W ostatnich kilkunastu latach Sony odważnie rozwinęło swoją obecność na komputerach osobistych. Tytuły, które przez lata były symbolem konsol PlayStation, zaczęły pojawiać się na PC i zdobywać zupełnie nową publiczność. Na wcześniejszych generacjach, choćby PlayStation 3, wielu graczy nie wyobrażało sobie takiego scenariusza. Nawet mimo faktu, że strategia Sony przez długi czas była przecież prosta i – wydawać się mogło – skuteczna. Ekskluzywność miała już się nie opłacać, a rynek PC był zbyt duży, żeby nie spróbować na na nim zarobić. Jak to, my nie zarobimy? Wielka korporacja?
Wyszło całkiem fajnie i nie mówmy, że było inaczej. Kto nie chciał kupować dodatkowego sprzętu, będąc typowym graczem na PC, miał wybór albo z wygody ogrywał, co się da, właśnie na PC, i tak zasilając portfel Sony. Na dłuższym dystansie jednak, co widzimy dzisiaj, nie przełożyło się to na masowe przyciągnięcie graczy do konsoli. A właśnie na tym panom z korporacji przecież zależało.
Kiedyś największe gry Sony powstawały z myślą o jednej platformie i to właśnie one sprzedawały magiczne pudło w kilkudziesięciu milionach egzemplarzy. Co by nie mówić, PlayStation przez lata zbudowało imponującą bibliotekę ekskluzywnych produkcji, a niektóre z nich stały się ikonami gamingu. Piękne czasy, które… wrócą? Dużo się o tym mówi, dlatego stwierdziłem, że skoro Sony ma cofnąć się do punktu wyjścia, przypomnę kilka gier z czasów, kiedy ekskluzywność naprawdę miała znaczenie.
LittleBigPlanet (2008)
Kiedy LittleBigPlanet pojawiło się na PlayStation 3 w 2008 roku, wielu graczy spodziewało się po prostu sympatycznej platformówki. Szybko okazało się jednak, że twórcy ze studia Media Molecule przygotowali coś znacznie bardziej ambitnego. Oczywiście można było przejść przygotowaną przez deweloperów kampanię, pełną pomysłowych poziomów i zagadek opartych na fizyce. Prawdziwe serce gry znajdowało się jednak w edytorze poziomów – sam nie grałem, ale od starszych kolegów ze szkoły, którzy mieli konsole, słyszałem same dobre opinie.
Gracze dostali ogromny zestaw narzędzi pozwalających budować własne mapy. Można było konstruować różne mechanizmy, tworzyć pułapki, projektować platformy i dekorować dosłownie wszystko setkami elementów wizualnych. Społeczność wokół gry natychmiast podchwyciła pomysł i tak w krótkim czasie w sieci pojawiły się tysiące poziomów inspirowanych filmami, innymi grami czy popkulturą.
Najlepszy dowód na to, jak dobre było LittleBigPlanet, krył się w recenzjach. Gra zdobyła 95 punktów w serwisie Metacritic i przez lata była symbolem kreatywności oddanej w ręce graczy przez PlayStation. Zaś maskotka Sackboya stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci związanych z marką, później osobno rozwijaną.

Killzone 2 (2009)
W czasach PlayStation 3 Sony bardzo potrzebowało strzelanki, która mogłaby konkurować z największymi markami na rynku PC. To była misja niemal niemożliwa, zwłaszcza że strzelanki z użyciem myszki zawsze broniły się lepiej niż te, do których trzeba załączać pada. Nie oszukujmy się. Mimo wszystko, Sony chciało rzucić rękawicę, stąd Killzone 2. Produkcja studia Guerrilla Games była zapowiadana przez lata i od początku miała pokazywać możliwości techniczne konsoli. Czy tak było? A jakże. Może dziś grafika czterech liter nie urywa, ale na tamte czasy, jak na konsole, można było mówić o sukcesie.
Wielu graczy było pod wrażeniem oprawy wizualnej. Ważna planeta Helghan, kultowe miejsce dla serii, była pięknym, a zarazem brutalnym polem bitwy. Autentycznym, pełnym w czyhające niebezpieczeństwa. Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów gry był jednak feeling strzelania. Broń sprawiała wrażenie ciężkiej, a każdy strzał miał wyraźny odrzut nietypowy dla ówczesnych FPS-ów. Poczucie realizmu było kluczowe, tak jak ukazywanie trudów wojny z perspektywy zwykłego żołnierza. Pod względem fabularnym gra wybitna może nie była, ale i tak zdobyła ponad 90 punktów na Metacritic, stając się na długi czas jedną z wizytówek PlayStation 3.

