Rok 2020 to rok-mem. Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Niedogotowany nietoperz (o ile jest to prawdziwa wersja wydarzeń) nieźle nas urządził. Tajemniczy (chociaż coraz mniej) koronawirus i decyzje wprowadzone w krajach niemal całego świata w celu zwalczania skutków panoszenia się choroby oznaczonej jako COVID-19 rozwaliły znany nam porządek świata w dość szybkim czasie. Kwarantanny, lockdowny, ograniczenia w przemieszczaniu się, zamknięte lasy(!), restauracje, puby, kina, teatry, siłownie, baseny, odwołane imprezy i koncerty. Nawet na bliskich zaczęliśmy patrzeć podejrzliwie i dość skutecznie obrzydzono nam nawet wyjścia do przysłowiowej cioci na imieniny.

Okazało się jednocześnie, że 2020 to istny raj dla zapalonych graczy – nawet nie trzeba było nikomu się tłumaczyć, dlaczego siedzimy w domu. Ba! Było i jest to nawet traktowane jako pożądana postawa obywatelska. Nikt też jakoś specjalnie nigdzie nikogo nie zapraszał i na siłę nie wyciągał. Więc skorzystać z takiej sposobności było nie sposób. Tym bardziej, że deweloperzy na miniony rok przygotowali parę całkiem przyjemnych propozycji na spędzenie ewentualnej kwarantanny lub czasu wolnego.

Nie będę robił jakiegoś rankingu najlepszych czy najgorszych produkcji, bo szczerze powiedziawszy, mimo tych jakkolwiek sprzyjających warunków zbyt wielu tytułów w tym roku nie zaliczyłem. Powód? Ogrywanie produkcji, których przejście zajmowało najczęściej kilkadziesiąt godzin. A że z walką o wolny czas, nawet w sytuacji, w której się znaleźliśmy w tym roku, już nie tak łatwo i nie jestem z tych, co to lubi na przykład urządzać nocne maratony albo przechodzić gry „po łebkach”, to się trochę to wszystko przeciągało.

Zestawienie ułożone jest w porządku (mniej-więcej) chronologicznym

 

Red Dead Redemption 2

Prawdziwy gracz, ale wiecie – taki ultra „true”, taki sułtan klawiatury i myszki, nie kupuje gier na premierę. Nie kupuje preorderów. Czeka na pierwsze patche, bo te zawsze krótko po premierze się pojawiają. Dlatego na ogranie RDR2 poczekałem do początku 2020 roku. Po pierwsze dlatego, że w lutym w moim domu pojawił się pecet z RTX-em 2060 Super i Ryzenem 5 3600, a po drugie – Rockstar zdążył poprawić optymalizację gry. Czy warto było poczekać? Bez cienia wątpliwości – było.

 

 

Bez zbędnej przesady mogę powiedzieć, że Red Dead Redemption 2 to jedna z najlepszych produkcji, w jakie grałem w całym swoim życiu, a za wydanie jej na PC Rockstarowi należy się miejsce w gamingowym niebie. Nie wiem, czy takie istnieje, niemniej zasłużyli. Rockstar stworzył nie tylko dojrzałą i emocjonalną historię Arthura Morgana i gangu Dutcha van der Linde, ale też wykreował niesamowicie wiarygodny obraz Stanów Zjednoczonych końcówki XIX wieku. Wszystko uzupełniają kapitalnie napisane postacie, liczne wątki poboczne i… wątpliwości Arthura i bohaterów gry co do przyszłości i zmieniającej się epoki. Epoki, w której dla gangów przemierzających Stany Zjednoczone w poszukiwaniu sławy, nowych łupów i uciekających przed coraz liczniejszym zastępem stróżów prawa, po prostu nie będzie miejsca.

