Pięć lat później… Cyberpunk 2077 jest dziełem wybitnym

Grudzień sprzed pięciu lat zapisał się w historii gamingu i nikt z ręką na sercu nie powie, że było inaczej. Cyberpunk 2077 od CD Projekt Red zadebiutował w atmosferze, której nie da się porównać chyba z żadną inną premierą ostatniej dekady, a która równać się może z premierami GTA czy – tak, zgadliście! – Wiedźmina.

Ogromne oczekiwania, marketingowa machina rozkręcona do czerwoności, obietnica rewolucji w otwartym świecie i narracji – wszystko to sprawiło, że dzień 10 grudnia 2020 roku był bardziej wydarzeniem kulturowym, niż zwyczajnym debiutem kolejnej gry AAA. Czekali na nią wszyscy. Nawet ci, którzy nigdy po tego typu gry nie sięgali. Ba, także ci, którzy częściej zaglądają w słupki na giełdzie, niż w kartę rozwoju postaci.

Sęk w tym, że tamtego dnia zobaczyliśmy jednocześnie niespodziewane i brutalne zderzenie oczekiwań z rzeczywistością. Gra była świetna, ale czy tak genialna, czy warta magicznej oceny 10/10, do której niewątpliwie aspirowała? Nie, absolutnie nie, choć dziś, oczywiście po latach poprawek i po dodatku Phantom Liberty, Cyberpunk 2077 jawi się jako produkcja kompletna. A dla mnie to nie tylko wizualno-fabularny majstersztyk, ale też sentymentalna podróż i doświadczenie, którego po prostu nie da się zapomnieć.

Cześć, to znowu ja, V!

Burzliwa premiera i błędy, których można było uniknąć

Oj, co to było za kino. Zdaję sobie sprawę, że trudno mówić o Cyberpunku 2077 bez cofnięcia się do przykrych zdarzeń dla graczy. One ciągnęły się dniami, tygodniami, a potem miesiącami. Nie zapomnę narzekań zwłaszcza konsolowców poprzedniej generacji, bo właśnie z ich perspektywy gra bywała wręcz niegrywalna. Spadki płynności do kilkunastu klatek na sekundę? Norma. Tekstury doczytujące się na oczach gracza, znikające postacie NPC? A jakże, odhaczone. Samochody pojawiające się znikąd, zapadające się drogi? Zmora wielu graczy.

Do tego przeciwnicy wchodzący w ściany, złe skrypty zadań, które potrafiły się zawieszać. Brak reakcji świata na działania gracza czy kuriozalne sytuacje z AI policji, która dziwnym trafem potrafiła teleportować się tuż za plecami gracza. Tego było tak dużo, że aż trudno było w to uwierzyć. I naprawdę szkoda, że “Redzi” sami ukręcili na siebie bata. Tworzyli coś nowego, ogromnego i ambitnego, dając sobie na to za mało czasu.

Zacna ekipa!

Z drugiej strony muszę być uczciwy i podkreślić, że na swoją kopię nie powiedziałem ani jednego złego słowa. Łut szczęścia? Być może. Moja wersja gry kupiona tuż po premierze, oczywiście w pięknym pudełku, prosto na PC, nie miała żadnych problemów. Wiem, że byłem w mniejszości i w ocenie mogę nie być tak surowy, mimo że jako fana bolało mnie to podwójnie. Widziałem bowiem, że spod wtedy wadliwej warstwy technicznej wyłaniał się potencjał na coś wyjątkowego, na dekady.

Gracze byli w kropce – jak to oceniać? Surowo czy z przymknięciem oka? Oddajemy grę i czekamy na lepszy moment czy gramy pod wpływem hype’u? Niezależnie od decyzji, zaufanie do studia, które wcześniej stworzyło Wiedźmina 3, zostało mocno nadszarpnięte.

Droga od kryzysu do budowy gry… ciekawszej świata twórczo niż GTA?

