Co roku obiecuję sobie, że to już ten moment, że nie dam się nabrać kolejny raz. Że nie uwierzę w marketingowe hasła, zwiastuny z hucznymi zapowiedziami, slogany o „najbardziej realistycznej piłce w historii” i zapewnienia, że „tym razem naprawdę coś się zmieniło”. A potem przychodzi premiera nowej odsłony FIFY, a właściwie już EA Sports FC (w tekście będę używał starej nazwy z hołdem dla dawnej świetności), no i historia zatacza koło. Kupuję (tym razem tylko 10-godzinny dostęp), gram i… zakopuję się we frustracji. Niestety najnowsza odsłona jest symbolicznym potwierdzeniem, że twórcy i gracze od dawna kręcą się w miejscu. Oczywiście udając, że wszystko jest fajne i piękne.
Żeby nie było: nie piszę tego z pozycji naczelnego hejtera serii. Wręcz przeciwnie: jestem graczem, który dorastał z nią od 2008 roku. Dobrze pamiętam czasy, gdy nowa FIFA faktycznie oznaczała coś więcej niż kosmetyczne poprawki. Gdy odpalenie meczu dawało autentyczną frajdę, a nie poczucie obowiązku, bo “trzeba grindować”. Dziś, po zaledwie kilkunastu godzinach z FIFĄ 26, czuję zmęczenie. Po kilku tysiącach godzin w wirtualnym świecie futbolu, po ograniu kilkunastu części, prawie nie czuję ekscytacji. Niemal nie widzę ciekawych rzeczy, ba, nawet nie chce mi się brać pada, przyjmować pozycji bojowej i rozwalać na boisku innych, jak zawsze miałem to w zwyczaju. Mam po prostu dość. To znowu cholernie smutny, odgrzewany kotlet.
Flagowy tryb ma pożerać czas i energię. Bardziej niż zwykle
Nie da się mówić o FIFIE 26 bez poruszenia tematu Ultimate Team. To serce tej gry, właściwie jej finansowy motor napędowy i główny powód, dla którego większość graczy wydaje około 300 zł na premierę. Problem polega na tym, że Ultimate Team coraz bardziej przypomina w korporacyjny projekt nastawiony na maksymalizację zaangażowania, najlepiej mierzonego w godzinach i pieniądzach. Mający uzależniać i “motywować” do kupowania wewnętrznej waluty. To wkurza.
Żeby nadążyć za najbardziej aktywną grupą graczy UT, w jakiejś części musisz godzić się na takie warunki. Trzeba poświęcić grze spore ilości czasu, żeby czerpać z niej satysfakcję. Codzienne wyzwania, weekendowe ligi, eventy ograniczone czasowo, ciągłe rotacje kart. Jeśli wypadniesz z tego rytmu choćby na tydzień, momentalnie czujesz, że jesteś – mówiąc kolokwialnie – mocno w plecy. Nie mówię, że rywalizacja przestaje być uczciwa, bo nie opiera się na umiejętnościach. Nie, bo jak mawia klasyk: skilla nie kupisz. Ale nie da się ukryć, że dostępność czasowa jest tutaj kluczowa.
Internet od wielu tygodni pełen jest głosów graczy, którzy narzekają na to samo. Pojawiają się nawet stwierdzenia, że FIFA 26 wymaga grania jak na etacie. Jeśli nie wchodzisz do rozgrywki codziennie, „nie farmisz punktów”, nie śledzisz trendów i ogółem aktualności. Po prostu tracisz szanse na rzecz tych, którym czasu absolutnie nie szkoda. No i gdzie tu przyjemność? Z tej presji bycia chomikiem w kole?