Gran Turismo 4 (2004)
Seria Gran Turismo od zawsze była jedną z najważniejszych marek na PlayStation. Kto nie spróbował, niech żałuje. Czwarta część, która pojawiła się na PlayStation 2, była prawdziwym gigantem pod względem zawartości jak na tamtą generację. Gra oferowała ponad 700 samochodów i dziesiątki torów do użycia, co w tamtym czasie robiło ogromne wrażenie. I szczerze? Robi nawet dziś, zwłaszcza wobec recyklingu wśród twórców gier i wmawiania nam, że z roku na rok tworzony jest unikalny kontent w większej skali. Nie, często to są te same rzeczy, ale ubrane w inne, ulepszone szaty graficzne.
Największą siłą Gran Turismo był realistyczny model jazdy. W przeciwieństwie do wielu wyścigów w stylu arcade’owym, Gran Turismo wymagało od gracza sporej dawki cierpliwości i precyzji. Zaczynało się od tanich, powolnych samochodów, ale im więcej graliśmy, tym bardziej dało się odczuć, że stopniowo wspinamy się po szczeblach kariery i jeździmy coraz lepszymi furami. Był tam nawet taki bajer jak zdobywanie licencji, jako osobne wyzwanie, które uczyło techniki jazdy i przygotowywało do trudniejszych wyścigów. Fajne, co?
Gra była na poziomie 9/10 według ocen na Metacritic i sprzedała się w ponad 10 milionach egzemplarzy. Nie przesadzę, jeśli powiem, że dla fanów motoryzacji była to jedna z najważniejszych gier wyścigowych swojej epoki. I była czymś, co z lepszym lub gorszym skutkiem próbowali odwzorować inni twórcy, już w kolejnych generacjach.

inFamous (2009)
Oj, jakie to było dobre! Takich historii i gier superbohaterskich dziś ewidentnie brakuje. inFamous było jedną z ciekawszych prób stworzenia tytułu właśnie o superbohaterze w otwartym świecie. Zamiast licencjonowanej postaci z komiksów, twórcy postawili na własnego bohatera. Dość przypomnieć, że Cole MacGrath był zwykłym kurierem, który po tajemniczej eksplozji zdobył zdolność kontrolowania elektryczności. Proste? A jakże, ale jakie wciągające w samej fabule.
Gra pozwalała swobodnie poruszać się po ogromnym mieście i wykorzystywać nowe moce w walce z gangami oraz potworami. Jednym z najbardziej pamiętanych elementów była możliwość ślizgania się po liniach wysokiego napięcia, wspinania na dachy budynków i rażenia przeciwników błyskawicami. Nie chcę mówić, że to był Spiderman w wersji elektrycznej, ale frajda z samego poruszania jak najbardziej mogła nasuwać takie skojarzenia.
Był tam też system moralności, który pozwalał rozwijać postać jako bohatera albo antybohatera. Tak, nasze zachowania naprawdę miały wpływ na dostępne moce i reakcje mieszkańców miasta. Nie był to pic na wodę, jak w niektórych grach wydawanych ponad dekadę później. Gracze dawali inFamous mocne “ósemki”, dając do zrozumienia, że superbohater nie musi pochodzić ze świata Marvela czy DC, żeby przyciągać. Warto też przypomnieć, że gra doczekała się kilku kontynuacji, choć w obliczu większej konkurencji następne odsłony nie były już tak dobrze odbierane.

Demon’s Souls (2009)
Ależ to była cholernie trudna gra. Pod względem mechaniki bossów uważana co prawda za jedną z najłatwiejszych, ale w każdym innym elemencie dawała popalić. Niezgrabne ruchy i wysokie obrażenia sprawiały, że walka z normalnymi przeciwnikami była niezwykle frustrująca. Kiedyś raz, dosłownie przez godzinę, miałem okazję poznać te katusze i wydaje mi się, że właśnie przez Demon’s Souls nie zakochałem się w grach tego typu. Ale w żadnym razie nie uważajcie tego za wadę!
Choć początkowo nie zapowiadało się, że to będzie wielki hit między innymi z powodu nieprzystępności, właśnie dzięki tej cesze gra szybko zdobyła oddaną społeczność. Ba, produkcja studia FromSoftware sprzed 17 lat okazała się strzałem w dziesiątkę pod kątem budowania całego nurtu gier określanych dziś jako soulslike.
W Demon’s Souls każdy przeciwnik mógł zabić gracza w kilka sekund. Do samego końca zostawali najtwardsi, którzy później mieli ogromną satysfakcję z pokonanych poziomów. Z czasem gra zyskała status kultowej, z bardzo wysokimi ocenami u krytyków. A najlepszym dowodem na to, jak poważano ją w świecie gier, był fakt, że Sony zleciło remake. I tak w 2021 roku jedni odkryli Demon’s Souls po raz pierwszy, a inni na nowo po wielu latach, w lepszej oprawie wizualnej.

Shadow of the Colossus (2005)
Shadow of the Colossus było jedną z najbardziej nietypowych gier swojej generacji. Zamiast tradycyjnego świata pełnego wrogów i skoków dopaminowych na każdym kroku, gracze otrzymali ogromną krainę, która wydawała się… pusta. Jedynymi przeciwnikami było szesnastu gigantycznych kolosów, bez żadnych dodatkowych szkieletów, szkielecików, pająków czy innych pomniejszych “mobów”, na których dałoby się nabijać poziomy doświadczenia.
Każde starcie z gigantem było swego rodzaju zagadką. Gracz wcielał się w Wandera – młodego mężczyznę starającego się przywrócić do życia swoją dziewczynę. Była taka możliwość, jednak żeby tak się stało, protagonista musi unicestwić tytułowych kolosów. Gameplay polegał na znalezieniu sposobu, jak wspiąć się na ciało potwora, utrzymać równowagę podczas jego gwałtownych ruchów i odnaleźć jego słabe punkty. Walki były określane jako spektakularne i melancholijne. Długie, momentami dziwaczne i bardzo nietypowe jak na tamtejsze standardy w gatunku fantasy.
Gra zdobyła ponad 90 punktów na Metacritic i do dziś jest jednym z najwyżej ocenianych tytułów w historii konsoli. No i po wielu latach wleciał jej remake, do którego gracze chętnie wracali już na zdecydowanie lepszym sprzęcie, z zapadającą w pamięć grafiką.

Bloodborne (2015)
Bloodborne było jedną z najważniejszych gier w pierwszych latach PlayStation 4. Produkcja FromSoftware rozwijała pomysły znane z gier souls, ale trzeba było przyznać, że robiła to w zupełnie nowej estetyce. Co prawda pojawiały się zarzuty o odświeżanie kotleta, ale bez przesady – Bloodborne pod względem pomysłów czy settingu stał na własnych nogach. Na przykład zamiast klasycznego fantasy, gracze trafiali do iście gotyckiego miasta Yharnam, w stylu wiktoriańskim, co warto zaznaczyć, skoro deweloper pochodzi z Japonii.
Miasto, po którym poruszał się gracz, było pełne potworów do ubicia i mrocznych sekretów do rozgryzienia. System walki? Świetny, bardziej dynamiczny niż w klasycznych soulsach, przez co zachęcał do agresywnego stylu grania. Zamiast powolnego blokowania ataków i czajenia się na jeden atak raz na 20 sekund (wybaczcie, może niepotrzebnie nabijam się z klasycznych soulsów), gra nagradzała szybkie kontrataki. I co chyba najważniejsze, zwłaszcza dla nowej generacji konsol, Bloodborne był napędzany przez nowy silnik, przystosowany do większych wymagań graficznych.
Gra jak na rok 2015 była piękna. W jaki zakamarek byśmy nie zajrzeli, odnosiło się wrażenie, że świat żyje i chce nas pożreć. Dużo przestrzeni, fajna symulacja obiektów, mocne wyzwania – japończycy pod skrzydłami Sony stworzyli samograja i wcale nie dziwi, że Bloodborne tworzy czołówkę na liście kultowych gier konsolowych.

God of War III (2010)
God of War II było świetne dla PlayStation 2. Zaś God of War III dla PlayStation 3 – oj, to było coś spektakularnego. Nie dało się chyba stworzyć lepszego finału historii Kratosa w świecie greckiej mitologii, z takich rozmachem i z tak świetną grafiką. Gra zaczynała się od epickiej bitwy z Posejdonem i od pierwszych minut pokazywała, że tutaj, drodzy państwo, chodzi przede wszystkim o wielkie widowisko.
Twórcy w trzeciej części postawili na zwiększenie realizmu rozgrywki. Co ważne, na ekranie pojawiać się mogło więcej przeciwników – nawet pięćdziesięciu, co względem drugiej części było skokiem o kilka długości. Do tego nowe rodzaje broni, więcej brutalności i dramatyzmu. No i ulepszony system walki, który pozwalał wykonywać długie kombinacje ataków.
Seria bawiła jak nigdy wcześniej, ale też pokazała, że więcej w tej samej formule zrobić się nie da. Stąd, jak dobrze wiecie, otwarcie świata w kolejnej części, która była z kolei ozdobą dla PS4, ale też dało się ją ograć na PC. Trójka była pod tym względem ostatnim bastionem, ale, kto wie, może kolejna część wróci do tej samej ekskluzywności?

