Po fabularnej klęsce, jaką okazała się nieszczęsna Wonder Woman 1984, trochę się obawiałem, że solowy film o Czarnej Wdowie okaże się równie niedorzecznym i zasadniczo zbędnym dodatkiem do konkurencyjnego dla “dzieła” Patty Jenkins komiksowego cyklu Marvel Cinematic Universe. W dodatku, z powodu koronawirusowych utrudnień, Czarna Wdowa do kin trafia ponad rok po pierwotnie planowanej premierze, co sprawiło, że w międzyczasie mieliśmy okazję bawić się przy innym akcyjniaku ze szpiegowską nutą (tyle, że w odcinkach), czyli Falconie i Zimowym Żołnierzu. I o ile Falcon wziął się za bary z ideą BLM, tak w Czarnej Wdowie nie sposób nie zauważyć pokłosia ruchu #MeToo. Mimo tego, Czarna Wdowa nie zapomina, że jest częścią filmowego cyklu, którego głównym zadaniem jest dostarczanie lekkiego, choć dobrze napisanego i zagranego, kina rozrywkowego. I zarówno reżyserka, Cate Shortland (Salto, Syndrom berliński), jak i scenarzysta, Eric Pearson (Thor: Ragnarok, Godzilla vs Kong – to ten film miał scenariusz? Kto by pomyślał…), mają prawo być ze swego dzieła dumni.

Zacznijmy jednak od fabularnych ram – ostatecznie osoby pamiętające Avengers: Endgame, które nie śledzą każdego doniesienia na temat MCU, mogą się słusznie zastanawiać, jakim cudem Czarna Wdowa znów wkracza do akcji? Otóż, nie licząc dramatycznego prologu, akcja filmu osadzona jest tuż po wydarzeniach z Kapitan Ameryka: Wojna Domowa – czyli jeszcze przed atakiem Thanosa. Ta wyjątkowo udana odsłona MCU zakończyła się w dość traumatyczny sposób – nasi herosi wzięli się za łby, część niepokorna siedzi właśnie w podwodnym więzieniu Raft, skąd niebawem wyciągnie ich Kapitan z pomocą Nataszy, a część pokorna liże rany na ciele i honorze. Czarna Wdowa po zmianie stron i zepsuciu dnia księciu T’Challi (czy raczej uchronieniu go przed pomszczeniem ojca na niewłaściwej osobie) wykorzystała właśnie swe nieprzeciętne szpiegowskie talenty do zniknięcia wszystkim z radarów, by znaleźć choć moment na oddech – i w tym właśnie momencie dopadnie ją jej przeszłość w postaci tajemniczej przesyłki od dawno niewidzianej przyrodniej siostry.

 

 

Uczciwie muszę przyznać, że z racji położenia Czarnej Wdowy na znanej nam linii czasowej MCU, nie jest to część, której znajomość jest absolutnie konieczna, by w pełni docenić złożoność tworzonego od 2008 roku komiksowo-kinowego uniwersum. Z drugiej jednak strony, w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że jest to film będący jedynie pretekstem do wyciągnięcia fanów MCU i/lub Scarlett Johansson z domów i skasowania ich za bilet. Fabularnie film jest sklecony naprawdę zgrabnie, a okazja do ambitniejszego poznania przeszłości odzianej w czerń bohaterki przekłada się na dwie godziny solidnego kina akcji w wersji light. Ostatecznie o filmowej Czarnej Wdowie do tej pory nie wiedzieliśmy zbyt wiele, choć pewne kwestie na moment wypłynęły chociażby w pierwszych Avengersach – uwięziony na pokładzie latającego lotniskowca S.H.I.E.L.D. Loki próbował złamać ducha Nataszy wyciągając enigmatyczną (i najwyraźniej traumatyczną) historię o córce Dreykova, a Burton wspominał o ich wspólnej akcji w Budapeszcie. Teraz w końcu będziemy mogli dowiedzieć się więcej na temat tamtych wydarzeń i jednocześnie odkryć, że Natasza nieco przesadzała ze swymi deklaracjami, że Avengersi byli jej jedyną rodziną.

 

 

Warto tu także zaznaczyć, że Czarna Wdowa nie jest widowiskiem równie pompatycznym i epickim jak Avengers: Wojna Nieskończoności czy Endgame i stawką nie są tu losy całego wszechświata. Jeżeli więc nie macie ochoty na widowisko, w którym nordyccy bogowie, chodzące drzewa i gadające szopy ścierają się z trzymetrowym, fioletowym złodupcem wyposażonym w artefakty o kosmicznej potędze, to bez obaw – Czarna Wdowa trzyma się zdecydowanie bardziej przyziemnych klimatów i bliżej jej do Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz, niż wspomnianych trzygodzinnych molochów. Największą egzotyką będzie tu złowrogi Taskmaster, który jak jego komiksowy pierwowzór, dysponuje niesamowitą pamięcią mięśniową, pozwalającą natychmiastowo przyswajać oraz kopiować ruchy i akrobacje podpatrzone u innych – od Kapitana Ameryki, przez Czarną Panterę, po Hawkeye’a.

 

 

Ale nie sam Taskmaster będzie nam tu mącił, gdyż głównym adwersarzem Nataszy będzie generał Dreykov i kontrolowana przez niego organizacja Czerwony Pokój, czyli szkoła dla Czarnych Wdów. To właśnie treningowi w Czerwonym Pokoju Natasza zawdzięcza swe umiejętności, traumatyczną młodość i bezpłodność. A żeby całości dodać nieco bardziej zwichrowanego charakteru, to Dreykov (świetny Ray Winston) wygląda niczym bliski kuzyn Harveya Weinsteina, a jego niecny plan można zamknąć w zdaniu: “Jest jeden zasób naturalny na tym świecie, którego nigdy nie zabraknie – porzucone i niechciane dziewczynki”. Na nich właśnie Dreykov od lat buduje swoją potęgę i dlatego Natasza zrobi wszystko by go powstrzymać.

Reszta obsady także wypada znakomicie. Scarlett Johansson nie raz i nie dwa udowodniła, że do zakresu jej scenicznych umiejętności nie należą wyłącznie imponujące szpagaty i akrobacje – a po Jojo Rabbit mój szacunek względem tej aktorki wzrósł kilkukrotnie. Jej patchworkowa rodzina także może się pochwalić znakomicie dobranym castingiem. Towarzysząca jej przez niemal cały film Florence Pugh (Yelena) w niczym nie ustępuje swej starszej siostrze: uroda, żywiołowość, charyzma i cięta riposta – wszystko na swoim miejscu. Znany chociażby z serialu Stranger Things David Harbour idealnie wpasował się w postać pastiszowej wersji Kapitana Ameryki, w którego żyłach płynie bimber, gęsi smalec i przekonanie o własnej zajebistości. A wciąż piękna Rachel Weisz udowadnia, że choć od premiery Mumii minęły 22 lata, to nawet w zgrzebnym kombinezonie roboczym rodem z PRL-u można przyciągać wzrok charyzmą i zaangażowaniem w rolę.

Oczywiście, jak na film akcji przystało, na ekranie dzieje się sporo i sceny walk, pościgów i szeroko rozumianej rozwałki cieszą oko. Szczególnie wrażenie robią tu spotkania ze wspomnianym Taskmasterem, które może nie są przesadnie długie, ale wypadają zaskakująco brutalnie, a fanboje MCU będą mieć dodatkową radochę z rozpoznawania zapożyczonych przez niego ruchów.

Reasumując – Czarna Wdowa to świetny pretekst na rozpoczęcie niemal-post-covidowego sezonu kinowego i na pewno warto ją zobaczyć na dużym ekranie.

PS. Tak, jak marvelowska tradycja nakazuje, jest i scena po napisach.