2007 rok, 31 grudnia, Sylwester z Polsatem. W dużym pokoju rodziców, gdzie stało też biurko z komputerem taty, oglądaliśmy koncerty wówczas największych muzyków w Polsce. Robi się później, jest chyba po 23:00, tata postanawia odpalić maszynę, żeby chwilę rozerwać się przy jednej z gier i – jak miał w zwyczaju – pokazać mi co nieco. Lubiłem to. Patrzeć zza jego ramienia, jak ogrywa różnej maści strzelanki, które w tamtych czasach dało się wyłapać z kiosków w gazetkach gamingowych za 5 czy 10 zł. To były czasy! Ale wtedy było inaczej – wtedy tata wyciągnął na wierzch grubą rybę w pięknym, lśniącym pudełku. Z napisem: Call of Duty 4: Modern Warfare.
Nie był to pierwszy raz, bo gra miała premierę w listopadzie. Ale właśnie wtedy, w noc sylwestrową, po raz pierwszy w życiu dane mi było zagrać na komputerze w cokolwiek, co nie było bajkową grą w Reksia na komputerach w przedszkolu. To – swoją drogą – było rarytasem wyłącznie dla dzieci wykazujących się dobrym sprawowaniem (u mnie podobno rzadkość). Wyobraźcie sobie zatem, jakie były moje emocje, kiedy tata powiedział “Masz, pochodź sobie chwilę, postrzelaj”. Nie powiem wam, ile to trwało. Czy 5 minut, 10, a może 30. Nie pamiętam. Najważniejszy był jednak fakt, że tak zaczęła się moja przygoda z serią Call of Duty.
Przygoda odziedziczona po tacie. Przygoda kultywowana w kolejnych częściach, na czele z Modern Warfare 2 i Black Ops 1. Dość powiedzieć, że w obu spędziłem kilkaset godzin na serwerach i to jako 12-latek, który już wtedy uwielbiał w świecie cyfrowym rywalizację, uczucie progresu, nabijanie statystyk. I wreszcie przygoda trwająca przez wiele lat, choć niestety z biegiem czasu z coraz mniejszą sympatią do marki, która zaczęła skręcać w przedziwnych kierunkach. By wreszcie, w międzyczasie, przekonać mnie, że Battlefield bardziej trafia w moje gusta.

Call of Duty to… nieoczywisty materiał źródłowy
Mimo tylko 27 lat na karku, dziś z pełną dumą mogę powiedzieć, że jestem zasłużonym “COD-owcem” i “Battlefield-owcem”, fanem jednego i drugiego. Zaraz, zaraz, to tak się da?! Na razie przyjmijmy, że ten antagonizm, którego nigdy nie byłem częścią, to temat na inną historię.
Po sentymentalnym wstępie rozumiecie więc, że do serii Call of Duty mam szczególny stosunek. Lubiłem postacie, które pojawiały się na ekranie. COD zawsze miał to “coś”, jeśli chodzi o przedstawianie fabuły w zamkniętych korytarzach. Tym bardziej więc cieszę się, że ktoś pomyślał o ekranizacji. Filmowość dawnych części sprzed kilkunastu lat przebijała wiele dobrych strzelanek i pewnie nawet dzisiaj, mimo topornych silników graficznych, trzymałaby nas w napięciu. Ach, film w świecie Call of Duty, najlepiej z dawnych MW, BO, a może z okresu II wojny światowej. Z Reznovem, Masonem, “Ghostem”, Sheperdem, Price’em, “Soapem”.
Do wyboru, do koloru. Zarówno pod kątem settingu, jak i bohaterów głównych. Materiał źródłowy brzmi jak całkiem niezłe pole do popisu, czyż nie? Jest tylko jeden mały, malutki, malusieńki problem. W postaci reżysera.

Reżyser kontra publiczność
Są takie momenty, kiedy Hollywood samo prosi się o kpinę, a akurat zapowiadana ekranizacja Call of Duty jest jednym z nich. Bo oto dostajemy projekt, który z definicji powinien być świętem popkultury, adaptację jednej z największych marek w historii gier. A zamiast tego już na starcie przypomina to jakiś eksperyment socjologiczny albo test cierpliwości fanów. Serio.
Najkrótsze streszczenie tej sytuacji brzmi tak: film o serii uwielbianej przez miliony ludzi ma wyreżyserować ktoś, kto przez lata dawał jasno do zrozumienia, że… nie tylko jej nie ceni, ale wręcz gardzi jej odbiorcami. I nie, to nie jest clickbait. To jest realny punkt wyjścia. To są fakty.
Peter Berg nie jest twórcą przypadkowym. To sprawny rzemieślnik kina akcji – człowiek, który potrafi zrobić film dynamiczny, intensywny, poprawny warsztatowo. Ocalony, Bitwa o Ziemię czy Hancock to jego dzieła. Ale to też twórca bez wyraźnego autorskiego podpisu, bez szczególnej wrażliwości na materiał, który adaptuje. I wiecie co? To jeszcze nie byłoby problemem.
Głównym zarzutem jest jego stosunek do świata gier. W jednym z głośnych wywiadów nazwał kiedyś graczy „żałosnymi” i zasugerował, żeby „wyszli z domu i zajęli się czymś pożytecznym”. Owszem, wypowiedź może i wpisywała się w dawny, już dziś nieco anachroniczny stereotyp „gracza jako oderwanego od rzeczywistości”, ale w kontekście pracy nad jedną z największych gamingowych marek brzmi jak ponury żart.
Oczywiście – historia kina zna przypadki, gdy twórca dystansujący się od materiału robił coś ciekawego. W końcu Stanley Kubrick nie był fanem horrorów, a stworzył „Lśnienie”. Sęk w tym, że w takim przypadku za dystansem szła silna, autorska wizja. Czy Berg ją ma? Tu miałbym poważne wątpliwości.
Call of Duty nie potrzebuje kogoś, kto po prostu zrobi “jakiś film wojenny”. Potrzebuje kogoś, kto rozumie, dlaczego ludzie chcą w niego grać. Okej, ktoś odbije piłeczkę, że nawet bez tego fani przyjdą do kin, zachęceni nazwą marki. Zgadzam się. Ale co po pierwszym tygodniu premier? Co z ludźmi spoza bańki, którzy mogliby podreperować box office, zachęceni recenzjami i pocztą pantoflową? Przecież nie można być tak krótkowzrocznym, licząc na zysk przy bezdusznym i nierozumnym “odhaczeniu” ekranizacji.

Niewykorzystana szansa? Steven Spielberg
I tutaj wchodzi do gry jeden z najbardziej absurdalnych wątków tej historii. Jeśli ktoś się tym nie interesował, musi wiedzieć, że kilka lat temu ekranizacją Call of Duty interesował się Steven Spielberg. Tak, TEN Steven Spielberg, żywa legenda kina. Człowiek, który nakręcił choćby Szeregowca Ryana, współtworzył język współczesnego kina wojennego na początku XXI wieku i można zaryzykować tezę, że pośrednio wpłynął na całą estetykę pierwszych odsłon serii COD-a. Bez jego filmu trudno sobie wyobrazić, jak wyglądałyby Call of Duty 1 czy Call of Duty 2 umieszczone w czasach II wojny światowej.
Mało tego – Spielberg był przecież jednym z inicjatorów powstania Medal of Honor, czyli bezpośredniego poprzednika COD-a (tata też w to grał!). A zatem to nie był przypadkowy kandydat, tylko ktoś, kto niejako miałby szansę zrealizować swoją zajawkę w innej formie.
Co zrobiło Activision? Odrzuciło go. Spielberg chciał zbyt dużej kontroli twórczej – nad montażem, produkcją, marketingiem. Innymi słowy: chciał zrobić swój film, a nie produkt wpisujący się w korporacyjną strategię marki. Kto by pomyślał! Naprawdę – kto by pomyślał, że jeden z najlepszych reżyserów w historii, człowiek gwarantujący ogromną kasę z biletów i nagrody na największych festiwalach, nie chciał być marionetką. Ech.
Trudno o bardziej wymowny moment. W jednej decyzji zawiera się cała filozofia współczesnego Hollywood (poza wyjątkami), to znaczy: lepiej zrezygnować z wizjonera, jeśli oznacza to utratę kontroli nad dziełem. Kij z tym, że przecież ci sami ludzie za biurkiem mogliby później łatwo podpiąć się pod sukces. No ale cóż, ich strata. W każdym razie, w tym kontekście wybór Berga jako reżysera przestaje być przypadkiem. Wygląda bowiem jak nie wybór artystyczny, tylko systemowy, co smuci i niepokoi.

Czy Call of Duty w ogóle ma sens jako film?
Zanim jednak zaczniemy wieszać psy na twórcach, warto zadać bardziej podstawowe pytanie: czy Call of Duty to w ogóle dobry materiał na film?
Na pierwszy rzut oka – oczywiście. Jak już wspomniałem, seria od zawsze była „filmowa”. Dynamiczna kamera, spektakularne sceny, dramatyczna muzyka, wyreżyserowane momenty napięcia. Kampanie singlowe w peaku serii wyglądały jak interaktywne blockbustery, choć z drugiej strony, no właśnie, „wyglądały jak”. Strukturalnie Call of Duty nigdy nie był opowieścią w klasycznym sensie. To raczej zbiór intensywnych scen, które działają dlatego, że gracz w nich uczestniczy. Emocje wynikają z interakcji, mniej z narracji.
Weźmy jedną z najsłynniejszych misji w historii serii, misji snajperskiej w Prypeci, „All Ghillied Up” z Modern Warfare. Fantastyczna, napięta, klimatyczna. Ale spróbujmy przełożyć ją na film. Bez interakcji, bez poczucia zagrożenia wynikającego z kontroli nad postacią – cóż, zostaje po prostu dobrze nakręcona scena skradankowa i takich przykładów może być więcej.
Lotnisko w „No Russian”. Szturm na Waszyngton. Brazylijskie favele. Albo sekwencje kosmiczne. Każda z nich działa jako doświadczenie gracza, dlatego adaptacja COD-a wymaga czegoś więcej niż wiernego odtworzenia wydarzeń. Wymaga przepisania ich na język kina i właśnie o to się martwię, skoro nakręci to gość dosłownie plujący na środowisko własnego materiału źródłowego.

Mnogość opcji fabularnych szansą czy może problemem?
Okej, żaden film jeszcze nie powstał, ale zastanówmy się. Historia Call of Duty to historia ewolucji, która sama w sobie może być jednocześnie problemem i atutem dla tej oraz przyszłych adaptacji.
Warto przypomnieć, że pierwsze części były stosunkowo bliskie realiom II wojny światowej. Inspirowane filmami wojennymi, osadzone w historycznym kontekście, próbujące oddać chaos pola walki. Mało prawdopodobne, żeby akurat w te tony poszła ekranizacja. Potem przyszła era Modern Warfare, która wiele zmieniła. Seria zaczęła przypominać globalny thriller militarny, mieszankę 24 godzin i Mission: Impossible. Wiecie: szybciej, głośniej, bardziej spektakularnie. A potem było już tylko dalej i wyżej, czyli: przyszłość, drony, kosmos, cyberwojna.
Więc co właściwie miałby opowiadać zapowiadany film? Polityczny thriller? Futurystyczne widowisko? Jeszcze nie wiemy, a przecież brak jednoznacznej tożsamości to poważny problem, bo kino w tej kwestii potrzebuje precyzji. Gra może być wszystkim naraz. Film – niekoniecznie, a mimo to mam wrażenie, że właśnie to chcą zrobić twórcy COD-a. Wrzucić do jednego worka jak najwięcej, byle zadowolić jak największą liczbę fanów na raz.
Dlatego trudno mi się nie bać, nawet mimo częściowego optymizmu wobec pomysłu na ekranizację, że to przede wszystkim projekt biznesowy. Marka jest ogromna, rozpoznawalność globalna, a potencjalna widownia gigantyczna. W takim układzie – niestety – film nie musi być wybitny. Wystarczy, że będzie… średni. To logika, którą widzieliśmy już wielokrotnie. Adaptacje powstają nie dlatego, że ktoś ma coś do powiedzenia, tylko dlatego, że marka ma wartość. Czy to cyniczne? Tak. Czy się sprawdza? Też tak. Dość często.
Jest w tym pewna ironia, bo Call of Duty samo w sobie było kiedyś próbą oddania ducha kina wojennego, było hołdem dla filmów, a teraz to film może stać się pustym echem gry.

Nadzieja w tendencji?
Co może jednak napawać pozytywnymi emocjami, to fakt, że ten projekt trafia na dobry moment. Oto bowiem ekranizacje gier przestały być synonimem porażki. Takie The Last of Us pokazało, że można stworzyć serial, który jest jednocześnie wierny materiałowi i atrakcyjny dla nowych widzów. Arcane udowodniło, że nawet gra bez silnej fabuły może stać się podstawą kapitalnej opowieści. Fallout znalazł własny ton, zamiast kopiować wydarzenia z gier. The Super Mario Bros. Movie z kolei pokazało, że nawet prostota może być zaletą, jeśli jest świadomie wykorzystana. A więc da się.
Co łączy te produkcje? Zrozumienie materiału i jego odpowiednia interpretacja. Twórcy wiedzieli, z czym działają i co trzeba zmienić. Nie powiedziałbym przy żadnych z tych przykładów, że traktowali gry jak marki do wyciśnięcia, tylko jak punkt wyjścia do opowiedzenia w jakimś stopniu czegoś własnego, z fajną wizją artystyczną.
I chyba właśnie tutaj tkwi największe zagrożenie dla Call of Duty. Nie w tym, że film będzie zły technicznie. Ba, chciałbym, żeby pod kątem realizacji było to coś na wzór Tylera Ryke’a – fabuła nijaka, ale sposób realizacji? Widzieliście to na Netfliksie? Morda się cieszy na widok tak nakręconego filmu akcji.
Idąc dalej, największym ryzykiem jest to, że film będzie obojętny. Że dostaniemy poprawne, głośne, efektowne widowisko, które nie ma nic szczególnego do powiedzenia. Film, który wygląda jak COD, brzmi jak COD, ale nie niesie ze sobą żadnych emocji poza momentami, gdy twórcy mrugają w stronę fanów. Oczywiście istnieje szansa, że projekt nas zaskoczy. Kino zna takie przypadki, kiedy twórcy przekraczali własne ograniczenia, ale żeby tak się stało, ktoś musi podjąć ryzyko. Ktoś musi zdecydować, czym ten film właściwie ma być i w tej sprawie im więcej osób decyzyjnych, tym gorzej.
Na koniec pozostaje zadać pytanie, które brzmi banalnie, ale wcale takie nie jest: po co właściwie robić film o Call of Duty? Czy po to, żeby opowiedzieć historię, której gry nie były w stanie opowiedzieć? Czy po to, żeby przenieść doświadczenie na inny medium? Czy po prostu po to, żeby zarobić? Odpowiedź na to pytanie zdecyduje o wszystkim.




Dodaj komentarz