Być może sądzicie, że pierwszy sezon Dark był genialny. Że po tak dobrym pierwszym sezonie drugi – jak w przypadku Stranger Things – siłą rzeczy musi być słabszy. Że powtórzyć coś takiego to po prostu niemożliwe.

Jeśli tak, to się mylicie.

UWAGA! Artykuł zawiera poważne spoilery dotyczące pierwszego sezonu Dark. Nie zawiera natomiast ŻADNYCH spoilerów na temat sezonu drugiego. Czytasz na własną odpowiedzialność!

Ton osobisty

Zanim zacznę, słowo wstępu – a być może wyjaśnienia.

Drugi sezon Dark obejrzałem od razu – w dzień po premierze. Jeden po drugim – wszystkie odcinki, bo nie sposób się oderwać. Już oglądając, dobrze wiedziałem, jak trudno mi będzie o nim napisać. A napisać bez spoilerów? To właściwie niemożliwe. To co najlepsze w drugim sezonie – to właśnie one, ich przedmiot, *fabuła*. Jednocześnie zaś – przez cały czas wiedziałem, że oto oglądam serial wybitny; wyjątkowy. Arcydzieło. Trudno pisać o czymś takim, nie zsuwając się w banały.

Dzisiaj nareszcie podjąłem tę próbę. Jedno powiem Wam od razu: Dark pozostawił mi w głowie bałagan. Sądziłem, że wiem, dokąd zmierza ten serial – i gdzie, tak mniej-więcej, pójdzie ten sezon. Teraz widzę, że to nonsens, a twórcy od samego początku mieli mnie w garści. Nie wiem, czy Dark jest najlepszym serialem na Netflixie. Ale na pewno jest jednym z najbardziej nieprzewidywalnych.

Takich *naprawdę* nieprzewidywalnych, nie tylko z pozoru.

Poniższy tekst nie oddaje mu sprawiedliwości – i nie to ma na celu. Jest on natomiast próbą wyrażenia emocji, które ostatni raz czułem dość dawno: oglądając Zagubionych, a które wróciły do mnie przy Dark. Dziesięć lat później to właśnie ten serial ma szansę zrobić to, czego Zagubieni nie zrobili: stworzyć spójną mitologię – i rozwiązać wszystkie wątki w rzeczywiście satysfakcjonujący sposób.

 

Sic Mundus Creatus Est

Na drugi sezon Dark składa się w sumie osiem odcinków. Ani krótkich, ani długich, ot, typowo Netflixowe 45 minut i trochę. Jak się jednak okazuje, 45 minut to więcej niż trzeba, by zbudować cały świat – i powiązaną z nim mitologię. Odcinki drugiego sezonu naładowane są bowiem treścią – niemalże od niej pękają. Jest *znacznie* lepiej niż w pierwszym sezonie (któremu, co również warto powiedzieć, także nie sposób niczego zarzucić).

Jak być może pamiętacie, pierwszy sezon zostawił nas w bardzo szczególnym momencie. Tajemniczy brodaty podróżnik z przyszłości, Nieznajomy (Andreas Pietschmann), okazał się starszym wcieleniem głównej postaci (Jonasa Kahnwalda – w tej roli znakomity Louis Hofmann). Ulrich Nielsen (Oliver Masucci) trafił w końcu do przeszłości, lecz niezupełnie tam, gdzie planował; posądzony o zabójstwa dzieci trafił za kratki sześćdziesiąt lat wcześniej – niestety, raczej bez możliwości ucieczki. Helge Doppler (Hermann Beyer), próbując powstrzymać wydarzenia z przeszłości, stał się jednym z ich powodów. Wyjaśnione zostało także, przynajmniej po części, pochodzenie „tunelu w czasie” w Jaskiniach: ich powstanie było wspólnym dziełem starszego Jonasa oraz Noaha (Mark Washke), którzy jednak doprowadzili do niego niezależnie od siebie, próbując – de facto – powstrzymać nawzajem swoje dążenia. Sam Noah zrekrutował w międzyczasie Bartosza, który, jak sądziło większość fanów, sam stanie się Noahem – prędzej lub później.

W finałowej scenie sezonu młody Jonas trafił w końcu do przyszłości – krajobraz zniszczony katastrofą, przypuszczalnie związaną ze znajdującą się w pobliżu miejscowości elektrownią atomową. Zaś chwilę potem został pojmany.

