Kto z nas ma prawo oceniać Apple? Czy sam fakt, że korzystamy ze sprzętu tej firmy, z iPhone’ów, iPadów czy innych MacBooków, uprawnia nas do oceny? Czy jesteśmy kompetentni – lub, innymi słowy, czy, oceniając pracę dziesiątek, może setek specjalistów, pracę czasem wieloletnią, nie pozwalamy sobie na więcej, niż – być może – powinniśmy?

Artur ma rację: czasy, kiedy spragnieni innowacji fani Apple czekali pod sklepami tej marki na Zachodzie – gdzie pojechali specjalnie po sprzęt – powoli odchodzą dziś do przeszłości. Apple, czy tego chcemy, czy nie, obrało inną drogę. Czy jednak możemy mieć pewność, że jest to zła droga? Ostatecznie – samej firmie nigdy dotychczas nie wiodło się lepiej. Nigdy dotąd nie zarabiała *aż takich* pieniędzy. A przecież to właśnie o to tu chodzi: o zarabianie pieniędzy.

Bo przecież nie o zmienianie świata na lepsze, nieprawdaż?

Quo vadis, Apple, czyli iPhone 11

O pokazanym na wczorajszej konferencji sprzęcie można powiedzieć wiele, ale, niestety, niewiele dobrego. To smutne – po prostu. Myślę, że wszyscy fani Apple obawiali się, że informacje, które wyciekły do Internetu – w tym, między innymi, zdjęcia nowego modelu iPhone – okażą się prawdą. Myślę też, że wszyscy, z piszącym te słowa włącznie, wypierali tę możliwość. Czy firma, która dała nam iPhone 4, 6 i X, może wypuścić coś podobnego? Nie; to przecież niemożliwe.

Jak się jednak okazuje, nie tylko jest to możliwe, ale również jest to faktem. iPhone 11 prezentuje się dokładnie tak jak na grafikach, które obiegły świat parę miesięcy temu. Modeli tym razem mamy trzy, iPhone 11, iPhone 11 Pro oraz iPhone 11 Pro Max.

Ten pierwszy, czyli iPhone 11, to zdecydowanie model budżetowy (o ile za budżetowy możemy uznać telefon w cenie ~3500 zł w najniższej konfiguracji). A drugi? iPhone 11 Pro – to brzmi dumnie. Już teraz jednak, a wciąż nie wiadomo o nim wszystkiego, pojawiają się opinie ekspertów, którzy twierdzą, że iPhone 11 Pro jest „pro” tylko z nazwy. Dodawanie tego „dookreślenia” do nazwy MacBooków sprawdziło się świetnie, ale to głównie dlatego, że MacBooki Pro rzeczywiście stanowią wartościową propozycję dla profesjonalistów. Tymczasem jaką propozycją jest iPhone 11 Pro? Może sprawdzić się w rękach vlogerów czy YouTuberów, ewentualnie fotografów-amatorów; ale i na tym polu musi ustąpić przed prawdziwie profesjonalnym sprzętem do nagrań czy fotografii. Po prostu.

Do tego dochodzi iPhone 11 Pro Max, który pomyślany został jako zastępnik ubiegłorocznego iPhone XS Max – i jako taki zapewne sprawdzi się nieźle, o ile znajdzie się ktoś na tyle szalony, by wymieniać telefon z roku na rok, szczególnie w tej cenie. Osobiście stoję na stanowisku, że telefon powinien mieścić się w kieszeni. Z tego też względu wszystkie Apple’owskie „Plusy” i „Maxy” są dla mnie z góry na przegranej pozycji. Możliwe jednak, że jestem uprzedzony.

Oceniać Apple

I to jest ten moment, kiedy musi paść pytanie:

Kim my jesteśmy, by to oceniać?

Tak, to prawda – każdy z nas obserwuje Apple, interesuje się losami tej firmy, jej sprzętem i technologią. Znamy ją – to oczywiste. Czy jednak, krytykując tegoroczny sprzęt, nie popełniamy tego samego błędu, który zdarzało się popełniać „słabszym” konkurentom firmy z Cupertino? A co, jeśli to Apple ma słuszność – i własnie tędy należy iść dalej? Może sztab analityków, ten mityczny sztab analityków, który Apple niewątpliwie posiada, ma więcej racji od nas, a najnowsze iPhone’y okażą się – niespodziewanie – strzałem w dziesiątkę?

Już dziś można przypuszczać, że rynek dowiedzie słuszności ich wniosków. Ich, a nie naszych. Że wyniki finansowe giganta z jabłkiem w logo po raz kolejny utwierdzą jego zarząd, z Timem Cookiem na czele, w przekonaniu o słuszności tej strategii. Czy w konsekwencji pójdą z nią dalej, zalewając rynek kolejnymi iteracjami wtórnego i nudnego sprzętu, tak jak w tym roku? Tego nie wiemy. Wyniki finansowe niewątpliwie są jednak jakimś wskaźnikiem, szczególnie w biznesie. Więc czemu się dziwić?

A jednak dziwię się, i to dziwię się coraz bardziej, bo to, co zaprezentowało Apple, choć z pewnością „całkiem niezłe”, nie robi na mnie większego wrażenia – zabrakło tam efektu „wow”, efektu „awesome”. I nie – nie wiem więcej niż analitycy tej firmy. Nie wiem, ile pracy włożyli projektanci i inżynierowie Apple w „wypłaszczenie” aparatu na tyle obudowy nowych iPhone’ów. Na pewno włożyli jej sporo. W porównaniu z XS-em czy XS Maxem bez wątpienia jest to postęp. Czy jednak właśnie tego spodziewamy się po Apple? Czy chcemy dać się przekonać – my, fani tej marki – że „wypłaszczenie aparatu” to wyjątkowe osiągnięcie w dziedzinie designu? Czy Wy kupujecie tę opowieść? Bo mnie to nie przekonuje.

Więc kim my jesteśmy, by to oceniać? Jesteśmy fanami – to przede wszystkim. Interesujemy się tą marką. Związaliśmy się z jej produktem; zainwestowaliśmy w nią – nie pieniądze, ale emocje. Nasze postawy są wypadkową treści lansowanych przez Apple’owski marketing oraz naszych oczekiwań w stosunku do sprzętu. Ale dziś, w czasie, kiedy to, co prezentuje Apple, nie przystaje do tego, co Apple mówi – kiedy produkt nie jest już odbiciem wartości promowanych przez marketing – trudno nie poczuć się oszukanym.

Najzwyczajniej oszukanym.

Jak meszin lerning ratuje planetę

Na konferencji padło stwierdzenie, że baterie w najnowszych iPhone’ach 11 Pro – zarówno w wersji podstawowej, jak i tej z większym ekranem – będą pracować lepiej niż dotąd, umożliwiając dłuższą pracę po odłączeniu telefonu od źródeł zasilania. Owszem, to ważne, szczególnie w kontekście kryzysu wizerunkowego, z którym niedawno mierzyło się Apple, a który dotyczył właśnie baterii. Ale czy to najważniejsze?

Moim zdaniem to właśnie ten moment konferencji, ten własnie moment prezentacji najnowszych urządzeń, dowodzi, jak niewiele Apple ma tak naprawdę do pokazania. Baterie w nowych telefonach będą działać lepiej – jeśli wierzyć prelegentom – dzięki zastosowaniu technologii uczenia maszynowego do analizy danych dotyczących wydajności ich poprzedniczek. To właśnie badania przeprowadzone z zastosowaniem algorytmów machine learning miały umożliwić inżynierom Apple stworzenie tej „nowej jakości” na rynku baterii.

Naprawdę? Mój Boże – cóż to za nonsens?

Okej: do brzegu. Jest jasne, że podobne badania przeprowadza się z wykorzystaniem uczenia maszynowego. Kiedy pracujesz z Big Data – a Apple z całą pewnością ma ogromną ilość informacji na temat sposobu, w jaki ich telefony pracują z baterią – jest to właściwie jedyna możliwość. Cieszę się również, że ich datolodzy (bo tak idzie po polsku „Data Scientists”) potrafią pracować z takimi zestawami informacji: odpowiednio je oczyścić, przygotować, dobrać algorytm – czy też zestaw algorytmów; że potrafią dostroić ich parametry. To bardzo miło i bardzo uprzejmie, umówmy się jednak: robi to każdy.

Robią to w Samsungu i robią w Huawei; robią to gdziekolwiek zechcesz. Co z tego?

Prawdę mówiąc, kiedy słyszę o bateriach budowanych z wykorzystaniem wniosków pozyskanych za pomocą tego „meszin lerningu”, to mam nieodparte wrażenie, że ktoś robi ze mnie głupka. To trochę tak, jak gdybym wmawiał komuś, że czyni mnie lepszą osobą fakt, że oddycham powietrzem, a wydycham CO2. Że poruszam się z udziałem mięśni. Umówmy się: uczenie maszynowe to gorący temat, ale robienie z niego czegoś, czym nie jest – i robienie tego na pokaz, co więcej w tak bezczelny sposób – to trochę za dużo.

Konferencje Apple mają swoje za uszami, i wszyscy to wiemy. Wiemy, że management tej firmy odpowiada za powszechne rozmycie znaczenia wszystkich nacechowanych emocjonalnie przymiotników oceniających w języku angielskim, takich jak choćby „great” czy „awesome”. Słowa te, ilekroć padają na tych eventach, pozbawione są jakiegokolwiek prawdziwego znaczenia. Są tam po prostu po to, by były; trochę bo muszą, a trochę bo mogą. Jobs potrafił zrobić z nich rzeczywiste narzędzie ekspresji, ponieważ na co dzień komunikował się w ten sposób (czy nie świadczy to o brakach w słownictwie, to inna kwestia). Ale ten niesamowity meszin lerning, który podnosi wydajność baterii, a przy okazji ratuje planetę (no, to już dopowiedziałem, ale poważnie, to mogło tam paść)? Kim my jestesmy, by to kupować? Kim stali się oni, by chcieć to sprzedawać?

Dziale marketingu Apple, stać Was na więcej. Wy także byliście innowacyjni. Co Wam się stało?

Design, software i hardware

A propos baterii. Hardware tych urządzeń, chociaż nie wiemy o nim wszystkiego, również budzi wątpliwości. Owszem, najnowsze iPhone’y są bardzo mocne; to potężne komputerki. Procesor A13 Bionic jest lepszy niż procesor A12 Bionic. Czy lepszy na tyle, by uzasadniać „obudowywanie go” nowym sprzetem – nowym flagowym modelem iPhone? Rynek wymusza na Apple określony cykl wydawniczy, a zyski potwierdzają jego zasadność. Ale czy strategia ta faktycznie sprawdzi się na dłuższą metę?

Jak by nie było: z designem jest kiepsko (w sensie: zmiany w iPhone’ach są absolutnie marginalne, i trudno powiedzieć, czy wszystkie na lepsze), więc tylko software i hardware może coś zmienić. Z softem nigdy nie było problemu; to najlepsze, co ma Apple. A co z samym sprzetem? Tego dowiemy się tak naprawdę dopiero użytkując najnowsze iPhone’y. Choć, prawdę rzekłszy, ja jakoś szczególnie na to nie czekam. W zasadzie to równie dobrze mógłbym „przespać” tę konferencję. Sposób, w jaki patrzę na segment urządzeń mobilnych, jest taki sam jak przedwczoraj. No, może dziś spoglądam na to odrobinę bardziej pesymistycznie: innowacje tracą rozpęd.

Wracając zaś do kwestii hardware. Powiedzcie mi, proszę, ale tak szczerze. Czy ktokolwiek z Was, jeżeli jesteście posiadaczami najnowszych iPhone’ów, rzeczywiście jest w stanie „przeżreć” jego moc obliczeniową? Czy wykorzystujecie ją – w jakikolwiek autentyczny sposób – do czegokolwiek innego niż rozpoznawanie twarzy? FaceID jest technologią z kosmosu – i technologią wymagającą. Ale czy potrzebuję technologii tego poziomu – technologii na miarę armii, wywiadu – żeby generować emotikony na czacie?

To nie jest pytanie o to, czy A13 Bionic jest super. Na pewno jest super. To jest pytanie o to, czy my go potrzebujemy.

Podsumowanie

Boję się trochę, że pisząc to, co piszę, gram w niewłaściwej drużynie. Że rację będą mieli, jak poprzednio, po premierze iPhone 6, a potem iPhone X, entuzjaści. Wtedy jednak należałem do ich obozu – i czułem, że pomimo krytyki i niechęci w punkcie wyjścia pomysły ludzi od produktów z jabłkiem mają sens.

Dzisiaj nie czuję. Mam za to wrażenie, że ktoś chciałby zrobić ze mnie idiotę, sprzedając mi „baterię z meszin lerningiem”. Dobrze przynajmniej, że nie z lotem załogowym na Marsa do 2025 roku. Czuję się oszukiwany, w dodatku oszukiwany za pomocą oszustw, które ewidentnie obliczono na kogoś głupszego. A nie znam nikogo, kto, oglądając konferencję Apple, chciałby się poczuć właśnie w ten sposób. Ale może ja się mylę, a tu chodzi właśnie o to?

Ta „bateria z meszin lerningiem” to chyba najlepsze podsumowanie tego, co mam do powiedzenia o tegorocznej konferencji Apple. Rozumiem, że nie stać ich na coroczne innowacje. Że technologia nie gna do przodu z aż taką prędkością. Że status quo też jest dobry. I że flagowce nie mogą zmieniać się z roku na rok – że nigdy się nie zmieniały i nigdy nie będą. I bardzo dobrze, bo nie powinny. Dlatego też nie oczekuję wcale, że Apple co roku będzie ogłaszało coś nowego i przełomowego. Wiem, że ta firma tego nie robi.

Czego zatem oczekuję?

No cóż – uczciwości?

Chociaż nie oczekuję od Apple, że co roku będzie prezentować nam nowości, może trochę oczekuję, gdzieś po kryjomu, że… któregoś roku nie zaprezentuje niczego?