Kolorowy chaos i pierdyliard kart. FIFA 26 rajem dla ludzi z ADHD
Moim zdaniem, jednym z głównych problemów Ultimate Team w FIFIE 26 jest przesyt… właściwie wszystkiego. Na czele z kartami, których jest zwyczajnie za dużo. Specjalnych, limitowanych, eventowych, promocyjnych, jubileuszowych, sezonowych – serio, można wymyślić typów do woli i właśnie to robią twórcy. Nie ma takiego miesiąca, a nawet tygodnia, żeby nie uraczyć graczy swego rodzaju nowym świecidełkiem. To łączy mi się z chaosem wizualnym, mnogością opcji, ot, takim medium, które pobudza i jednocześnie rozprasza jak feed na Tik Toku. To już nie jest moja FIFA. W „mojej” najważniejsze było rozgrywanie meczów, z resztą bajerów jako opcjonalne tło.
Zresztą nie tylko ja zwracam uwagę, że ten „festiwal kolorów” zabił poczucie bardziej naturalnej progresji. Dość powiedzieć, że kiedyś trafienie mocnej karty było naprawdę dużym wydarzeniem. Pamiętam, jak tuż po premierze w zwykłej paczce trafiłem kiedyś Lionela Messiego. Wow, to było coś. A potem nastały takie czasy, że miesiąc później byle Jasiek mógł dostać lepsze statystyki na karcie, bo… czemu nie. Dziś nawet karty legendarne potrafią stracić wartość po zaledwie kilku tygodniach, bo zaraz pojawia się kolejna wersja, jeszcze szybsza, jeszcze mocniejsza.
Dlatego też cykl życia najważniejszego trybu, jakim jest Ultimate Team, zaczyna umierać po kilku miesiącach. Nie dlatego, że gracze się nudzą, ale dlatego, że system sam się przejada. Że w pewnym sensie FIFA zjada swój własny ogon.
To idealne środowisko do szybkiej stymulacji i natychmiastowej nagrody. Idealne dla dzieci z ery TikToka, dla osób, które nawet nieświadomie szukają strzałów dopaminowych. Szkoda tylko, że to fatalny scenariusz dla kogoś, kto chce skupić się na graniu w piłkę. Bez ozdobników. Bez mocnych sugestii, a może wręcz zmuszania do konkretnego stylu bycia w rozgrywce wieloosobowej, jakim jest totalny „grind”.
FIFA 26, czyli znowu bezduszna maszynka do robienia pieniędzy
Najbardziej boli mnie fakt, że FIFA 26 oddaliła się od korzeni. Nie dość, że przestała wyraźnie rozwijać się technologicznie (każda kolejna wygląda jak łatka do poprzedniej), to jeszcze ma tę cholerną politykę nastawioną na zarabianie pieniędzy. Jeszcze bym to przełknął, gdyby za taką formułą szedł rozwój, ale jest on tak marginalny, że aż zadziwiający.
To problem, o którym coraz głośniej mówi społeczność. Fora poświęcone FIFIE, Reddit, X – wszędzie powtarzają się te same zarzuty. Ciągły brak balansu, oskryptowanie zagrań bardziej opłacalnych i mniej, bugi pojawiające się nawet na turniejach e-sportowych… Niezależnie od tego, czy ktoś świetnie operuje zespołem na wirtualnym boisku, czy niekoniecznie, jedno jest pewne. Poczucie kontroli nad grą z biegiem lat nie staje się lepsze. Sam to czuję aż nadto.

A EA sobie zarabia, jakby nigdy nic. W świecie dóbr multimedialnych mówi się, że głosujemy portfelem. To prawda, bo wystarczy zobaczyć, jaką presję potrafią narzucić gracze czy widzowie, gdy na przykład torpedują konkretne platformy, odejmując spory kawałek subskrypcji w ramach jakiegoś protestu. Wtedy twórcy panikują i coś zmieniają, ale tu… No nie, nie muszą. Bo raz, że konkurencji na rynku nie ma, dwa – nie mam wrażenia, że krytykujący FIFĘ faktycznie masowo się od niej odwracają. Dlatego widzę tutaj tytułowy syndrom sztokholmski.
Jest jeden jasny punkt. To kariera jednego zawodnika
Mam tej grze wiele do zarzucenia i jeszcze do tego wrócę. Ale nie chcę przesadzić, ba, muszę oddać twórcom, że ten konkretny tryb po prostu się broni. To kariera jednego zawodnika, dzięki której mógłbym podciągnąć swoje narzekania do tezy, że FIFA 26 ma swoje momenty. Może to nie Football Manager, nie taki poziom zaawansowania w szczegółach, ale mam tu więcej „mięsa”. Więcej piłki w piłce. Więcej tego, co faktycznie jest bliższe realizmowi i daje frajdę.
Pojawiło się choćby więcej wydarzeń wpływających na rozwój piłkarza. Przykład? Można inwestować pieniądze z kontraktu nie tylko w siebie, ale też na przykład w drużynę e-sportową, która ma tworzyć dodatkowy dochód. Czegoś takiego 10 lat temu akurat w FIFIE bym nie wymyślił, a cieszy, serio. Twórcy ruszyli głową. Mamy też fajniejszy system relacji z trenerem i zespołem, bardziej rozbudowane decyzje dotyczące ścieżki kariery, ot, ogółem jest więcej klikania dla chętnych, ale w ramach zdrowego rozsądku. I co ważne, rozwój umiejętności jest czytelniejszy, a mecze w tym kontekście są lepiej opakowane. Po prostu czuć, że EA dołożyło trochę starań. Nie było tu auto-pilota i lenistwa jak w trybach wieloosobowych.
Niestety, mimo dużego plusika, jest jeden problem. To za mało, żeby usprawiedliwić cenę za grę, która sięga 300 zł w okresie premierowym. A bliżej 100 zł jak obecnie? Lepiej, tu pokusiłbym się nawet o nieśmiałe polecenie z jeszcze jednego względu, o którym za chwilę.