To, co wydarzyło się później, jest już właściwie podręcznikowym przykładem odbudowy gry jako usługi i dzieła artystycznego. Nie to, że teraz mamy chwalić każdego, kto za pierwszym razem spieprzy robotę, a potem powie: “Patrzcie, naprawiłem, proszę o pochwały!” Nie tędy droga w żadnej branży. Ale trzeba oddać pracownikom CD Projekt Red, że nie porzucili Cyberpunka.

Kolejne łatki poprawiały wydajność, eliminowały krytyczne bugi i stopniowo szlifowały systemy rozgrywki. Z czasem zmieniono działanie policji czy balans perków, system cyberwszczepów, odświeżono cały interfejs, a nawet zachowanie tłumów w Night City. Słowem: opłacało się przełknąć gorzką pigułkę i czekać.

Kulminacją tej drogi do odkupienia (przynajmniej częściowo) zaufania była aktualizacja 2.0 i dodatek Phantom Liberty. Mam wrażenie, że dopiero wtedy Cyberpunk 2077 stał się grą, jaką miał być od początku. Mechaniki w końcu zaczęły ze sobą współgrać, strzelanie dawało więcej frajdy, a rozwój postaci na różne sposoby miał większy sens. Poza tym Night City przestało być tylko piękną atrapą, a zaczęło reagować na gracza w bardziej zauważalny sposób. Zaczęło żyć. Straszyć. Hipnotyzować.

Czasami w naszej głowie pojawi się pasażer na gapę…

Night City jako wizualno-fabularny majstersztyk

Oczywiście od samego początku jednym z największych atutów Cyberpunka było Night City. To bohater drugiego planu. Pamiętam pierwsze kroki po tym mieście, jazdę samochodem, odwiedzanie niebezpiecznych zaułków, próbę zachodzenia przeciwników w cyberpunkowych slumsach. Ale muszę przyznać, że dopiero z czasem “Redzi” dogotowali i doprawili swoje danie. I tak teraz, z pełną odpowiedzialnością, mówię wprost: to miasto stało się jednym z najlepszych w świecie gier z otwartym światem, a ma też potencjał na bycie najlepszym. Może w następnej części? Kto wie.

Podoba mi się po powrocie do gry to samo, co urzekało kilka lat temu. Night City żyje – neonami, deszczem, brudem, bogactwem i beznadzieją. Architektura inspirowana brutalizmem, azjatyckimi metropoliami i futurystyczną wizją kapitalizmu (bez hamulców) tworzy przestrzeń, której nie da się pomylić z żadną inną grą. To też sztuka. 

Wydaje się, że każda dzielnica ma własny rytm, estetykę i problemy. Bogate Corpo Plaza kontrastuje z brudem i chaosem Pacifiki, a ciasne ulice Watson opowiadają historię ludzi mogących zedrzeć z ciebie skórę za byle cyberwszczep. A wiemy o tym choćby z podsłuchanych rozmów, bo to przecież świat, który nagradza uważnych (odważnych też!) graczy. Wszystko to buduje poczucie autentyczności. Night City nie jest idealne, ba, czai się tam zło na każdym kroku, w różnych przebraniach, i właśnie dlatego jest tak przekonujące.

Ale to nie tylko wizualia. To także mikro-opowieści zaszyte w zaułkach, rozmowach, pobocznych zadaniach. Historie zwykłych ludzi złamanych przez korporacje, uzależnionych od technologii, próbujących przetrwać kolejny dzień. Cyberpunk 2077 potrafi opowiadać o wielkich sprawach kameralnie, bez patosu, za to z ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Gdyby tylko warstwa techniczna doścignęła poziom storytellingu, mielibyśmy nie grę roku, a grę XXI wieku. Serio. I mówię to jako człowiek, który wcześniej z uniwersum Cyberpunk nie miał nic wspólnego, a mimo to ten rodzaj settingu pokochał.

