Światowe Igrzyska Robotów Humanoidalnych w Pekinie: pierwsze (i chybotliwe) kroki ku przyszłości

Kiedy w poprzedni piątek (15 sierpnia) w Pekinie otwierano pierwsze na świecie Światowe Igrzyska Robotów Humanoidalnych (World Humanoid Robot Games), atmosfera przypominała tradycyjne igrzyska olimpijskie. Fanfary, światła, flagi, tłumy widzów na National Speed Skating Oval, obiekcie znanym z zimowych igrzysk 2022. Tyle że zamiast łyżwiarzy czy hokeistów na lodową arenę wkroczyły humanoidalne maszyny – jedne wciąż niepewne na nogach, inne zadziwiająco sprawne. Już sam ten kontrast sprawił, że wydarzenie stało się medialnym fenomenem, a nagrania z potykającymi się robotami błyskawicznie obiegły internet.

Chiny od lat pokazują, że potrafią połączyć widowisko ze strategią przemysłową. Wcześniej robili to choćby podczas gigantycznych pokazów noworocznych, gdzie na scenie tańczyły dziesiątki humanoidów. Teraz postanowiono pójść krok dalej – zorganizować „robotyczną olimpiadę”, czyli imprezę, która ma nie tylko bawić publiczność, ale też przetestować realne możliwości robotów w warunkach, w których nie da się przewidzieć każdego scenariusza. To poligon dla inżynierów, sygnał polityczny i widowisko w jednym.

Spektakl pełen potknięć

Od samego początku igrzyska miały w sobie coś z kabaretu technologicznego. Podczas ceremonii otwarcia humanoidy tańczyły hip-hop, wywijały kung-fu, grały na gitarach, a nawet prezentowały stroje. Jeden z nich runął na parkiet tak spektakularnie, że obsługa musiała wynieść go niczym kontuzjowanego sportowca. Jednak publiczność zamiast milczeć w szoku – eksplodowała burzą braw. I to właśnie oddaje atmosferę całej imprezy: śmiech i entuzjazm mieszały się z autentycznym podziwem dla inżynierów na tyle odważnych, by pokazać światu swoje wciąż niedoskonałe konstrukcje.

W kolejnych dniach było jeszcze barwniej. Biegi sprinterskie zamieniały się w slapstick – część maszyn zdołała przebiec kilkanaście metrów, inne padały twarzą na tartan tuż po starcie. Były też takie, które zamierały w bezruchu, czekając na interwencję operatora. W piłce nożnej gracze przypominali raczej niezdarnych przedszkolaków niż Messiego – roboty potykały się o piłkę, przewracały się na siebie nawzajem, a każdy gol był świętowany jak cud techniki. W boksie z kolei bardziej przypominało to uściski niż nokauty – roboty powoli wymieniały ciosy, często lądując w objęciach rywala.

Te porażki wcale nie były klęską. Wręcz przeciwnie – stanowiły część widowiska i jednocześnie źródło danych. Każdy upadek, każda kolizja to dla inżynierów cenna informacja zwrotna i materiał do dalszego rozwijania algorytmów. Widzowie bawili się świetnie, a naukowcy zbierali informacje, które w przyszłości mogą przełożyć się na realne postępy.

Sportowe emocje i konkretne osiągnięcia

Choć najwięcej śmiechu wzbudzały widowiskowe upadki, nie brakowało też prawdziwych sportowych emocji i dowodów na to, że humanoidalne maszyny powoli zaczynają radzić sobie w rywalizacji. Największym bohaterem biegowych konkurencji został robot H1 od Unitree Robotics. H1 wygrał 400 i 1500 metrów, a także sztafetę 4×100 metrów i bieg przez płotki. Warto dodać, że zwycięski czas w biegu na 1500 metrów – 6 minut i 34 sekundy – był niemal dwukrotnie gorszy od ludzkiego rekordu świata. Ale jeśli wziąć pod uwagę, że niektóre konstrukcje nie były w stanie nawet utrzymać równowagi, to taki wynik i tak robił wrażenie.

