Jak potężnym medium jest Internet chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć. Tym bardziej dzisiaj, kiedy bez dostępu do Sieci nie bylibyśmy w stanie załatwić naprawdę ogromnej liczby spraw. Pandemia koronawirusa i nałożone w wielu krajach na cały świecie restrykcje dotyczące przemieszczania się, a także – po prostu – zdrowy rozsądek, sprawiły, że ludzie pozostali w domach i to właśnie ze swoich czterech ścian załatwiali sprawy urzędowe, bankowe, uczyli się, chodzili na wykłady, a także pracowali.

Nic nowego, prawda? Teoretycznie nie, ale w praktyce, obciążenie Sieci spowodowane zamknięciem ludzi w domach w Europie wzrosło na tyle, że konieczne okazało się ograniczenie jakości strumieniowania wideo przez takie platformy jak Netflix czy YouTube. Ponieważ kina, kluby, teatry, sale koncertowe i inne miejsca uciech dla ciała i duszy zostały zamknięte, aspekt rozrywkowy codzienności także przeniósł się w sporej mierze do Internetu. To wszystko również nakłada się na ogromny wzrost ruchu sieciowego, który widoczny jest już od połowy lutego. I dotyczy to zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i krajów Unii Europejskiej, a także innych wysokorozwiniętych państw. Dla przykładu – od 19 lutego do 18 marca ruch sieciowy w samym San Francisco wzrósł o 48%. W tym samym czasie, w Londynie i Paryżu ruch wzrósł o 22%. Mało tego, szacunki mówią, że ok. 50 – 60% ruchu generuje przesyłanie wideo.

Fragment stanu Kalifornia pokazująca zmianę w korzystaniu z Internetu. Czerwone kropki oznaczają miejsca, gdzie odnotowano spadek ruchu sieciowego. Zielone – wzrost. Im intensywniejszy tym spadek/wzrost większy. Źródło: cloudflare.

Vodafone, jedna z najpopularniejszych sieci telekomunikacyjnych w Europie, na podstawie swoich badań zauważyła, że ruch internetowy we Włoszech i Hiszpanii także wzrósł o niemal 50%, a „godziny szczytu” przeniosły się z godzin 18.00 – 20.00 na okolice 12.00. Usługodawca zaznacza przy tym, że pozostałych 65 krajach, w których działa sieć, statystyki wyglądają bardzo podobnie.

Na potężny przyrost użytkowników usług sieciowych zwraca też uwagę Microsoft. Zresztą, na początku marca usługa Microsoft Teams w pewnym momencie zaczęła odmawiać posługi – wszystko za sprawą 40-procentowego wzrostu aktywnych uczestników w przeciągu tygodnia. Dzisiaj użytkownicy Teams „wygadują” łącznie ponad 2,7 miliarda minut dziennie, podczas gdy jeszcze w połowie marca było to 900 milionów minut. Microsoft przewiduje też, że kiedy pandemia się zakończy, albo chociaż zagrożenie zmaleje, ruch internetowy nie spadnie do stanu sprzed epidemii. Przyczyna jest prosta – wiele firm i pracowników doświadczy niewątpliwych plusów pracy zdalnej i prostu w takim trybie będzie kontynuowało swoją pracę. Usługi i formy zarządzania, które zostały teraz przeniesione do Sieci, również z pewnością już tam pozostaną. Z sytuacją gwałtownego przyrostu użytkowników musiały się także zmierzyć usługi Slack, Zoom oraz Google.

Wszystko, co wymieniłem, a jest to zaledwie wierzchołek góry lodowej i podobnych danych bez problemu można znaleźć jeszcze więcej, prowadzi do wniosku, że rozbudowa, optymalizacja i zwiększenie przepustowości infrastruktury sieciowej jest koniecznością. I to nie koniecznością „na jutro”, ale „na już”. Wiedzą też o tym doskonale wymienieni wcześniej giganci, czyli Microsoft i Google, ale też Amazon, Dropbox, Apple i inne korporacje mocno stawiające na usługi sieciowe, dlatego już teraz intensywnie zaczynają działać w tym kierunku i są świadomi konieczności wydania niemałych pieniędzy na aktualizację tego, co już zbudowano, a także konieczność rozbudowy serwerowni.

Wojny i epidemie zazwyczaj stawały się motorem napędowym dla zmian i wydaje się, ze ludzkość po zakończeniu epidemii może być jeszcze bardziej zależna od Internetu niż dzisiaj. Ale to też żadnym oryginalnym proroctwem nie jest.

 

Źródło: techspot.com, theverge.com