Wracasz na chatę i takie obrazki. Strach spojrzeć krzywo na policję!

Emocjonalna podróż do świata, który… przeraża

Dla mnie powrót do Cyberpunka po roku, dwóch czy pięciu latach to zawsze sentymentalna wycieczka. To gra, która zostawiła ślad w mojej świadomości. Relacja V z Johnnym Silverhandem, poczucie nieuchronności, wybory, które nigdy nie są w pełni dobre – to wszystko sprawia, że fabuła rezonuje i to długo po napisach końcowych. Jest w niej coś przyciągającego, mimo faktu, że mówimy o “ciężkim klimacie”. Jak jesteście smutni, raczej nie odpalacie Cyberpunka. A jeśli tak, to chyba tylko po to, żeby się dodatkowo dołować.

Nie jest to bowiem historia o ratowaniu świata. To opowieść o próbie zachowania własnej tożsamości w świecie, który mieli ludzi jak trybiki. I właśnie dlatego tak mocno działa, jest bliższe nam, zwykłym ludziom. Co jest też dużym atutem gry, każde kolejne przejście pozwala spojrzeć na te same wydarzenia z innej perspektywy. Cyberpunk oferuje mnogość zakończeń, zależnych od decyzji, relacji i ścieżki, jaką obierzemy. A przecież część tych decyzji wynika z naszej świadomości, dojrzałości, bagażu emocjonalnego.

Droga, jaką obraliśmy na przykład pięć lat temu, dziś może być zupełnie inna. Ta regrywalność to też pewien punkt rozpoznawalny gier CD Projekt Red i po latach mam taką myśl, że wśród gier AAA tylko twórcy GTA są w tej kwestii na podobnym pułapie. 

Panam, którą na zawołanie możecie całować i przytulać – kto by nie chciał?

Sami sobie przypomnijcie – zakończenia Cyberpunka 2077 to coś, co zapada w pamięć i o czym dyskutuje się z kolegami, na forach, w Internecie. Każde z nich ma inny wydźwięk emocjonalny – od gorzko-słodkich, przez tragiczne, aż po dające cień nadziei. To nie są kosmetyczne różnice. To pełnoprawne finały, które zmieniają sens całej historii, finały, przy których mamy jasność, z czego konkretnie wynikają. A skoro możemy zmienić bieg historii, skoro gra daje nam poczucie, że wybór ma znaczenie – właśnie dzięki temu prosi się o powroty. Z innym buildem postaci, innymi decyzjami i relacjami. Nagle może się okazać, że znajoma historia potrafi zaskoczyć.

A Phantom Liberty tylko to wrażenie pogłębia.

Phantom Liberty – dowód na to, że “Redzi” to mistrzowie dodatków

Kilka zdań należy się dodatkowi Phantom Liberty, który jest doskonałym przykładem tego, jak powinno tworzyć się rozszerzenia fabularne. Nowa dzielnica Dogtown, szpiegowska intryga, polityczne napięcia i moralna szarość – to wszystko dostajemy w pakiecie, z którego słynie uniwersum cyberpunka. Nie chcę spoilerować, bo ktoś wciąż mógł tej historii nie ograć, natomiast trzeba powiedzieć sobie jasno: to chyba jeszcze mroczniejszy i bardziej angażujący kawałek świata. Od razu na myśl przychodzi casus dodatków do Wiedźmina 3, które w swojej konstrukcji potrafiły dostarczać fajniejsze wrażenia niż wątek główny. Tu jest podobnie.

Nowe postacie? Znakomicie napisane. Wybory w trakcie rozgrywki? Jeszcze bardziej niewygodne. Phantom Liberty nie daje nam prostych odpowiedzi i idealnie wpisuje się w ton podstawowej gry, jednocześnie ją ulepszając. Oj, ile bym dał za powtórkę… Panowie, macie moje 100 zł, róbcie kolejny dodatek!