Inne chińskie zespoły także dorzuciły swoje cegiełki do medalowej układanki. Tsinghua University sięgnął po złoto w piłce nożnej 5 na 5, pokonując w finale drużynę z Niemiec. I to w naprawdę efektowny sposób – gol padł po mocnym uderzeniu z dystansu, co w turnieju pełnym „delikatnych pchnięć” piłki w stronę bramki stanowiło małą rewolucję. Z kolei China Agricultural University triumfował w meczach 3 na 3, a Beijing Innovation Center of Humanoid Robots mogło pochwalić się najszybszym sprinterem na 100 metrów – Tiangong Ultra uzyskał czas 21,50 sekundy.

Nie wszystkie konkurencje dotyczyły sportu w klasycznym rozumieniu. Wśród wyzwań znalazły się też takie, które miały symulować codzienne zadania: sortowanie leków czy sprzątanie pokoi hotelowych. Tu z kolei błysnęła firma UniX AI, której maszyna uporządkowała pomieszczenie w niespełna dziewięć minut – szybkość może i nie powala, ale w porównaniu z rywalami wynik był imponujący.

Zawody pokazały też, że mniejsze i większe konstrukcje mają swoje nisze. „Xiaohai” i „Xiaopai”, dwa humanoidy od High Torque Robotics, wzięły udział w wyścigu na 1500 metrów. Choć jeden z nich nie dotrzymał tempa, twórcy podkreślali, że priorytetem była stabilność i bezpieczeństwo – a takie cechy w przyszłości mogą mieć kluczowe znaczenie przy tworzeniu robotów domowych.

Nie zabrakło także chwil komicznych. W jednej z konkurencji jeden z robotów… zgubił rękę w trakcie biegu. W meczu piłki nożnej inny wywołał karambol, przewracając na ziemię pół drużyny. A jednak właśnie te niedoskonałości czyniły widowisko tak angażującym. Publiczność reagowała owacjami nie tylko na udane akcje, ale też na każdy niezdarny upadek – z czasem powstała nawet tradycja „slow clap”, czyli powolnych oklasków, które zagrzewały maszyny do ponownej próby.

Eksperci i drużyny

Za kulisami zawodów roboty może i się przewracały, ale atmosfera wśród zespołów była daleka od rywalizacji za wszelką cenę. Właściwie bardziej przypominała naukowy obóz wymiany doświadczeń.

Max Polter z niemieckiej drużyny HTWK Robotics+Nao Devils mówił otwarcie, że takie imprezy są najlepszym poligonem do testów.

– Jeśli spróbujemy czegoś nowego i to nie zadziała, przegrywamy mecz. To smutne, ale lepsze niż zainwestować ogromne pieniądze w produkt, który potem zawiedzie – tłumaczył w rozmowie z agencją Reuters.

Jego drużyna ostatecznie przegrała finał z Tsinghua University, ale Polter podkreślał, że kluczowe znaczenie ma wymiana wiedzy.

– Po turniejach publikujemy nasz kod, żeby inne zespoły mogły na nim budować i dzielić się swoimi poprawkami. Rywalizujemy na boisku, ale poza nim chodzi o wspólny postęp.

Podobne podejście prezentował prof. Antonio Fernando z Uniwersytetu Minho w Portugalii, dla którego był to pierwszy start w humanoidach po latach pracy z robotami na kołach.

– To trudniejsze i wolniejsze maszyny, ale przez to wyzwanie jest bardziej ekscytujące.

Choć jego zespół odpadł wcześnie, traktował zawody jako inwestycję w przyszłość.

– Priorytetem jest dla nas nauka, a nie wynik. Trenujemy strategie – podania, unikanie przeszkód, próby utrzymania bramkarza na nogach. Wynik sportowy przyjdzie później – podkreślał.

