Ostatnio w mediach i na portalach społecznościowych sporo mówiło się o publikowaniu informacji wprowadzających w błąd i najzwyczajniej w świecie fałszywych oraz ich szkodliwości dla odbiorców. Niekiedy liczonych w milionach użytkowników danej platformy oraz setkach tysięcy obserwatorów wybranego konta. „Zapalnikiem” do dyskusji stały się niedawne wydarzenia na Kapitolu oraz działalność internetowa byłego już prezydenta USA – Donalda Trumpa. Trump został praktycznie zbanowany albo zawieszony m.in. na Twitterze, Facebooku, Instagramie oraz YouTube i Snapchacie z powodu „publikowania szkodliwych i wprowadzających w błąd treści”. Tylko że nie każdy z decyzjami włodarzy platform się zgadza, oskarżając ich o cenzurę.

Dlatego Twitter ogłosił start pilotażowego programu Birdwatch. Pozwoli on użytkownikom na oznaczanie informacji, które ich zdaniem wprowadzają w błąd lub kompletnie mijają się z prawdą, oraz dodać do nich pewien kontekst. Na przykład pozwoli potwierdzić, czy dana informacja jest faktycznie prawdziwa (pochodzi np. z informacji prasowej), albo zwrócić uwagę, że jest faktem, ale opis może wprowadzać w błąd. Albo, w jeszcze innym przypadku, że jest totalnie fałszywa, szkodliwa i jest podłą propagandą.

Program dopiero raczkuje, ale już teraz Keith Coleman, jeden z zarządzających projektem, chwali się szerokim poparciem dla Birdwatcha od ponad 100 osób z całego spektrum politycznego USA. Każda z nich wzięła udział w rozbudowanym wywiadzie i, jak twierdzi Coleman, szczególnie pozytywnie została odebrana możliwość dodawania notatek do tweetów przez społeczność (a nie np. moderatorów Twittera albo inny organ).

Notatki z Birdwatcha na razie widoczne są tylko na specjalnej stronie i są odseparowane od „głównego” Tweetera. Dane z Birdwatch będzie można także pobierać, aby móc poddawać je bieżącej analizie.

Program na razie dostępny jest wyłącznie w USA, ale z czasem planowane jest stopniowe rozszerzanie go aż do zasięgu globalnego. O ile oczywiście wszelkie założenia Birdwatcha zdają egzamin praktyczny i pomysł się przyjmie na szerszą skalę. A o tym w dużej mierze zadecyduje społeczność użytkowników.

Pomysł wydaje się w założeniach całkiem sensowny, ale łączy się z pewnymi obawami. Niektórzy z użytkowników Twittera obawiają się, że Birdwatch stanie się po prostu „twitterową policją”, która będzie mówić w co wierzyć, a w co nie. Inni porównują program do orwellowskiego Ministerstwa Prawdy. W komentarzach pod tweetem ogłaszającym start programu nie brakuje też oskarżeń o zrzucenie roli cenzorów na użytkowników medium, dzięki czemu pracownicy Twittera zawsze będą mogli powiedzieć, że to społeczność zadecydowała o takim, a nie innym oznaczeniu posta. Druga strona cieszy się natomiast, że Twitter stanie się miejscem wolnym od fałszywych informacji. Sam Coleman zaś deklaruje, że przez cały okres pilotażowy pracownicy skupią się na uodpornieniu programu na manipulacje oraz stronniczość, co, jak sam zauważa, na pewno nie będzie łatwe.

Niezależnie od tego, czy Birdwatch bardziej budzi w nas nadzieje, czy lęk, warto programowi się przyglądać. Chociażby z tego powodu, że jego sukces lub porażka może być wskazówką dla innych portali, w którą stronę warto podążać, a w którą – niezupełnie.

 

Źródło: blog.twitter.com, theverge.com