Uncharted 2: Among Thieves (2009)
Pierwsze Uncharted było udanym startem nowej marki, ale dopiero druga część sprawiła, że przygody Nathana Drake’a stały się jedną z najważniejszych serii w katalogu PlayStation i w ogóle światowym fenomenem. Twórcy ze studia Naughty Dog znacząco rozbudowali praktycznie każdy element gry. Poziomy były większe i bardziej zróżnicowane, zagadki logiczne ciekawsze, a system wspinaczki i strzelania działał płynniej niż w poprzedniku. Dzięki temu Uncharted 2 przestało być tylko obiecującą przygodówką, a stało się produkcją, która pokazała jak bardzo gry mogą przypominać kino akcji. Tytuł szybko zaczął być określany jako jeden z pierwszych prawdziwych „interaktywnych blockbusterów”. Tak, to był absolutnie zasłużony tytuł.
Gra została przyjęta kapitalnie przez graczy i krytyków, właściwie będąc wstępem do jeszcze lepszej, trzeciej odsłony serii. W serwisie Metacritic otarła się o setkę, w ciągu kilku lat od premiery sprzedała się w milionach egzemplarzy na PlayStation 3 i stała się być może najważniejszą produkcją swojej generacji konsol. Co ciekawe, popularność Uncharted 2 nie zniknęła z biegiem lat, bo gra została odświeżona w kolekcji Uncharted: The Nathan Drake Collection, ale już na PlayStation 4. Lepsza grafika, więcej klatek, fajniejsza dostępność dla kolejnego pokolenia – to był strzał w dziesiątkę.
Mam do tej serii sentyment, bo oglądałem kiedyś, jak ogrywą ją znany chyba wszystkim Remigiusz Maciaszek. Skoro miało się tylko PC, pozostawało oglądać let’s playe – ach, co czasy.

The Last of Us (2013)
Ta sama śpiewka. Nie masz konsoli? To chociaż obejrzyj, jak twój ulubiony youtuber gra w wybitną produkcję, która broni się nawet jako interaktywny serial. W świecie gier ekskluzywnych to właśnie TLoU jest podawane za wzór i chyba nikt na świecie nie ma wątpliwości, że pierwsza część była arcydziełem. Nie dziełem, tylko arcydziełem. Czymś, co stoi na najwyższej półce razem z GTA 5 czy Wiedźminem 3. To był symbol dojrzałości w narracyjnych grach wideo. Z historią Joela i Ellie podróżujących przez zniszczone Stany Zjednoczone, w świecie postapokaliptycznym.
Największą siłą gry była relacja między bohaterami. Te wszystkie rozmowy podczas eksploracji, chwile pauzy i dramatyczne decyzje… Wystarczy, że o tym piszę, a już mam gęsią skórkę, bo ta historia była tak emocjonalna i do bólu prawdziwa. Do tego rozgrywka w pierwszej części idealnie łączyła skradanie, eksplorację i brutalne, otwarte starcia z przeciwnikami. Ta gra miało wszystko na swoim miejscu. Była niemal idealna.
The Last of Us stało się nie tylko najlepszym tytułem na PS4, ale też jedną z najbardziej nagradzanych produkcji w historii branży gamingowej. Takim Złotym Graalem, w którego nie wierzysz, dopóki go nie zobaczysz. Na szczęście wszyscy zobaczyli, a lata temu – cóż, mogli go dotknąć wyłącznie “wybrani”. Oczywiście dopóki Sony nie stwierdziło, że warto otworzyć drzwi do świata TLoU pececiarzom przy okazji remake’u.

****
Wymienione gry pokazują jedno: gdyby Sony bezwzględnie od czasów PlayStation 3 stawiało na ekskluzywność, spokojnie broniłoby się jakością gier aż do dzisiaj. Fakt, że uśmiechnęło się do graczy komputerowych, było ważnym gestem, wręcz kluczowym pod kątem finansowym. Ale czy koniecznym? Patrząc choćby na to zestawienie, nie sądzę. A i tak nie wymieniłem wszystkiego, bo PlayStation, w przeciwieństwie do Xboxa, miało i wciąż ma zdecydowanie więcej ciekawszych produkcji na wyłączność.
Nie wiem, co przyniosą następne lata, ale chyba możemy być spokojni. Bo akurat Sony zasłużyło na to, żeby z powrotem pójść w stronę ekskluzywności kosztem dostępności. Co więcej, przy rosnących cenach podzespołów do komputerów dodatkowa motywacja do kupna konsoli to być może wcale nie taki głupi pomysł? I jeśli wracać do korzeni, to właśnie teraz?




Dodaj komentarz