Holenderski zespół Nao Team Amsterdam w tym roku po raz pierwszy testował większe modele robotów, tzw. Boostery, które pozwalają na bardziej złożone algorytmy sztucznej inteligencji.

– Ich rozmiar i waga są wyzwaniem, ale to wartościowy krok naprzód. Dzięki temu możemy sprawdzać bardziej precyzyjne rozpoznawanie obrazu, płynniejszy chód i dynamiczne kopnięcia. Naszą przewagą może być szybkie podawanie – większość skupia się na dryblingu, a my stawiamy na zespołową grę – tłumaczył lider grupy.

Po stronie gospodarzy także nie brakowało refleksji. Wang Xingxing, prezes Unitree Robotics, które zgarnęło worek medali, studził nastroje.

– Sport to świetny poligon, ale algorytmy stworzone do biegu na torze nie przekładają się wprost na codzienne zadania. Jeśli robot radzi sobie z wysiłkiem i długim dystansem, to daje nam pewność, że w normalnych warunkach będzie działał stabilnie. Ale droga do codziennych zastosowań jest jeszcze długa.

Jeszcze inną perspektywę przedstawił Zhou Yuxi z High Torque Robotics, który przywiózł do Pekinu dwa mniejsze humanoidy.

– Projektujemy je z myślą o bezpieczeństwie i niskich kosztach, tak aby w przyszłości mogły trafić do domów. Większe konstrukcje sprawdzą się w przemyśle czy w trudnym terenie, ale kompaktowe maszyny mogą być towarzyszami w życiu codziennym.

To właśnie te wypowiedzi pokazują, że choć impreza była sportowa, w tle chodziło o coś znacznie więcej – o eksperymentowanie, wymianę wiedzy i budowanie globalnej społeczności inżynierów, którzy widzą w humanoidach nie tylko sportowych „zawodników”, ale przyszłych współpracowników człowieka.

Chińska strategia

O ile zachód oglądał zawody głównie w kategoriach ciekawostki technologicznej i memicznego widowiska, dla Pekinu było to coś znacznie poważniejszego. Robotyczna olimpiada była tak naprawdę elementem polityki przemysłowej. Państwo Środka od lat traktuje robotykę i sztuczną inteligencję jako jeden z filarów swojej strategii rozwojowej, a olimpiada miała udowodnić światu, że te ambicje nie kończą się na prezentacjach w laboratoriach.

Chiński rząd już dziś przeznacza dziesiątki miliardów dolarów w formie dotacji i grantów na rozwój tej branży, a według Reutersa przygotowywany jest gigantyczny fundusz wart bilion juanów (ok. 137 miliardów dolarów), który ma wspierać startupy związane z AI i humanoidami. Widać tu jasno, że stawką jest nie tylko prestiż, ale i przyszłość rynku pracy, logistyki, a nawet opieki zdrowotnej.

Na pekińskich torach, boiskach i ringach nie chodziło tylko o śmieszne upadki. Każdy taki „faceplant” to zestaw danych, który trafia do systemów uczących. Im więcej nietypowych sytuacji, tym szybciej roboty uczą się radzić sobie w świecie, gdzie nic nie jest przewidywalne. Innymi słowy – dla Chin było to nie tylko widowisko, ale masowe zbieranie „edge case’ów”, czyli przypadków granicznych.

W rozmowie z Global Times Zhao Dongwei z komitetu organizacyjnego nie ukrywał sporych ambicji.

– Naszym celem jest zbudowanie marki, która na stałe wpisze się w kalendarz międzynarodowy. Chcemy, aby Humanoid Robot Games stały się trzecimi igrzyskami – obok letnich i zimowych – łączącymi sport i technologię.

To dość śmiała wizja, ale jak najbardziej możliwa.