Oczywiście FIFA ma więcej do zaoferowania, ale nie udawajmy, że większość kupujących nie zaopatruje się w nią jak w subskrypcję, którą odnawia co roku. Że największą uwagę skupia dostęp do Ultimate Team, a potem dopiero inne rozgrywki w różnym stopniu preferencji i zaangażowania. To znaczy: jakkolwiek postawimy sprawę, jakkolwiek nie próbowałbym obronić nielicznych mocnych stron tej odsłony (a może i ostatnio całej serii), nie czuję, że z innego powodu niż sentyment czy przyzwyczajenie warto głębiej sięgnąć do portfela.
Kanapa, pad i koledzy – klasyk warty tych pieniędzy?
Drugim powodem, dla którego być może warto posiadać FIFĘ, czerpiąc z niej więcej pozytywnych emocji niż złych, paradoksalnie nie jest sama gra. To fakt, że ogółem FIFA, właściwie niezmiennie od kilkunastu lat, wciąż potrafi być świetna, gdy gra się razem z kolegami na jednej kanapie. Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że nawet w społeczności, która nie do końca utożsamia się z serią, to już pewna tradycja. Gra leży na półce albo czeka na dysku akurat pod kilka, może nawet kilkanaście okazji w roku, gdy ludzie zbierają się ekipą przed konsolą. Co jak co, ale to się chyba nigdy nie zestarzeje.
W takich momentach zapomina się o mikrotransakcjach, szeregu wad i o tym, że gra głównie frustruje. Wtedy liczy się czysta zabawa i to, że chcemy dokopać koledze obok. A jeśli się nie uda – trudno, i tak jest będzie śmiesznie. Dlatego, nawet jeśli FIFA zaczęła mnie zniechęcać, wiem, że jak kiedyś kupię konsolę do mieszkania, chociaż raz na dwa lata, po części z myślą o innych, kupię grę. I myślę, że w takim podejściu nie jestem odosobniony.
Sęk w tym, że to nadal naciągany argument, dlaczego warto przy tej serii trwać. Jeden z niewielu. Pod konkretną tezę. W rozmowie akademickiej, na twarde fakty, w ten sposób FIFY bym nie obronił, mimo całej mojej sympatii.

Nabieramy się na FIFĘ, a lepiej z jej stagnacją chyba nie będzie
FIFA 26 nie jest grą tragiczną. Powiedziałbym, że jest przeciętnym tytułem w przebraniu wielkiego hitu, z metką gry AAA. Ciągle dostajemy ten sam, odgrzewany kotlet, tak jakbyśmy chodzili po ten sam kebab albo zestaw w McDonaldzie. Jeśli ktoś lubi taką powtarzalność – okej, to też nic złego. Ale czasami przychodzi moment, gdy coś się psuje, albo gdy mamy wrażenie, jakby się przejadło. Ja jestem właśnie w tym punkcie.
Przy każdej kolejnej odsłonie zawsze myślę: „Kurczę, szkoda, że FIFA to gra bezpieczna do bólu”. Nie ryzykuje, nie eksperymentuje, nie próbuje redefiniować formuły. Zmiany są minimalne, często kosmetyczne. Okej, sprzedaż wciąż jest ogromna, ale ile można? Czy za dwanaście miesięcy znów damy się nabrać? A może to faktycznie syndrom, który nie pozwala nam z gry zrezygnować? Bo obcowanie z futbolem, zwłaszcza z perspektywy fana sportu, nie pozwala na inny wybór? Bo jest przedłużeniem realnego świata?
Piłka nożna jest uniwersalnym językiem. Gdyby było inaczej, gdyby nie była najpopularniejszym sportem na świecie, jestem pewien, że FIFA miałaby problem. Ewolucji tu nie uświadczymy, bo najwyraźniej większość graczy macha na to ręką, nie oczekuje jej. No, chyba że w przyszłości nowe szefostwo w EA stwierdzi, że warto chociaż odrobinę zmienić kurs, ale to wciąż tylko marzenie ściętej głowy. A że człowiek lubi żyć marzeniami, jeszcze nie raz każdy z nas, w tym ja, będzie się łudzić, że wszystkie te rzeczy – od mechaniki gry, przez ciąglę tę samą grafikę, po bycie maszynką do dolarów – się zmienią. I tak w kółko. Zapewne co roku. Dopóki nie pojawi się poważna konkurencja, ale jej na horyzoncie niestety nie widać.




Dodaj komentarz