 

Stworzenie świata w ośmiu odcinkach

Drugi sezon podejmuje wątki tam, gdzie pozostawił je pierwszy. Każdy z ośmiu nowych odcinków rozpoczyna się odliczaniem: 7 dni do Apokalipsy; 6 dni do Apokalipsy; 5 dni, 4 – i tak dalej. Każdy z odcinków to jeden dzień – i kilkanaście prowadzonych równolegle wątków fabularnych rozgrywających się w kilku momentach historii Winden, pomiędzy którymi bohaterowie (przynajmniej ci, którzy znają sekret miejscowości) podróżują mniej lub bardziej swobodnie, realizując nie zawsze jasną agendę.

Jest to odwrócenie biblijnej historii o stworzeniu świata – tutaj bowiem siedem dni dzieli nas nie od jego początku, ale raczej od zagłady. Jak się jednak okazuje, koniec ma wiele wspólnego z początkiem. Jest to przewodni temat sezonu. Nawiązań do świętych ksiąg, nie tylko chrześcijańskich, jest tu także znacznie więcej. Odkrycie wszystkich ukrytych sensów i znaczeń jest praktycznie niemożliwe. Nie jest to jednak większym problemem: nawet na podstawowym poziomie serial nadal robi ogromne wrażenie – i pozwala się odczytać jako opowieść o walce „światła z ciemnością”. Rolę antagonistów przejmują najczęściej młodsze lub starsze wcielenia postaci; próbując powstrzymać własne decyzje, bohaterowie – jak w słynnym powiedzeniu Fryderyka Nietzschego – stają się tym, z czym walczyli.

Na pochwałę zasługuje także struktura każdego z odcinków, a raczej konsekwencja, z jaką poszczególne epizody tę strukturę realizują. Jest to coś, do czego przyzwyczaił nas już pierwszy sezon Dark; w drugim formę tę doprowadzono jednak do rzeczywistej perfekcji. Napięcie w odcinkach rośnie powoli, by mniej-więcej w 35-40 minucie ulec (częściowo) rozładowaniu. Tłem „rozładowujących” je wydarzeń jest każdorazowo utwór muzyczny, dobrany tak, by pasować do tematu danego epizodu; czasami jest też narracja zza kadru, rozwiązanie eksperymentalne, ale przeprowadzone iście mistrzowsko. W tym sensie drugi sezon Dark pozostaje wierny konwencji pierwszego. Emocje, które wywołuje każdy epizod, jeszcze na długo pozostają z widzami.

Będę szczery. Jest, moim zdaniem, niewiarygodne, że podobny eksperyment udało się zrealizować z tak ogromnym powodzeniem w serialu – bądź co bądź – dla każdego. W serialu, który nie powstał dla snobów, ale szerokiej grupy odbiorców. Jest niesamowite, z jaką subtelnością i elegancją twórcy Dark zdołali *przemycić* te „artystyczne kawałki” – a mimo to przedstawić serial, który bawi również… bez nich. Bo przecież nie trzeba wcale ich szukać; nie trzeba ich widzieć, by kochać ten serial. Nie trzeba ich widzieć, by dobrze się bawić.

 

Winden: miasto z własną mitologią

Dochodzimy tu do sedna, do tego, co przesądziło o popularności serialu, o jego niespodziewanie wielkim sukcesie. Do zbudowanej wokół niego oraz przedstawionych w nim wydarzeń mitologii.

Każdy naprawdę wielki serial, a w szczególności serie science-fiction, ma porządną mitologię. Zdarza się także, że – podobnie jak w Zagubionych czy Z archiwum X – fabuła ostatecznie załamuje się pod jej ciężarem. Trudno znaleźć wypadkową pomiędzy „robieniem dobrego serialu” a „fanserwisem” – obsługą fanowskich „teorii spiskowych” i spekulacji na temat sensu wydarzeń. To właśnie tu przegrali Zagubieni, którzy ostatecznie okazali się serialem robionym *bez* wizji i planu. Owszem, twórcy Lost zdołali doprowadzić swój serial do końca – i pokazać to, co ważne: walkę dobra ze złem w każdym z nas. Czy jednak zrobili to elegancko? Pamiętam, że czułem się oszukany.

Dark wypadkową tę znalazł – i zachowuje ją z gracją, przynajmniej na razie. Są też poważne szanse na to, że, będąc trylogią (bo trzeci sezon ma być ostatnim), zdoła zachować ją do samego końca. To serial zrobiony z głową i planem, a drugi sezon jest tego dowodem: bezkompromisowy i konsekwentny, idzie tam, gdzie chce się znaleźć.

Dark *buduje* mitologię; buduje ją mądrze i robi to świetnie. Daje też nadzieję na to, że w przeciwieństwie do innych seriali nie rozpadnie się przed zakończeniem – pod ciężarem dziwnych wątków i braku pomysłu na ich rozwiązanie. Najbliżej w tym wszystkim jest mu do Twin Peaks, z którym łączy go bardzo wiele. Drugi sezon jest obietnicą: „Bądźcie spokojni; wiemy, co robić”.

Jednocześnie zaś – pomimo całej swojej spójności – Dark prawie non stop zaskakuje. Twórcy z pewnością nie osiadają na laurach, a zapoczątkowane z pierwszym sezonie historie znajdują w drugim rozwinięcie tyleż logiczne, co niespodziewane. Kim jest Noah? Co będzie z Jonasem? Co stało się z Marthą? Dlaczego właściwie zabił się Michael? Po pierwszym sezonie sądzicie, że wiecie. Ale tylko Wam się zdaje. Jak będzie po trzecim? Nie umiem powiedzieć.

Ale to, co wiem na pewno, to że najlepsze nadal przed nami.

 

Poczucie kresu. Audio/video

Temat oprawy audiowizualnej serialu zostawiłem sobie na koniec. Temat to wdzięczny, bo serial jest piękny, i to zarówno pod względem zdjęć, jak i towarzyszącej im muzyki i dźwięków. Tutaj ponownie mamy do czynienia z rozwinięciem koncepcji zaprezentowanej w pierwszym sezonie. Trzeba jednak powiedzieć, że jest to rozwinięcie twórcze, nie odtwórcze. Tu także należy spodziewać się niespodziewanego.

Co urzekło mnie najbardziej? Myślę, że sposób, w jaki w drugim sezonie zarówno zdjęcia, jak i muzyka budują nastrój tego serialu. A jest to nastrój przedziwny. Bohaterowie, którzy wiedzą, gdzie skończą – tak ci młodsi, jak i starsi; towarzyszące im poczucie kresu: poczucie, że tym, kim są, nie pozostaną na zawsze – to poczucie odbieramy, jako widzowie, głównie w warstwie audiowizualnej, a przynajmniej tak było ze mną. I jest to prawdziwy emocjonalny majstersztyk. Wszystko w scenerii kończącego się lata, w dzień albo parę przed Apokalipsą. Dark uderza z wielką mocą.

Doceniam też sposób, w jaki, grając przeważnie kolorem i światłem, twórcy różnicują „czasy”, pomiędzy którymi przemieszczają się bohaterowie. Im bliżej do końca świata, tym ciemniej; im dalej, tym barwniej. Niby nic, a jednak coś, bo w przypadku serialu, którego akcja rozgrywa się równolegle w tak wielu „momentach” zakomunikowanie widzowi – w sposób intuicyjny i nienachalny – „kiedy” dzieje się to, co ogląda, wcale nie jest małą sztuką.

 

 

Podsumowanie

Nie wiem, kiedy ostatnio oglądałem coś podobnego. Jest faktem, że nie brak nam świetnych seriali. Stranger Things podniosło się w końcu z upadku; na HBO GO oglądamy Wielkie kłamstewka, które również nie zawodzą (a powiem więcej: są chyba drugim najlepszym serialem w tym roku, a kilka ich już obejrzałem). A jednak Dark… – brak mi słów.

Jeżeli zastanawiacie się, co oglądać – nie zastanawiajcie się dłużej.

Jeżeli zastanawiacie się, co obejrzeć najpierw – zacznijcie od Dark.

Jeżeli nie oglądaliście Dark wcześniej, koniecznie zacznijcie. [Jeżeli rzeczywiście nie oglądaliście dotąd tego serialu, a przeczytaliście ten artykuł, to część zaskoczeń z pewnością Was ominie. Więc nie czytajcie nic więcej, zacznijcie oglądać.]

Jeżeli, podobnie jak ja, dziesięć lat temu kochaliście się w Zagubionych – jeżeli oglądaliście ich jeszcze w telewizji, po czym zabieraliście tematy na fora i w grupy znajomych, by dokładnie je omówić – to Dark jest serialem dla Was.

Jeżeli kochacie Twin Peaks, to Dark jest serialem dla Was.

Jeżeli lubicie ambitne sci-fi…

A zresztą. Czemu miałbym się powtarzać?

Dobrze wiecie, co oglądać.