Sama opowieść została poprowadzona w sposób mistrzowski, przypominający swoim tempem „spaghetti westerny” w swojej klasycznej formie – bardzo powolne zawiązanie akcji i jej przebieg i nagle BUM! Fabuła zaczyna pędzić do przodu niczym spłoszony wystrzałem rewolweru mustang. Mało tego, zaczyna angażować w taki sposób, że kolejne akty gry przechodzi się z coraz to bardziej rozwartą szczęką. Pod kątem treści RDR2 również nie odbiegało od materiałów źródłowych – napady na pociągi i dyliżanse, pojedynki rewolwerowców, motyw zemsty, Indianie, rabunki i bójki pod drzwiami saloonu, strzelaniny, oswajanie dzikich koni i polowania. Wszystko przeplatane powolniejszymi momentami, kiedy to niespiesznie przemierzamy równiny obserwując pasące się niedaleko stado bizonów, łowiąc ryby czy wysłuchując świetnie napisanych i zagranych dialogów toczących się między naszym bohaterem a towarzyszami podróży.  

Można się długo rozpisywać na temat treści Red Dead Redemption 2 oraz wszelkich detali. Kilkanaście różnych (nie tylko z wyglądu, ale też z zachowania i właściwości fizycznych) gatunków koni? Proszę bardzo. Dostęp do wiernie odwzorowanego arsenału broni z epoki? Naturalnie jest! Satysfakcjonująca mechanika polowania, gdzie każde zwierzę ma własną animację skórowania, łowienie ryb, gdzie trzeba zwracać uwagę na rodzaj zanęty oraz tak holować zdobycz do brzegu, żeby nie zerwać linki, konieczność czyszczenia broni, mycia się i golenia (NPC-e naprawdę reagują na to, jak wyglądamy), budowanie więzi z koniem… Uwierzcie – temat mechanik głównych i pobocznych, poziom ich dopracowania i nasycenia szczegółami i smaczkami mógłby być tematem na osobny artykuł.

Koniec końców na Red Dead Redemption 2 zeszło mi ponad 70 godzin. Przez cały ten czas nie uświadczyłem nudy ani poczucia, że gdzieś coś „chrupie” w tej produkcji. Jeżeli więc szukacie dojrzałej, dopracowanej gry, ze świetną fabułą, piękną grafiką oraz niesamowicie klimatyczną ścieżką dźwiękową („That’s the way it is” od Daniela Lanoisa, „Unshaken” w wykonaniu D’Angelo oraz „Mountain hymn” od Rhiannon Giddens to prawdziwe perły soundtracku, szczególnie jeżeli znamy cały kontekst historii), to serdecznie polecam.

 

 

Doom Eternal

Doom z 2016 roku był szalony. Krwawy, piekielnie (hehe) szybki, zręcznościowy i satysfakcjonujący. Natomiast Doom Eternal, będący kontynuacją reaktywowanej serii – był ze wszech miar bardziej. Bardziej pokręcony i krwawy, jeszcze szybszy pod kątem rozgrywki, z bogatszym arsenałem broni, genialnym soundtrackiem, oryginalnym i niewymuszonym poczuciem humoru, masą „znajdziek” i sekretów poukrywanych na świetnie zaprojektowanych mapach. Id Software wzniosło się na wyżyny i podarowało graczom grę-marzenie dla każdego miłośnika szybkich FPS-ów, egzorcyzmowania za pomocą miotacza płomieni, pięści i wyrzutni rakiet oraz innych mniej lub bardziej wymyślnych środków przymusu bezpośredniego.  

I właściwie tyle powinno wystarczyć za reklamę nowego Dooma.

 

 

To bez wątpienia jedna z najbardziej satysfakcjonujących pierwszoosobowych strzelanek w jakie kiedykolwiek grałem, a na pewno najbardziej dynamiczna, i z pewnością do tego tytułu jeszcze wrócę.

Warto też nadmienić, że Doom Eternal stał się bodaj największym pechowcem 2020 roku, jeżeli mamy na niego patrzeć przez pryzmat branży gier wideo. Produkcja od id Software miała pecha, że pojawiła się w tym samym sezonie co Ghost of Tsushima, The Last of Us: Part II, Death Stranding, Hades oraz Final Fantasy VII Remake. To właśnie te produkcje często zgarniały liczne nagrody, w tym Gry Roku, sprzed nosa Doom Guy’a zostawiając ewentualnie „nagrody pocieszenia” w postaci uznania dla ścieżki dźwiękowej stworzonej po raz kolejny przez Micka Gordona.

 

Call of Duty: Modern Warfare oraz Warzone

Za namową dwóch znajomków sięgnąłem po pierwsze Call of Duty od czasu Modern Warfare 2 z 2009 roku. Nowy CoD nie tylko wypełnił dziurę pod RDR2Doomie Eternal, ale też Battlefield V, w którego najzwyczajniej w świecie odechciało mi się grać. No i Cyberpunk 2077 został przesunięty na jesień, więc tym bardziej zdecydowałem się na zainstalowanie Warzone, czyli battle-royale rozgrywające się w odświeżonym uniwersum cyklu Call of Duty: Modern Warfare.

Co tu dużo mówić? Nie sądziłem, że aż tak mocno wkręcę się po tylu latach w multi od Blizzard-Activision. I tak jak tryb wieloosobowy z meczami typu Drużynowy Deathmatch, Znajdź i Zniszcz, Capture the Flag czy Dominacja nie jest niczym specjalnie oryginalnym, to dzięki sporej dynamice rozgrywki, świetnie wykonanym modelom broni, które można swobodnie modyfikować, oraz towarzystwu znajomych rozgrywka była niekiedy wręcz uzależniająca.

A Warzone? Typowa patologiczna relacja typu „love-hate”. Z jednej strony to pierwszy battle-royal, który zatrzymał mnie na dłużej niż tydzień. Activision miało pomysł na odświeżenie formuły BR i finalnie wypadło to naprawdę dobrze. Starcia solo lub drużynowe na ogromnej mapie fikcyjnego Verdańska, 150 graczy, tylko jeden (lub jedna drużyna) może wygrać. Właśnie – drużyna. To właśnie gra ze znajomymi daje najwięcej frajdy. Każdy mecz jest właściwie niepowtarzalny i nie zawsze da się stosować wypracowane taktyki.

 

 

Ale Warzone, chociaż wciąga jak grząskie bagno, posiada też wady sprawiające, że jeden z moich towarzyszy broni musiał dwukrotnie wymieniać blat biurka. Szanowna małżonka zaś nie raz wchodziła do mojej domeny samczego prymitywizmu pytając, czy mógłbym przeklinać ciszej, bo akurat bierze udział w ważnej wideokonferencji. Po niemal każdej większej aktualizacji pojawiały się (i właściwie wciąż się pojawiają) problemy z serwerami (lagi, wysoki ping, wyrzucanie z serwera), wywalaniem gry do pulpitu czy złym balansem broni, przez co pół serwera biegało np. ze strzelbą, z której można było korzystać jak… ze snajperki. Plaga graczy stosujących „cheaty” w postaci wall-hacków (możliwość widzenia przeciwników przez ściany) oraz aim-botów (automatyczne nakierowanie celownika na przeciwnika, najczęściej jego głowę) także potrafiła napsuć krwi. Ale mimo tych bolączek – Warzone bawił. I bawi do teraz.

Na chwilę obecną Warzone połączył się z najnowszą odsłoną Call of Duty: Black Ops Cold War. Pojawiły się nowe bronie, nowi operatorzy oraz misje i wyzwania, więc do roboty jest masa rzeczy! Oczywiście w Warzone wciąż można traktować jako samodzielny dodatek oraz uruchamiać go z poziomu Call of Duty: Modern Warfare.

 

 

Mafia: Definitive Edition

„Jaka to melodia” – Mafia Edition.

Tyry ty ty ty tyry

Tyry ty ty ty tyry

Tyry ty ty ty tyry

Tyry ty ry ty ty!

Osoby, które ogrywały pierwszą Mafię raczej nie będą miały problemu zgadnąć, o jaki utwór chodzi. A ci, którzy w klasyczną Mafię nie grali niech wyszukają sobie utworu Django Reinharda pt. Belleville. Ileż to razy będąc nastolatkiem przemierzałem w growym odpowiedniku Forda T ulice Lost Heaven słuchając tego utworu? Szkoda tylko, że w remake’u go zabrakło…

Do rzeczy – Mafia: Definitive Edition drżałem od momentu, jak tylko pojawiły się wzmianki o jego produkcji. Nie dość, że zajęło się nim studio Hangar 13, które „wsławiło się” pracą nad średnio udaną Mafią 3, to „jedynka” wciąż jest jedną z moich ulubionych gier młodości. To pieczołowicie wyreżyserowana historia „od zera do bohatera” z akcją osadzoną w gęstej atmosferze Stanów Zjednoczonych lat 30’ XX wieku. Tyle tylko, że z tym „bohaterem” to tak średnio, bo w sumie to będziemy zwalczać członków konkurencyjnej rodziny, szmuglować wódę, podkładać świnie (albo dynamit) wszelkiej konkurencji czy pozbywać się niewygodnych polityków.

 

 

Mafia: Definitive Edition okazała się świetnym odświeżeniem klasyka. Gra została stworzona od podstaw, zachowując w całości klimat oraz fabułę oryginału. Historię spotkały tylko niewielkie modyfikacje – jedne misje trochę poszerzono, w innych wycięto zbędne dłużyzny. Gra na tym zabiegu nie straciła w żaden sposób. Do tego doszedł zupełnie nowy, bardziej współczesny, model strzelania  z chowaniem się za osłonami. A miasto Lost Heaven, w całości przeniesione na nowy silnik graficzny, wygląda pięknie.

Kto grał w klasyczną Mafię, powinien jej nową wersję ograć. To doświadczenie podobne do tego, jakie towarzyszy przy spotkaniu ze starym znajomym. A kto nie grał w oryginał z 2002 roku i nie zna historii Toma Angelo i mafijnej rodziny pana Salieri, to powinien tę zaległość nadrobić.

 

Assassin’s Creed: Valhalla

Nie będę w tym momencie robił z siebie takiego alternatywnego free-thinkera, co to był odporny na kuszenia marketingu i obietnic CD Projekt RED. Oczywiście, że jesień była zarezerwowana na Cyberpunka 2077. Ale kolejna nieoczekiwana (chociaż, czy na pewno?) zmiana daty premiery sprawiła, że pomiędzy 19 listopada a 10 grudnia zrobiła mi się dziura. Owszem, wciąż naparzałem w tym czasie w Warzone, ale brakowało mi jakiejś fabularnej odskoczni.

No i w tym momencie z ratunkiem przychodzi Ubisoft i kolejny reskin… to znaczy – nowy Asasyn. No i co? No i to, że gra, chociaż w głównej mierze oparta na mechanikach z AC: OriginsAC: Odyssey, to jednak nie okazała się typowym odgrzewanym kotletem. Albo inaczej – to wciąż kotlet, ale tym razem został przyprawiony jakoś smaczniej i otrzymał nową, bardziej chrupiącą panierkę. A i mięsko jakoś lepiej dopieczone się okazało.

 

 

Origins był świetny (starożytny Egipt!), Odyssey mi się podobał, ale jednocześnie strasznie się dłużył. Strasznie. A Valhalla? Tym razem Ubisoft opuścił epokę starożytną i wkroczyliśmy razem z nim w okres cholernie burzliwy – wczesne średniowiecze. A żeby było jeszcze śmieszniej (i bardziej krwawo), to trafiliśmy do podzielonej na kilka pomniejszych królestw Anglii w IX wieku. Do okresu wojen albo co najmniej niesnasek pomiędzy poszczególnymi królestwami i… najazdów Wikingów, którzy nadali lokalnym sprzeczkom dodatkowego kolorytu. A że był to głównie kolor krwistej czerwieni oraz łuny gorejących dachów to już inna sprawa.

Valhalla jest mroczna i ponura. Brudna i surowa, jak pierwsze angielskie miasta powstałe na ruinach rzymskich ośrodków. Brutalna, jak na standardy ubisoftowej serii o walce bractwa Ukrytych z tymi drugimi – jeszcze Zakonem Starożytnych, ale już niedługo – Templariuszami. Posoka tryska z odciętych kończyn i ściętych łbów pechowców, którzy weszli w drogę nam i naszemu klanowi, a klasztory i małe kolonie płoną, bynajmniej nie miłością do nowo przybyłych Normanów.

Największe atuty? Całkiem ciekawa i rozbudowana historia, przyjemne wątki poboczne, wreszcie brak zbierania złomu, soczysty system walki, kolejny raz rozwinięte i poprawione elementy RPG oraz charyzmatyczny bohater/bohaterka. Do tego dochodzi piękna i klimatyczna oprawa graficzna oraz ścieżka dźwiękowa przygotowana przez Jespera Kyda, Sarę Schachner oraz Einara Selvika z folkowej grupy Wardruna. Wada? Jeżeli poprzednie „Asasyny” nie trafiły w Wasze gusta, to i Valhalla może mieć z tym problem. Ja bawiłem się świetnie przez ponad 90 godzin. W mojej opinii – to najlepszy z „nowych” Asasynów.

 

 

Cyberpunk 2077

No oczywiście, że odpaliłem grę na premierę! No i po 20 godzinach na razie Cyberpunkowi podziękowałem. Żeby było jasne – wykreowany świat mi się podoba, różnego rodzaju zadania główne i poboczne także. Gra posiada rozwiązania trafione i te trochę mniej, ale generalnie trzyma się kupy, jest spójna i obfita w treść. Ale cały czas nie mogłem oprzeć się odczuciu, że gram w produkt niedokończony, a niektóre występujące błędy i bugi pokazywały w jak słabym stanie technicznym znajduje się gra i ile pracy czeka jeszcze CD Projekt RED, zanim Cyberpunk 2077 stanie się produkcją, jaką powinien być na premierę. I na jaką był kreowany przez rozbuchany do granic marketing. Chcę się tą historią cieszyć, a nie ukończyć z poczuciem niedosytu i lekkiego rozczarowania.

 

 

Nie ma sensu w tym momencie silić się na studium przypadku jakim jest Cyberpunk 2077 – Internet po 10 grudnia dość szybko wypełnił się tego typu publikacjami. Premiera była chyba jedną z najgłośniejszych w historii branży gier i to nie tylko dlatego, że CP2077 był produkcją długo wyczekiwaną. Megaprodukcja twórców obsypanego nagrodami Wiedźmina 3: Dziki Gon okazała się jednocześnie produkcją świetną… i rozczarowującą. Ogromny i złożony świat robi wrażenie, jednocześnie bijąc po oczach błędami i glitchami, jakie można akceptować w grach na etapie wczesnego dostępu, ale nie megaprodukcji w dniu premiery. Zaś posiadacze konsol PlayStation 4 oraz Xbox poprzedniej generacji mieli prawo poczuć się najzwyczajniej w świecie oszukani przez CD Projekt RED, za co studio zresztą przeprosiło, posypało głowy popiołem i w porozumieniu z Microsoftem i Sony pozwoliło na zwrot gry, a nawet… wycofanie gry ze sklepu PlayStation Store z powodu uznania produktu za wadliwy.  

Chociaż CD Projekt RED zaczął „łatać” Cyberpunka zaraz po premierze, ja zdecydowałem się poczekać chociażby do pierwszej z dużych aktualizacji. Ta została zapowiedziana na styczeń (raczej druga połowa miesiąca), a druga – na luty. Mam nadzieję, że ten pierwszy update wniesie naprawdę sporo poprawek i sprawi, że będę chciał zanurzyć się w świecie Cyberpunka ponownie, tym razem tak porządnie. A już te pierwsze godziny pokazały mi, że wsiąknę na pewno.

Do tematu Cyberpunka 2077 zresztą na pewno jeszcze powrócę, ale w osobnym tekście.

 

Fot. główna: unsplash.com