Czy się strzela, czy ciacha się na kawałki – gameplay to poezja

Dużo o fabule i świecie przedstawionym, którymi Cyberpunk 2077 oczywiście stoi, ale za mało na razie o samej frajdzie z grania, prawda? Tu, zwłaszcza bez bugów, też mamy dzieło wybitne. Nie można zapominać o tym, jak wszechstronny jest w tym Cyberpunk 2077, nawet jako gra, do której czasami chce się wejść bez większego celu. Po prostu po to, żeby przez godzinę czy dwie pobawić się postacią z nakoksowanym buildem w Night City.

Posiekać wrogów kataną, wyczyścić lokację netrunnerem, postrzelać ze snajperki, spowolnić czas, wbić ostrza w czyjeś bebechy czy wdać się w pościg z policją. Mnogość rozwiązań jest taka, że aż przypomniałem sobie o jednej ważnej rzeczy. Tu naprawdę każdy może być zadowolony. Chcesz ostrą walkę w zwarciu? Jedziesz. A może cicha akcja bez wszczynania alarmu? Też da radę, choć nie będę kłamał, że da się tak zawsze w głównym wątku fabularnym. Ale ogółem nie ma się wrażenia, że jakiś styl gry jest narzucony. I to się ceni.

On jeszcze nie wie…

Owszem, to nie jest poziom GTA pod względem symulacji miasta (jeszcze nie?), ale ma coś, czego akurat tam brakuje: to intensywna akcja z perspektywy pierwszej osoby. Strzelanie, walka wręcz, cyberwszczepy – wszystko to daje poczucie bezpośredniego uczestnictwa w chaosie, do którego sami się dokładamy. Powiem wam więcej: to potrafi być uzależniające, zwłaszcza gdy podejściem do rozgrywki zaczynamy wachlować. 

Mrok przyszłości, która przed nami?

Kiedy wracam do Cyberpunka 2077, jedno słowo zawsze nasuwa mi się na usta. To “niepokój”. Jak spojrzy się na to szerzej, wizja świata w grze zaczyna rezonować z rzeczywistością. Wszechwładne korporacje, rozwarstwienia społeczne, uzależnienie od technologii, dehumanizacja pracy – czy to brzmi jak odległa fantazja? No, niekoniecznie. To takie tematy, których albo nie chcemy widzieć już teraz, odganiamy je ze strachu, albo wyłaniają się na horyzoncie i staną przed nami za kilkanaście, może kilkadziesiąt lat.

To trochę jak z horrorami w kinie. Nie jest najlepszy ten, który straszy potworami wyskakującymi na sekundę. Najbardziej ceni się te, które wprowadzają właśnie wspomniany niepokój, dyskomfort, uczucie niechęci. A ono rośnie tym bardziej w Cyberpunku 2077, z im większymi konsekwencjami naszych decyzji musimy się mierzyć. Tak jak w zwykłym społeczeństwie.

Ten mrok odpycha, ale nie będę ukrywał, że też przyciąga. Bo gramy na jakichś zasadach, mając z tyłu głowy myśl, że uda się oszukać system. Szkopuł w tym, że potem… Cóż, w 99% przypadków widzimy scenariusz nihilistyczny, tragizm bohatera i co tam jeszcze człowiek wymyślił, żeby określić, jak głęboko można być w czterech literach. Cały Cyberpunk. I – po części, dla wielu ludzi – niestety prawdziwe życie.

Muzyka i dźwięk – warty wspomnienia fundament klimatu

Istnieją badania, które mówią, że dźwięk potrafi oddziaływać na nasze mózgi bardziej niż obraz. Jeśli tak, nie sposób przejść obojętnie obok warstwy dźwiękowej Cyberpunka 2077, która ma ogromną rolę w budowaniu atmosfery. Soundtrack to mieszanka agresywnej elektroniki, industrialu i melancholijnych motywów, które idealnie podbijają emocje scen fabularnych.

Mam wrażenie, że timing danego utworu, natężenia, zmiany nastroju, właściwie zawsze dobrze oddaje to, co pokazuje się na ekranie. A muzyka z menu głównego? Pamiętam, jak pięć lat temu śniła mi się po nocach. Dziecku do snu tego nie puścimy, bo jest tam nuta fatalizmu, która właściwie towarzyszy nam bardzo często. A że dźwięk podbija nasze wrażenia, wpływa na emocje – cóż, w tym przypadku nie mogę powiedzieć, że z wielką chęcią słuchałem cyberpunkowej muzyki w wolnych chwilach. Źle mi się ona kojarzy. Ale to chyba znaczy, że dobrze spełniła swoje zadanie, czyż nie?

Nie ma tu strzelania rodem z Battlefielda, ale i tak jest fajnie

Nie ma tu strzelania rodem z Battlefielda, ale i tak jest fajnie

Do tego dochodzi świetna praca aktorska. Oddajmy cesarzowi, co cesarskie. Zarówno w oryginalnej wersji językowej, jak i w polskim dubbingu aktorów słucha się naprawdę fajnie. Zwłaszcza Silverhanda, któremu głos podłożył Michał Żebrowski. Znany też jako Geralt z Rivii. W domach fanów Cyberpunka i Wiedźmina głos nieodzowny.

Wolność. Kolejny powód, przez który Cyberpunk się nie (ze)starzeje

Jednym z elementów, który po latach działa znacznie lepiej niż na premierę, jest system rozwoju postaci. Cyberpunk 2077 daje ogromną swobodę w budowaniu V i po takim czasie można bardziej to docenić. Bo o ile w takim Wiedźminie miałem wrażenie, że dominujące i najbardziej opłacalne są dwa style grania, o tyle w Cyberpunku balans został całkiem rozsądnie rozłożony.  Można być cichym netrunnerem eliminującym wrogów z ukrycia, samurajem krojącym wszystko kataną, ostrzami czy specjalnymi linkami (tu oczko w stronę serialu Edgerunners, który ubóstwiam) albo chodzącym arsen­ałem broni palnej. Tak jak już pisałem – do rozgrywki można podejść na 10 sposobów, nie nudząc się nią.

Nie każda gra dobrze znosi próbę czasu, ale Cyberpunk 2077 – co mogę powiedzieć też o Wiedźminie 3 mającym na karku nie 5, a 10 lat – jest jednak przykładem tytułu, który dojrzał do miana gier na poziomie “dyszki”. A one mają to do siebie, że się do nich wraca. Ba, tutaj można to robić z inną wrażliwością przy każdym podejściu. Bo to co ruszyło na przykład 25-latka, 30-latka może chwycić inaczej i na odwrót.

Inna sprawa, że naprawdę miło było do tej pory obserwować drogę od symbolu nie do końca udanej premiery, dla wielu nawet porażki, do jednego z najbardziej charakterystycznych i najlepszych tytułów swojej generacji. Chyba nie przesadzę, mówiąc, że mówimy już o legendzie w świecie gamingu, acz zbudowanej na błędach. W sumie historia Cyberpunka 2077 jest w pewnym stopniu historią o odkupieniu, o tym, jak ambicja wyprzedziła możliwości. Ale też przede wszystkim o tym, że warto walczyć o własne dzieło i jeśli ma się takowe w przygotowaniu – tu przestroga – może lepiej dać sobie rok więcej.

Tym, którzy jeszcze w Night City nie byli i nie znają tej historii, szczerze zazdroszczę. Bo odkrywanie Cyberpunka 2077 po raz pierwszy to coś, co chciałoby się przeżyć jeszcze raz. I mam przeczucie, że za kolejne pięć czy dziesięć lat wciąż będziemy tu wracać – dla klimatu, dla emocji i dla tej wyjątkowej wizji przyszłości, która, choć przerażająca, jest moim zdaniem boleśnie fascynująca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *