Antybohaterowie świata filmu lub gier często cieszą się popularnością porównywalną, a niekiedy nawet większą, od napompowanych dobrem i cnotą pozytywnych herosów uparcie usiłujących pokrzyżować im plany. Wystarczy wspomnieć Hannibala Lectera, Dartha Vadera lub nieśmiertelnego Kane`a z serii gier Command & Conquer, będących dla fanów danej „franczyzy” postaciami absolutnie kultowymi. Nie inaczej jest w świecie komiksu – zanim Thanos czy Deadpool zadebiutowali na dużym ekranie, mieli już sporą rozpoznawalność wśród miłośników komiksowych historii.

Spider-Man w czerni. © Marvel Comics

Obecnie także Venom może się pochwalić licznym gronem fanów. Jednak zanim Eddie Brock i jego symbiont dorobili się własnej „marki” i komiksowych mini-serii, pojawiali się na stronach zeszytów ze Spider-Manem – historia Venoma jest bowiem ściśle związana z losami „Przyjacielskiego Pajęczaka z Sąsiedztwa”. Pierwszym nosicielem niesławnego czarnego symbionta był Peter Parker, który wrócił z nim z kosmicznych wojaży zamkniętych w historii „Secret Wars”. I właśnie za jego sprawą Spider-Man porzucił swe czerwono-niebieskie barwy na rzecz minimalistycznej czerni, przełamanej białym symbolem pająka i charakterystycznymi oczami. Nowy kostium mógł się przy tym pochwalić licznymi funkcjami dodatkowymi – potrafił imitować „cywilne ciuchy” (eliminując konieczność przebierania się na dachach i w zaułkach Nowego Jorku), sam generował pajęczynę oraz wzmacniał siłę i zręczność nosiciela. Z czasem jednak okazało się, że symbiont jest nie tylko żywy, lecz także świadomy i dąży do zdominowania umysłu swego gospodarza, przy okazji wzmacniając negatywne i agresywne strony jego osobowości. Po tych rewelacjach Parker nie bez problemów uwolnił się od psychopatycznej garderoby, wykorzystując w tym celu jej największą słabość, czyli wrażliwość na dźwięk, i z pomocą kościelnych dzwonów wypłoszył symbionta ze swego ciała.

Venom w komiksowej wersji. © Marvel Comics

Jednak tu historia Venoma dopiero się zaczyna. Odrzucony symbiont znalazł nowego nosiciela, w dodatku idealnie dopasowanego do jego aktualnych uczuć wobec „zdrajcy” Parkera – Eddie`go Brocka, fanatyka siłowni i zarazem byłego dziennikarza, któremu konflikt zawodowy z Parkerem przetrącił karierę. Fuzja negatywnych uczuć względem Parkera-dziennikarza i Parkera-herosa dała początek nowej osobowości: Venomowi – czarnej, spaczonej i złej do szpiku kości wersji Człowieka-Pająka. Z początku Venom różnił się od swego przeciwnika rozbudowaną muskulaturą oraz widocznym ustami i zębami Eddie`go, jednak z czasem jego aparycja stawała się coraz bardziej groteskowa, zyskując coraz większą masę mięśniową i paszczękę mogącą zawstydzić uzębienie Obcego i Predatora razem wziętych.

Skróconą wersję tej historii mogliśmy oglądać filmie „Spider-Man 3” z 2007 roku, aczkolwiek sam film, jak i ta interpretacja Venoma, spotkały się z dość chłodnym przyjęciem widzów. Głównym problemem był tu Topher Grace wcielający się postać Eddie`go Brocka. Aktor znany głównie z roli Erica Formana w „Różowych latach 70.” nijak nie pasował do komiksowego pierwowzoru ziemskiego nosiciela kosmicznego symbionta.

Nic zatem dziwnego, że gdy gruchnęła wieść o solowym filmie z Venomem, świat komiksomaniaków zadrżał z ekscytacji – tym bardziej, że tym razem garniturem rekinich zębów straszyć miał sam Tom Hardy, kojarzony głównie z rolami prawdziwych twardzieli. Jednak mimo „marvelowskiego” rodowodu Venoma, film nie jest częścią „Marvel Cinematic Universe” – jest to, niestety, pokłosie skomplikowanej natury praw do filmowych adaptacji Spider-Mana i umowy między Sony oraz Disneyem.

Nie ukrywam, że wybierając się w ostatni weekend do kina, miałem co do ekranizacji Venoma bardzo złe przeczucia. Głównie, co oczywiste, za sprawą fatalnych recenzji, jakie pojawiały się z każdą kolejną godziną od jego światowej premiery. Na rottentomatoes.com film na dzień dzisiejszy zdobył „aż” 30%, co raczej trudno nazwać satysfakcjonującym wynikiem. Założyłem więc, że zostanę uraczony dziełem równie marnym, jak nieszczęsny „Legion Samobójców”. Ale, że raz się żyje…

Cóż, po seansie mogę śmiało powiedzieć, że tragedii nie ma, ale nie jest to film mogący zabrać Deadpoolowi tytuł najpopularniejszego „porąbańca” wśród komiksowych ekranizacji. A szkoda, gdyż potencjał ku temu niewątpliwie był.

Brak Spider-Mana wymusił na scenarzystach spore uproszczenie motywu pojawienia się symbionta na Ziemi. Wahadłowiec wracający z misji badania komet rozbija się przy lądowaniu i, jak filmowa tradycja nakazuje, ratownicy nie mogą się doliczyć wszystkich próbek obcych organizmów zdobytych przez załogę. Misja wahadłowca jest częścią większego programu badań prowadzonego przez „Life Fundation” – złowrogą korporację, której lidera, Carltona Drake`a, można śmiało porównać do Elona Muska bez jakichkolwiek hamulców etycznych i moralnych.

Poczynania „Life Fundation” budzą szczególną ciekawość dziennikarza śledczego Eddie`go Brocka, gotowego nawet sabotować własny związek, byle tylko dobrać się do interesującego go materiału. Eddie jest przy tym człowiekiem całkiem sympatycznym, aczkolwiek jego neurotyczny i zarazem megalomański styl bycia nie ułatwiają mu kontaktów międzyludzkich. Po serii niefortunnych decyzji nasz bohater totalnie zdemoluje swoje życie prywatne i zawodowe, by następnie wpakować się w jeszcze większe kłopoty, które na głowę sprowadzi mu czarna maź z głosem godnym lidera black-metalowej kapeli.

Film jest zdecydowanie bardziej kameralny od superprodukcji rodem ze stajni MCU. I chociaż San Francisco stanowi miłą odskocznię od Nowego Jorku, to brak „gościnnych występów” reszty komiksowej gawiedzi ma swoje negatywne skutki dla historii. Venom, osadzony w „komiksowej próżni”, traci część swojej niepokojącej oryginalności oraz zwichrowanej charyzmy. Deadpool, mimo solowego filmu, ma jednak pod ręką X-Menów, którym w taki, czy inny sposób „umila” życie. Tu tego kontrastu brakuje, a szkoda, gdyż podkręciłoby to antyheroiczny klimat filmu.

Najmocniejszą stroną filmu jest bezdyskusyjnie Tom Hardy, z prawdziwą pasją wcielający się w tytułową rolę. Jego Eddie Brock, choć jest człowiekiem o dobrych intencjach, z racji nieco autystycznego odbioru świata budzi zarówno sympatię, jak i współczucie podlane odrobiną sosu odrazy. Maniakalna wręcz konsekwencja, z jaką Eddie ładuje się w kolejne problemy może być dla wielu widzów krzywym zwierciadłem naszych własnych życiowych wyborów – sensownych w momencie ich podejmowania, lecz absurdalnych, gdy spojrzy się na nie z perspektywy czasu. A gdy Brock zrozumie, że w jego ciele kryje się pyskaty i wredny pasażer na gapę, w dodatku z kanibalistycznymi ciągotami, zrobi się i strasznie, i śmiesznie. Strasznie, bo odkrycie, że nie do końca posiadamy kontrolę nad własnym ciałem to raczej nic przyjemnego, a śmiesznie, gdyż kłótnie między Eddie`m a Venomem wypadają naprawdę zacnie – a śmiech widowni w pełni to potwierdzał.

Nieźle wypada także Michelle Williams wcielająca się w ukochaną Eddie`go Brocka. Wbrew filmowym schematom nie jest to postać, której nasz heros ruszy na ratunek, by w dramatycznym finale wyrwać ją z łap swojego największego wroga. Wręcz przeciwnie – ze wszystkich zgromadzonych tu postaci, to właśnie filmowa Anne Weying zachowa najwięcej zimnej krwi oraz zdrowego rozsądku, stając się moralnym i emocjonalnym wsparciem dla funkcjonującego w trybie schizofrenicznej histerii Brocka.

Najsłabiej w tym zestawieniu wypada główny „bad guy” tej produkcji, czyli wymoczkowaty technokrata i geniusz Carlton Drake. Odzianemu w schludny garnitur Rizowi Ahmedowi bliżej do konkurenta Marka Zuckeberga w wyścigu o tytuł „Najpotężniejszego Nerda na Ziemi”, niż do godnego przeciwnika zębatego sterydziarza z kosmosu rodem. A oklepane, choć uwspółcześnione, frazesy podręcznikowego szalonego naukowca, będące trzonem jego dialogów, nie poprawiają przy tym sprawy.

Bardziej kameralny okazał się także budżet, co odbiło się na jakości części efektów specjalnych. O ile sam symbiont i jego „obrastanie” na nosicielu wyglądają całkiem soczyście, to znajdziemy też parę scen, szczególnie w finałowej „solówce”, wyglądających jak z filmu sprzed dekady. Cóż – standard efektów ustanowiony przez MCU dość znacznie podbił poprzeczkę i obecnie biorąc się za adaptację komiksu wypada zadbać zarówno o odpowiedni budżet, jak i o najlepszych specjalistów w dziedzinie. Efektów nie ma przy tym w nadmiarze – niemal godzinę poczekamy na pojawienie się Venoma w pełnej krasie, a nawet i po tym wydarzeniu zębaty psychopata nie skradnie większości czasu ekranowego.

Choć „Venom” nie jest dziełem doskonałym, zdecydowanie nie zgadzam się tak surowym odbiorem filmu przez krytyków. I najwyraźniej nie jestem w tej kwestii osamotniony, gdyż nawet wspomniany portal rottentomatoes.com pokazuje bardzo dużą dysproporcję miedzy ocenami krytyków a widzów. Krytycy – 30%, średnia ocen 4,6 na 10 punktów, widzowie – 89%, średnia ocen: 4,3 na 5 punktów; najwyraźniej coś jest na rzeczy. Radosna ekipa trzech pokoleń geeków, z którą wybrałem się na seans, także wyszła z kina usatysfakcjonowana, zgodnie przyznając 7 gwiazdek na 10. Ale, fakt – mogło być lepiej i wyrwanie Venoma poza marvelowskie uniwersum nie przysłużyło się jego historii