Nie można też zapominać, że to właśnie w Chinach powstały takie projekty jak pierwszy „robotyczny mall” czy specjalne strefy testowe dla autonomicznych pojazdów i dronów. Olimpiada wpisuje się w ten sam nurt – widowiska technologiczne stają się narzędziem promocji innowacji i jednocześnie sposobem na konsolidację całej branży wokół jednego celu.

Konkurencja nie śpi

Choć Chiny zorganizowały własne „igrzyska robotów”, to wyścig o humanoidalną przyszłość toczy się globalnie. I każdy gra tutaj inną taktyką.

W Stanach Zjednoczonych największym rozgłosem cieszą się projekty Elona Muska. Tesla Optimus ma być odpowiedzią na chińskie konstrukcje – Musk deklaruje, że w 2025 roku ruszy ograniczona produkcja, a w dłuższej perspektywie humanoidy mogą nawet przewyższyć znaczeniem samochody w jego imperium. Na pokazowych filmach Optimus składa koszulki, podlewa rośliny czy smaży jajka. Krytycy zwracają jednak uwagę, że wiele z tych prezentacji wygląda na mocno reżyserowane, a czasem wręcz zdalnie sterowane. Ale narracja jest jasna: Optimus najpierw w fabrykach, później – w domach.

Amazon stawia na bardziej pragmatyczne podejście. Już od kilku lat testuje robota Digit, stworzonego przez firmę Agility Robotics. Dwunożna maszyna przenosi pojemniki, rozładowuje dostawcze furgonetki i porusza się po magazynach bez konieczności przebudowy infrastruktury. Problem w tym, że Digit radzi sobie głównie w kontrolowanych środowiskach – a magazyny, jak wiedzą wszyscy, którzy tam pracowali, to chaos w czystej postaci. Dlatego Amazon mówi o humanoidach w kategoriach „kiedy”, a nie „czy”, ale w praktyce skala wdrożeń wciąż pozostaje skromna.

Swoje trzy grosze dorzucają też startupy. Figure AI z Kalifornii zebrało miliardy od Microsoftu, Nvidii i OpenAI, prezentując wizję humanoida do wszystkiego – od magazynów po prace domowe. Boston Dynamics od lat udowadnia, że roboty mogą robić efektowne salta i tańczyć w rytm muzyki, choć wciąż nie znalazły masowego zastosowania. Norweska firma 1X Technologies eksperymentuje z bardziej zwinymi, lekkimi modelami.

Na rynku konsumenckim najbardziej medialnym projektem jest Weave Robotics i ich robot Isaac, reklamowany jako „oczy i uszy” domu. Isaac potrafi składać pranie czy podlewać kwiaty, ale gdy się zatnie – a zdarza się to często – pałeczkę przejmuje zdalny operator. Firma określa to mianem „hybrydowej autonomii”, czyli sytuacji, w której każde ludzkie przejęcie kontroli służy jako lekcja dla algorytmów. Tyle że dla klienta końcowego oznacza to czasem, że za równowartość kilkudziesięciu tysięcy złotych kupuje maszynę, która w kryzysie musi dzwonić po „zdalne wsparcie techniczne”, by skończyć składać skarpetki.

Konkurencja jest więc ostra, ale różnice kulturowe i biznesowe w podejściu widać wyraźnie. W Chinach państwo traktuje humanoidy jak element strategiczny, w USA napędzają je głównie obietnice inwestorów i medialne zapowiedzi. Europa – poprzez drużyny akademickie – szuka przede wszystkim wymiany wiedzy i badań naukowych.

Lekcje z autonomicznych samochodów

Jeśli cała ta historia z humanoidami wydaje się znajoma, to nic dziwnego. Podobny scenariusz przeżyliśmy już dwie dekady temu w przypadku samochodów autonomicznych.

