać w trakcie gry, skakać, machać, biegać, mimo kapitalnego doświadczenia – no właśnie, będzie to jedynie “doświadczenie”, takie od czasu do czasu. A jeśli włożysz im w ręce mały komputerek, dzięki któremu czasami nie będą musieli siadać do biurka – voila, strzał w dziesiątkę. I to mogą być te same osoby, które wcześniej gardziły „graniem mobilnym”, co niech dużo mówi o aktualnej wartości handheldów.

Źródła zdjęć: oficjalne strony producentów

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *