Zarówno sport, jak i gry kojarzą się z rozrywką i raczej przyjemnym spędzaniem czasu. Ruszamy się dla zabicia czasu, dla swojej własnej przyjemności, dla siebie. Przy czym od razu uprzedzam – nie będę tu mówił o sporcie ani graniu w cokolwiek pod kątem zawodowym, a czysto amatorskim. To jednak, że uprawiamy coś amatorsko, nie oznacza, że nie wymaga to zaangażowania. Świetnie pokazują to chociażby sportowcy, którzy regularnie po pracy zakładają buty do biegania, wskakują na rower albo idą do pobliskiej siłowni poprzerzucać trochę żeliwa. W sporcie czysto amatorskim wyniki i wewnętrzna satysfakcja jednak to jedno. Fajnie od czasu do czasu zostać w jakiś sposób nagrodzonym. Zawsze tak było i tak jest.
Mamy trzecią dekadę XXI wieku, Internet Rzeczy, platformy społecznościowe oraz… coraz większą liczbę wszelkiej maści „sportowych świrów” – co samo w sobie jest świetnym odbiciem od kanapowego życia. Według danych z MultiSport Index 2024 aż 64% badanych Polaków określiło się jako osoby aktywne fizyczne, przy czym 36% badanej grupy ćwiczy co najmniej raz w tygodniu. Delikatny trend zwyżkowy wciąż odbudowuje się pod pandemii i lockdownach, ale nie zmienia to faktu, że domorosłych sportowców w Polsce nie brakuje.
Łącząc te wszystkie trzy elementy powstaje nam przepiękny materiał na temat gamifikacji sportu. Bo skoro ktoś już z zaangażowaniem jakiś sport uprawia, to z pewnością sięga też po gadżety, które pomagają mu, trenować, rejestrować i analizować swoje postępy, a nawet dzielić się nimi ze znajomymi.
Nie oszukujmy się jednak – funkcje analityczne Stravy czy aplikacji Garmin Connect to rzecz niezmiernie ważna, szczególnie dla osób stawiających na progresowanie i stawanie się lepszym niż wczoraj. Dla niektórych jednak ważniejsze okazują się cyfrowe „kudosy” na Stravie, serduszka w aplikacji Garmina oraz różnego rodzaju odznaki za realizację danego celu albo pobicie swojego rekordu. Na tym właśnie polega gamifikacja aktywności fizycznej.
Czym jest gamifikacja?
Przywołane przeze mnie słówko może i brzmi nieco tajemniczo, ale jego pierwszy człon już zdradza pewne powinowactwo z grami. Zresztą inne określenie na opisywane zjawisko – grywalizacja – nawiązuje do tej sfery jeszcze jaskrawiej.
Gamifikacja to nic innego, jak wykorzystanie mechanizmów, zasad i technik znanych z tworzenia gier w sferach nie powiązanych z grami i rozrywką. I tak, Duolingo jest doskonałym przykładem tego, jak można wykorzystać elementy gier w nauce języków obcych. Z podobnych metod korzysta się w różnego rodzaju programach lojalnościowych.
Chodzi o to, aby dzięki elementom znanym ze świata gier zwiększyć zaangażowanie, motywację i efektywność, m.in. poprzez przyznawanie odznak, uczestnictwo w wyzwaniach i rankingach czy przyznawanie poziomów. W skrócie – twoje zaangażowanie ma stać się zabawą, w której chcesz dobrowolnie uczestniczyć. I zgarniać za to różnego rodzaju nagrody.
Trenuję żeby wygrać! (Niekoniecznie na zawodach…)
Sport, emocje, motywacja i rywalizacja zawsze szły i idą ze sobą w parze, nieważne czy mowa o sporcie zawodowym, czy amatorskim. Każdy ma swoją historię i swoje pobudki. Każdego napędza coś innego i inne wyniki dają finalnie satysfakcję. Jeden ucieszy się z samego faktu ukończenia półmaratonu w limicie czasowym, drugi będzie wściekły, gdy po tygodniach przygotowań jednak nie uda się pobić kolejnej życiówki.
Nie trzeba jednak jechać na zawody, aby w swojej dyscyplinie pokonywać bariery i zdobywać nagrody, bo te bardzo często dostarczają nam aplikacje pozwalające zapisywać i monitorować postępy, takie jak Strava czy Garmin Connect. W tym tekście oprócz nich przewinie się jeszcze popularny wśród kolarzy Zwift, z którego korzysta Monika, ale ja, jako biegacz, pozostanę przy tamtych dwóch.
Obie aplikacje działają niezależnie, ale można je ze sobą połączyć, dzięki czemu korzystający z urządzeń Garmina równolegle mogą opublikować swój trening na Stravie, która uchodzi za „Instagrama dla sportowców”. Kiedy już wszystko jest gotowe, danej aktywności można dać odpowiedni tytuł, dodać do niej jakąś notatkę, zdjęcia, a nawet oznaczyć sprzęt, z jakiego się korzystało – ja biegam, więc wpisuję swoje buty. Nie chodzi o reklamę, a raczej śledzenie kilometrażu. Nie pisałbym jednak o tych aplikacjach w kontekście gamifikacji, gdyby nie wyzwania, rankingi i różnego rodzaju opcje społecznościowe, które obecne są na wszystkich wymienionych platformach.
Strava i Garmin Connect nakarmią Twoje ego… i dadzą kopa do kolejnego treningu
Jeżeli ktoś ćwiczy siłowo, to fajnie jest widzieć i pochwalić się, że w ubiegłym miesiącu robiło się w martwym ciągu serię po 70 kg, a w tym już podchodzę pod 90 kg w najmocniejszym powtórzeniu. Trzy miesiące temu przebiegłeś pierwsze 5 km, a dzisiaj twój zegarek zarejestrował pierwszą „dyszkę”.
Oprócz tego, że to świetne wyniki same w sobie i każdy miłośnik potu i znoju powinien czuć wewnętrzną satysfakcję z tych osiągnięć, to i tak dopamina wydziela się szybciej, kiedy zobaczymy w aplikacji pod nowym wynikiem słowo REKORD albo PB (Personal Best). A gdy dodatkowo kolega z naszej sieci sportowych świrów dodatkowo skomentował, przybił wirtualną pionę, a na dodatek zakończyliśmy miesięczne wyzwanie w liczbie kroków i czasie spędzonym na aktywnościach fizycznych, to już mamy swoje małe święto!
Elementy skopiowane z social mediów oraz mechaniki znane z gier nie są w aplikacjach sportowych niczym nowym. Niemniej pragnę podzielić się w tym momencie tezą, że ich obecność jest korzystna dla obu stron – zarówno sportowca, jak i właściciela danej platformy. Ci pierwsi mają mocno połechtany ośrodek nagrody w mózgu, a ci drudzy – trzymają kolejnego użytkownika, a kto wie? Może i nawet subskrybenta, który zapłaci za dodatkowe opcje.
Trzeba wiedzieć, ze chociaż konta Stravy oraz Garmin Connect są darmowe, to jednak Strava sporą liczbę funkcji służących analizie treningu oraz gamingowo-społecznościowych chowa za modelem subskrypcyjnym, który lubi wciskać swoim użytkownikom przy każdej możliwej okazji.

Ale!
Jeżeli ktoś posiada zegarek lub opaskę z ekosystemu Garmina, to ma dostęp do wszystkich kluczowych statystyk w aplikacji Garmin Connect, bez żadnego paywalla, jak robi to Strava. Producent przygotował dodatkowo abonament Garmin Connect+ – w zasadzie do niczego nie potrzebny oprócz dostępu do kolejnych funkcji społecznościowych oraz wyzwań. Totalnie zbędny dodatek, ale być może ukryte za subskrypcją odznaki dodatkowo nakręcą do działania. Nie mnie oceniać.

Grasz w trening?
Mamy więc „znajomych” czy tam „obserwujących” oraz comiesięczne wyzwania maści wszelakiej. Coś dla rowerzystów, biegaczy, miłośników basenu, spacerów, amatorów pompowania bicepsa oraz tych co lubią wyginać się przy różnego typu asanach. Za ich realizację dostajemy różnego rodzaju wirtualne odznaki. Oprócz oczywiście poprawy funkcjonowania układu sercowo-naczyniowego, oddechowego oraz rozwoju różnych partii mięśni, uwzględniając tu nie tylko działanie hipertroficzne treningu, ale też poprawę siły i elastyczności mięśni. No i realizacji swoich celów. Nieważne, czy jest nim po prostu relaks i „odkurzenie głowy”, przesunięcie swoich limitów, czy przygotowanie się do ważnego startu.
Czy te odznaki są komuś potrzebne, tak wiecie – realnie? No oczywiście, że nie. Zarówno Strava, jak i Garmin Connect traktują je jako dodatek. Coś co ma motywować, pozwala śledzić swoje postępy, ale też… rywalizować z naszymi „znajomymi” – fajnie jest zobaczyć, że udało nam się ukończyć jakieś wyzwanie szybciej niż pozostali. W przypadku Stravy zdobyta odznaka widoczna jest nie tylko dla nas, ale też naszych obserwujących, więc tu jeszcze wyraźniej zaznacza się aspekt społeczno-rywalizacyjny.
No dobrze, trenujemy, zgarniamy odznaki, medale, kończymy wyzwania – znowu – jak w grach wideo. Branie udziału w wyzwaniach nie jest obligatoryjne… ale fajne! I mówię to z perspektywy osoby, która w zasadzie nie musi brać udziału w żadnym z biegowych wyzwań, żeby mieć motywację. Ale lubię widzieć, że w połowie miesiąca zrobiłem już wyzwanie „Przebiegnij 80,5 km” albo mam ponad połowę w „Czas na bieganie w xxx”, gdzie muszę mieć zarejestrowane w przeciągu danego miesiąca 10 godz. aktywności.



Zwift, czyli kręcę dla siebie, ale z innymi – Monika Kuklińska
Na jeszcze wyższy poziom gamingowości pozwoliła sobie wspomniana wcześniej platforma Zwift. Ale że ja rowerem to jeżdżę co najwyżej do sklepu i odwożę dziecko do przedszkola, to niech na jej temat wypowie się Monika.
Prawie trzy lata temu kupiliśmy z chłopakiem trenażer – urządzenie, które pozwala jeździć na własnym rowerze w domu. I szczerze? Gdyby nie Zwift i to, że od niedawna wkręciłam się w triathlon – co siłą rzeczy zmusza mnie do treningów w domu – trenażer pewnie skończyłby swój żywot, jak stepper, którego sprzedałam po trzech tygodniach pandemicznego „będę ćwiczyć codziennie”. Znam siebie – do ruchu w domu potrzebuję czegoś więcej niż tylko dobrego postanowienia.
I właśnie Zwift okazał się tym czymś więcej. Nie jest to zwykła aplikacja treningowa, ale platforma, która świadomie podkrada mechaniki z gier wideo – i robi to na tyle sprytnie, że zamiast myśleć „muszę zrobić trening”, myślisz „chcę go przejechać”. Levelujesz. Odblokowujesz sprzęt i stroje dla swojego avatara. Dostajesz nagrody po eventach, a po każdej jeździe aplikacja informuje, ile kawałków pizzy właśnie spaliłaś. To klasyczna grywalizacja: małe nagrody, które utrzymują motywację wtedy, gdy sama wola jest za słaba.
Drugim filarem jest jazda z innymi. Zwift to wirtualny świat, a jego sercem jest Watopia – fikcyjna wyspa z dziesiątkami tras, gdzie jeździ pewnie z 90% użytkowników. Są też realne miasta: Londyn, Paryż czy Nowy Jork. W każdej chwili na trasie są inni – możesz ich mijać, doganiać, dawać sobie „Ride On” w czasie rzeczywistym, czyli takie wirtualne „jedź, dasz radę”. Można umówić się na wspólny trening, każdy u siebie w domu, o dowolnej porze, bez względu na pogodę. Przebierasz się, wietrzysz pokój i jedziesz. Po co wietrzyć? Dla optymalnej temperatury (15 – 16 stopni Celsjusza) – nie da się ukryć, że jesienią, zimą i wiosną jest o to łatwiej niż latem.
Do tego eventy i wyścigi. Dla przykładu, ja niedawno brałam udział w jeździe z Lucy Charles-Barclay, multimedalistką w triathlonie. Przez godzinę można było dołączyć do wspólnej jazdy i zadawać pytania na żywo. A sam świat Watopii żyje własnym życiem i jest pełen easter-eggów: Mikołaje w grudniu, dinozaury nie wiadomo skąd, sezonowe niespodzianki – nawet przy włączonym Netfliksie i tak co chwilę zerkasz, co tam się dzieje na trasie.
Technicznie Zwift synchronizuje się z TrainingPeaks, więc trening zaplanowany przez trenerkę mogę po prostu „przejechać” w wirtualnym świecie zamiast wpatrywać się w suche liczby. Próbowałam innych aplikacji, ale zawsze mi coś nie grało. Zwift mi po prostu podpasował. Cena abonamentu boli (19,99 euro miesięcznie), ale nie ukrywam, że w mojej opinii marketing mają opanowany bezbłędnie i jest za co płacić. Zwift ma masę innych funkcji, których pewnie nawet nie odkryłam – korzystam z tego co lubię i jestem zadowolona. Treningi rowerowe w domu w sezonie jesienno-zimowym przestały być karą i to właśnie daje mi Zwift.

Paliwo dla treningu, czy oszukiwanie samego siebie?
Każdy, kto w miarę regularnie trenuje doskonale wie, że na pierwsze widoczne i mierzalne efekty często trzeba poczekać. Wymarzoną formę buduje się tygodniami pracy. Robienie plażowej sylwetki nie rozpoczyna się w po „majówce”, wbrew temu, co próbują nam wciskać niektórzy fit-influenserzy. Każdy kolejny trening to nie tylko dokładanie kolejnej cegiełki do swojej rosnącej formy, ale też pewien rodzaj satysfakcji. I tutaj niech każdy wpisze sobie, z czego czuje się najbardziej ukontentowany.
Jeżeli odpowiedziałeś sobie, że z kolejnego ukończonego wyzwania, nowego poziomu w apce albo możliwością pochwalenia się nowym wirtualnym trofeum wśród znajomych… to ekstra!
Prawdę powiedziawszy, nie widzę nic złego w tym trendzie. Gamifikacja treningów to coś, co może pomóc zbudować dobre nawyki, pomóc pokonywać swoje kolejne bariery i stawiać nowe cele. A celem niekoniecznie musi być progres – równie dobrze może to być po raz kolejny zrobienie tego samego wyzwania kolejny miesiąc z rzędu. Jeżeli więc na początku twoja motywacja pochodzi z zewnątrz – to nic. Grunt, żeby z czasem pochodziła od nas. Na szczęście nierzadko dzieje się tak samoistnie.
Wniosek nasuwa się sam: paradoksalnie, aplikacja ze smartfona może pomóc nam spędzać mniej czasu na gapieniu się w ekrany, a więcej się ruszać. Wszystko dzięki prostym, bądź co bądź, mechanizmom nagradzania. Nie takim prymitywnym, dopaminowym, bombardującym zmysły, jak to lubią robić chociażby shorty na TikToku albo niektóre gry mobilne.
Odroczona nagroda smakuje lepiej(?)
Mechaniki znane gier w odpowiedni sposób zaadaptowane do aplikacji z gatunku sport and fitness robią w przeciwieństwie do nich jedną ważną rzecz. Tam gdzie shorty i niektóre gry wideo bombardują zmysły ku chwale natychmiastowej gratyfikacji, aby przyciągać do ekranów i zatrzymywać przy nich jak najdłużej, tak Zwift, Strava, Garmin Connect i inne aplikacje sportowe uczą cierpliwości i systematyczności, a więc rzeczy bardzo ważnych w sporcie. Uczą, że każdy krok i każde powtórzenie się liczy – dosłownie i w przenośni. Przypomina o tym, że jeszcze chwila, jeszcze jeden trening i zdobędziesz wirtualny medal. Pomagają w prosty sposób określić długofalowy, ale cały czas wyraźnie widoczny cel i motywują do jego realizacji.
Wszelkiej maści trackery, smartbandy, zegarki oraz inne gadżety wraz z aplikacjami to dobry start pozwalający rejestrować naszą aktywność. Nie każdy chce od razu bić rekordy, ale spróbować zrobić te 300 tys. kroków w miesiącu to dobry start. Tak samo jak kilka godzin w miesiącu różnego rodzaju aktywności.
Sportowe FOMO, czyli kto polubił mój rekord?
Tak jak gamifikacja sama w sobie nie wydaje się stanowić zagrożeń dla większości osób, tak potencjalnym zagrożeniem może być czynnik społecznościowy. Z tej samej przyczyny, co w przypadku innych mediów społecznościowych – jeżeli już mamy jakąś sieć obserwujących nasze zmagania, to fajnie też dostać to serduszko czy „kudosa” albo przeczytać pochlebny komentarz na temat naszego osiągnięcia albo ostatniego treningu. A to z kolei może stać się jeszcze bardziej wartościową nagrodą. Nie sam trening, nie realizacja wyzwania albo osiągnięcia. Nie kolejny przebiegnięty kilometr i zaliczony podjazd. Ale to, ile dostaliśmy reakcji pod daną aktywnością.
Oczywiście, aby do tego doszło, należy mieć pewną liczbę znajomych w danej sieci. Z prostej przyczyny, nie będzie ich tyle, ile np. na klasycznych social mediach – Facebooku, Instragramie czy TikToku.

Ale sam przyznam się bez bicia, że nie raz sam łapałem się na tym, że chwytałem po smartfona tylko po to, żeby zobaczyć, kto docenił moje kolejne zmagania. Albo poczytać komentarze pod kolejną życiówką. A że posiadam konto na Stravie i na Garmin Connect, to wypadałoby odwiedzić oba ta miejsca. Następnie przeksrollować co tam u kolegów i koleżanek. I zostawić „kudosa” albo serduszko… Finalnie – miałeś poświęcić chwilę, a zrobiło się z tego parę ukradzionych minut. Osoby z syndromem FOMO – miejcie się na baczności.
Wystarczy jak raz wieczorkiem sobie zerkniecie, co tam na sportowych socialach, serio.




Dodaj komentarz