Mam wrażenie, że wokół sportowych smartwatchy powstała dziś jakaś dziwna spirala absurdu. Zaczyna się niewinnie: ktoś chce liczyć kroki, monitorować sen albo sprawdzać tempo podczas biegania. Super, mega pomocne. Potem jednak okazuje się, że „wypada” mieć Garmina za trzy tysiące złotych, najlepiej z pięcioma systemami GPS, analizą regeneracji, wykrywaniem zmęczenia lewej łydki i funkcją przewidywania, czy za trzy dni będziesz miał ochotę pobiegać.
Później patrzę na taką osobę z zegarkiem droższym niż rower, który robi trzy kilometry tempem spacerowym i wrzuca na Stravę wykresy wyglądające jak raport NASA. Super, profesjonalizacja, radujmy się. Nikt nikomu nie zabrania inwestować w swoją zajawkę. Ale… tak samo nikt nie zabroni mi zderzać drogich sprzętów z tańszymi, które też dobrze spełniają swoją rolę i – co być może najważniejsze – nie czynią z nas niewolników technologii.
Ja od kilku lat używam Amazfita T-Rex – tego pierwszego, z 2020 roku. Dostałem go od taty w prezencie i początkowo traktowałem raczej jako ciekawostkę niż sprzęt, który zostanie ze mną na długo. Dziś ten zegarek można kupić za około 300 złotych i wiecie co? Nadal kompletnie nie czuję potrzeby wymiany go na sprzęt za kilka tysięcy.
Amazfit T-Rex to mój Garmin, ale warty 300 zł
Nie twierdzę, że Garminy są złe. Absolutnie nie. To świetne urządzenia, które zachwala sobie kilku moich znajomych. Problem zaczyna się wtedy, gdy internet i media społecznościowe próbują wmówić ludziom, że bez nich nie da się „na poważnie” uprawiać sportu. A da się. I to spokojnie. Bez dodatkowego zera w historii płatności.
Zwracam na to uwagę, bo mam czasem wrażenie, że współczesny sport amatorski trochę odleciał. Dawniej człowiek szedł pobiegać, pojeździć na rowerze albo pograć w piłkę dla przyjemności. A nawet jeśli bardziej na poważnie, to wystarczył czas i GPS, żeby mierzyć formę. Dziś niektórzy bardziej analizują dane niż faktycznie trenują, ba, ludzie posiadający zegarki za grube tysiące potrafią poddać się ich planom, które rozpisują na bieżąco. Jakby sami nie potrafili ocenić własnego samopoczucia, poziomu zmęczenia, chęci – ot, tak tworzą się wspomniani już przeze mnie niewolnicy.

Tempo. VO2max. Obciążenie treningowe. Gotowość organizmu. Jakość snu. Strefy tętna. “Body battery”. “Recovery score”. Jeszcze chwila i zegarek będzie mówił, kiedy można zjeść kebaba. I nie, nie mówię, że takie bajery są czymś złym. Świetnie, że ten segment się rozwija, że nie tylko profesjonaliści mogą mieć dostęp do profesjonalnych narzędzi. Natomiast gdybyśmy wyliczyli, ile osób faktycznie korzysta z tych funkcji, a ile przepala potencjał zegarka po zakupowym szale i spełnieniu zachcianki, wyniki byłyby pewnie niekorzystne.
Bo prawda jest taka, że ogromna część ludzi aktywnych fizycznie wcale nie potrzebuje połowy tych funkcji. Moim zdaniem, jeśli nie przygotowujesz się do Ironmana albo nie walczysz o życiówkę na maratonie, naprawdę nie musisz wydawać 2-3 tys. zł tylko po to, żeby wiedzieć, co, jak i dlaczego.
Tani i pancerny. To już duży plus!
I właśnie tutaj cały na biało wchodzi Amazfit T-Rex. Pierwszy w serii był trochę takim “zegarkiem czołgiem”. Wielka koperta, masywny wygląd, militarna stylistyka i konstrukcja, która wyglądała tak, jakby spokojnie miała przeżyć upadek z rusztowania.
Coś w tym jest. Ten zegarek naprawdę trudno zajechać, a korzystałem z niego podczas biegania, jazdy na rowerze, spacerów po górach, grania w piłkę, treningów na zewnątrz, w saunie i basenie, i podczas zwykłego codziennego życia. Był ze mną w deszczu, śniegu, upale i… jeszcze nie był na pustyni, to muszę sprawdzić! W każdym razie: obudowa wielokrotnie obijała się o wszelkiego rodzaju ściany, framugi, stoły, sprzęt na siłowni, a mimo wszystko zegarek nadal działa.
To już samo w sobie jest dla mnie wartością większą niż połowa marketingowych sloganów, które widzę w segmencie smartwatchy premium. Ale najważniejsze jest to, że T-Rex wcale nie jest głupim zegarkiem, którego rola sprowadza się do bycia niezniszczalnym. Ba, za te kilkaset złotych dostajemy naprawdę sporo i rzekłbym, że nawet jak dla pół-profesjonalisty byłoby to wystarczające.

Co właściwie oferuje Amazfit T-Rex?
A teraz chciałbym coś dowieść. Skontrować ewentualną narrację o tym, że tani smartwatch do niczego się nie nadaje. No, nie, jest zupełnie inaczej. Dość powiedzieć, że T-Rex oferuje:
- pomiar tętna 24/7,
- monitorowanie snu,
- analizę jakości snu,
- liczenie kroków,
- pomiar spalonych kalorii,
- GPS,
- śledzenie aktywności sportowych,
- powiadomienia ze smartfona,
- monitoring stresu,
- fajną odporność na wodę,
- bardzo mocną baterię,
- kilkanaście trybów sportowych,
- pomiar aktywności w czasie rzeczywistym.
Część rzeczy wymaga podłączenia do aplikacji na telefonie, ale nawet w Garminach jest to potrzebne, jeśli w pełni chcemy wykorzystać potencjał zegarka. Tak czy siak, uważam, że tego typu lista funkcji dla większości ludzi jest absolutnie wystarczająca. Serio.
Kiedy idę pobiegać, chcę wiedzieć, jaki dystans zrobiłem, jakie miałem tempo, jakie było moje tętno. To samo, gdy jadę na rowerze lub chodzę po górach. Nie potrzebuję wykresu pokazującego, hmm, potencjalne zmęczenie organizmu na podstawie jakości oddychania podczas fazy REM. Naprawdę. Rozumiem tych, którzy uwielbiają takie niuanse, ale nie oszukujmy się – większość… ma to gdzieś.
A największy atut tego zegarka? Zdecydowanie bateria. W świecie smartwatchy bateria to często największy żart branży technologicznej. Bo wiecie, zdarzy się, że kupimy zegarek za trzy tysiące złotych, poużywamy go cały dzień z pełną gamą opcji, by potem codziennie wieczorem podłączać do ładowarki niczym smartfon sprzed lat. Słyszałem, że to się zdarza. Tymczasem Amazfit T-Rex potrafił działać kilkanaście dni na jednym ładowaniu, a to jest coś, co naprawdę zmienia komfort korzystania.
Szczerze mówiąc, rzadko myślałem o ładowaniu. Nie zabierałem nigdy żadnego kabla na weekendowy wyjazd. Nie stresowałem się, że podczas jednodniowej wycieczki w góry nagle padnie mi bateria. To jest jedna z tych rzeczy, których nie widać w specyfikacji, ale które w praktyce okazują się ogromną przewagą. To trochę jak sędzia na boisku piłkarskim – jeśli o nim zapominasz, znaczy to, że popisał się kapitalnym występem. I właśnie tak mam z T-Rexem.
Sport to nie konkurs sprzętowy
Inna sprawa, dość dla mnie zabawna, to pewnego rodzaju przekonanie, że im droższy sprzęt, tym bardziej profesjonalny staje się sport oraz jego “użytkownik”. Widzę to szczególnie w świecie biegania. Ktoś zaczyna robić treningi, pobiega kilka miesięcy, po czym internet przekonuje go, że potrzebuje:
- zegarka za 3000 zł,
- słuchawek za 1000 zł,
- pasa HR,
- specjalnych skarpet,
- aplikacji premium,
- zapasu żeli energetycznych.
A w międzyczasie okazuje się, że największym problemem nadal jest kondycja czy braki motoryczne, bo ktoś nie nauczył się techniki lub nie dołożył ważnego treningu siłowego. Choć to i tak mniejszy absurd niż kupowanie butów biegowych za 1000 zł, z karbonem i piankami, które nie są dostosowane dla amatorów. Garmin krzywdy nie zrobi, a droższe buty nieadekwatne do niższego poziomu biegacza, nie wykręcającego na dłuższym dystansie tempa 4:00/km i poniżej – jak najbardziej.
I owszem, zawsze powiem, że dobry sprzęt potrafi pomóc, co sam widzę po swojej największej pasji, jaką jest piłka nożna. Do tego sam lubię technologie i różne gadżety, choć nie gonię za każdą nowością. Ale czasem myślę, że współczesny sport amatorski za bardzo zamienia się w pokaz sprzętu.
Tym samym ci “normalsi” – w zwykłych ubraniach, ze zwykłym zegarkiem – wyglądają jak kosmici, a nie na odwrót. Wobec tego dałbym pewien apel, jako biegacz-amator z tempem 4:40 na 10 km – moi drodzy, trochę więcej “prostackiego biegania” i nauki własnego ciała, a trochę mniej uzależniającego i często zamykającego horyzont analizowania wykresów. Trudno na tym stracić. Zapewniam.

Czy Garmin jest lepszy? Na pewno
Żeby była jasność: sportowe Garminy są świetne. Mają dokładniejsze czujniki, bardziej rozbudowane funkcje, lepsze analizy treningowe i po prostu potężne możliwości dla osób, które naprawdę mocno siedzą w sporcie. Jeśli ktoś trenuje regularnie pod zawody, analizuje każdy trening i realnie wykorzystuje każdy cal Garmina – super. Taki sprzęt ma sens i nie będę robił z siebie cymbała, mówiąc, że nie. Jeden z moich kolegów to ma, dał mi na jednodniowy test, więc wiem, o czym mowa.
Problem jednak pojawia się wtedy, gdy kupowanie drogiego smartwatcha staje się… czymś wymuszonym. Jakby z myślą, że bez Garmina nie da się fajniej biegać i skoro bardziej zaawansowany kolega ma, to ja też muszę. A przecież, powtórzę, ogromna część użytkowników wykorzystuje może 50% możliwości takich urządzeń. Wiecie, to trochę jak kupowanie gamingowego komputera za 15 tysięcy złotych do grania w Football Managera. Można? Można. Tylko po co?
Pod tym względem T-Rex nauczył mnie jednej rzeczy. Żeby doceniać, co się ma, i wyciskać maksimum potencjału z tańszego sprzętu. Cieszy mnie też to, że mój zegarek przez te wszystkie lata po prostu działał. Bez wielkiej filozofii, ale nie zawodził. Nie próbuje być trenerem personalnym, psychologiem sportowym i analitykiem wydolności w jednym. To trochę paradoksalne, ale właśnie dzięki temu korzysta mi się z niego tak dobrze. A może też dlatego, że włącza mi się boomer? Jakiś stary dziad, który marudzi na nowe technologie?
No, nie, aż tak bym nie przesadzał! Moim zdaniem technologia czasami jest najlepsza wtedy, gdy po prostu nie przeszkadza. Nie wysuwa się na pierwszy plan i nie sprawia, że właśnie jej muszę dyktować własne funkcjonowanie.

Czy kiedyś kupię coś droższego?
Może. Nie mówię, że nigdy nie kupię Garmina, Polara, Corosa, Suunto albo innego zaawansowanego smartwatcha. Możliwe, że kiedyś będę bardziej siedział w bieganiu, zacznę robić dłuższe dystanse albo po prostu będę chciał bardziej rozbudowanych analiz. Zwłaszcza że jestem człowiekiem, który lubi liczby. Zarówno w growych statystykach (stąd zamiłowanie do sieciówek), jak i w sportach.
Z tym, że dziś naprawdę nie czuję takiej potrzeby. Gdybym miał wybierać, na co wydać tysiące złotych, akurat zegarek lądowałby daleko na liście zachcianek. I chyba właśnie to w pewnym sensie jest największy komplement dla Amazfita T-Rex. Bo skoro zegarek za około 300 złotych od kilku lat skutecznie spełnia moje potrzeby między innymi podczas biegania, jazdy na rowerze i grania w piłkę, trudno mi wmówić, że “muszę” kupić coś dużo droższego. Marketingowe sztuczki na mnie nie działają i znam wartość tego, co mam.
Poza tym sport nadal powinien być przede wszystkim o ruchu, a nie o cenie gadżetów na nadgarstku. A czasami, nawiązując do tytułu tego tekstu, mam wrażenie, że wielu ludzi bardziej kolekcjonuje takie rzeczy niż faktycznie ciężko trenuje. Wtedy naprawdę trudno nie pomyśleć: “więcej sprzętu niż talentu”.




Dodaj komentarz