W 2004 roku DARPA – amerykańska agencja odpowiedzialna za rozwój technologii wojskowych – zorganizowała pierwsze Grand Challenge dla pojazdów bez kierowców. Piętnaście drużyn wystartowało na pustyni Mojave, a zadanie wydawało się proste: przejechać 142 mile bez udziału człowieka. Efekt? Żaden samochód nie dotarł do mety, a najlepszy wynik wyniósł… siedem mil. Jeden z pojazdów zapalił się po drodze, inne utknęły w piasku. Media uznały to za spektakularną klapę.

Dwa lata później DARPA spróbowała ponownie i tym razem kilka drużyn ukończyło trasę. W ciągu następnych lat Google (później Waymo) i inni gracze wysłali na ulice Kalifornii flotę autonomicznych Priusów, a inwestorzy zaczęli pompować miliardy w wizję świata, w którym samochód sam odwiezie nas do pracy. Wydawało się, że do pełnej autonomii zostały najwyżej trzy–cztery lata.

Tymczasem dziś, w 2025 roku, samochody w pełni autonomiczne wciąż pozostają w fazie ograniczonych testów. Waymo i Cruise jeżdżą w wybranych dzielnicach, ale pełna swoboda na drogach wciąż jest odległa. Ford i Volkswagen wycofały się z najbardziej ambitnych planów, a wielu ekspertów przyznaje, że problem jest znacznie trudniejszy, niż zakładano.

Dlaczego ta historia ma znaczenie dla robotów humanoidalnych? Bo dokładnie tak samo wyglądają dziś ich pierwsze kroki. Upadki na bieżni i niezdarne dryblingi są odpowiednikiem samochodów, które w 2004 roku wpadały do rowów. Dla laików to zabawne, dla inżynierów – bezcenne dane. I w obu przypadkach rozczarowanie może przyjść szybciej niż sukces.

Elon Musk zapowiada, że Tesla wprowadzi w pełni autonomiczny tryb jazdy „za rok” – tyle że powtarza to od… 2016 roku. Dziś jego samochody wciąż wymagają rąk na kierownicy. Czy z Optimusem będzie podobnie? Amazon obiecywał, że domowy robot Astro stanie się nieodłącznym elementem inteligentnych mieszkań, a tymczasem projekt został po cichu okrojony. Historia motoryzacji autonomicznej uczy więc pokory – droga od efektownego demo do masowego, niezawodnego produktu jest długa i wyboista.

Olimpiada robotów w Pekinie może być zapamiętana jako „dzieciństwo” tej branży, tak jak Grand Challenge było dla samochodów. Pytanie tylko, czy i kiedy nadejdzie dorosłość – i czy nie okaże się, że oczekiwania znów były zbyt wygórowane.

Codzienne realia i wyzwania

Łatwo ulec wrażeniu, że humanoidalne roboty to tylko sympatyczne (choć niezdarne) show niż faktyczna zapowiedź przyszłych pomocników domowych. Ale wystarczy zejść na ziemię, by zobaczyć cały bagaż wyzwań, jakie niosą ze sobą takie technologie.

Po pierwsze – prywatność. Robot w domu to nie tylko maszyna do podnoszenia prania z podłogi. To urządzenie wyposażone w kamery, mikrofony i czujniki, które nieustannie mapuje naszą przestrzeń i rejestruje codzienne nawyki. „Twoje oczy i uszy” – jak reklamuje swojego Isaaca firma Weave Robotics – brzmi ciepło i przyjaźnie, ale można też odczytać to jako zaproszenie do bycia permanentnie obserwowanym. W dodatku, etat technologicznych szpicli na usługach korporacji od lat jest zajęty przez nasze smartfony i konkurencji im w tej kwestii nie potrzeba.

Po drugie – koszty. Najlepszy przykład to właśnie Isaac, którego cena przekracza równowartość 10 tysięcy dolarów. Nawet jeśli potrafi złożyć pranie, trudno uznać, że to bardziej opłacalna inwestycja niż zatrudnienie człowieka, który zrobi to szybciej, taniej i bez konieczności aktualizacji oprogramowania.

Kolejna sprawa to teleoperacja – dziś wiele robotów nie jest w pełni autonomicznych. Kiedy się zatną, ktoś po drugiej stronie ekranu musi przejąć sterowanie joystickiem i pomóc maszynie dokończyć zadanie. Firmy przedstawiają to jako „hybrydową autonomię” i podkreślają, że każde takie przejęcie uczy algorytmy nowych rozwiązań. W praktyce jednak oznacza to, że część pracy i tak wykonują ludzie – tylko zdalnie. Zamiast zastępować zawody, tworzymy ich nowe warianty.

Dochodzi jeszcze temat odpowiedzialności. Co, jeśli robot przewróci się na psa i uszkodzi mu łapę? Co, jeśli potknie się na mokrej podłodze i rozbije stół wart kilka tysięcy złotych? Branża ubezpieczeniowa nie ma jeszcze gotowych odpowiedzi, a prawnicy ostrzegają, że pierwsze procesy o odszkodowania mogą nadejść szybciej, niż się spodziewamy.

Na koniec pozostaje pytanie o realną niezawodność. W Pekinie widzieliśmy konstrukcje, które potrafiły sprzątnąć pokój w dziewięć minut albo przebiec półtora kilometra, ale widzieliśmy też takie, które zamarły na starcie, gubiły części w trakcie biegu, albo wymagały interwencji technika, by znów stanąć na nogi. I to jest właśnie prawdziwy obraz tej technologii w 2025 roku: imponujące kroki do przodu, ale wciąż przetykane niezdarnymi upadkami.

Era Cylonów tuż, tuż?

Pierwsza olimpiada robotów w Pekinie pokazała wszystko to, co w technologii najbardziej ludzkie: ambicję, niedoskonałość, śmieszność i determinację. Humanoidy padały jak muchy na bieżni, gubiły kończyny w trakcie wyścigu, wywoływały karambole na boiskach piłkarskich – a publiczność biła brawo, jakby oglądała rodzące się gwiazdy sportu. W pewnym sensie tak właśnie było.

Za kulisami nie chodziło jednak tylko o widowisko. Chińskie władze udowodniły, że traktują humanoidalne roboty jako strategiczny kierunek rozwoju – warty miliardy dolarów inwestycji i gotowy stać się trzecią „olimpiadą” świata, obok letnich i zimowych igrzysk. Zachód odpowiedział medialnymi obietnicami Muska i pragmatyzmem Amazona, a akademickie drużyny z Europy dorzuciły ducha współpracy i wymiany wiedzy. To właśnie ten miks – państwowych strategii, biznesowych narracji i naukowego eksperymentowania – napędza dziś rozwój embodied AI, czyli sztucznej inteligencji ucieleśnionej w maszynach.

Czy humanoidy pojawią się w naszych domach w najbliższych latach? Raczej nie. Można zakładać, że zanim którykolwiek robot stanie się niezawodnym pomocnikiem człowieka, minie dekada, i to w optymistycznym scenariuszu. Na razie jesteśmy świadkami „dzieciństwa” tej technologii: roboty dopiero uczą się chodzić – i to dosłownie. A jednak, jak każde dziecko, już dziś potrafią przyciągnąć uwagę tłumów i zjednywać sobie sympatię.

Rozwój tego segmentu będzie trwał, choć z pewnością nie w takim tempie, jakie obserwowaliśmy w ostatnich latach w obszarze chatbotów, generatywnej sztucznej inteligencji i napędzających je LLM-ów.

Trudno dziś przesądzić, czy roboty staną się kiedyś integralną częścią codziennego życia. Jedno jednak wydaje się pewne: zbyt wiele pieniędzy i geopolitycznych ambicji zostało już włożonych w rozwój robotyki, by temat ten mógł zostać porzucony.

źródła: qz.com, livescience.com, globaltimes.cn, gizmodo.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *