Dzieciaki z zespołu Fasolki nie odkryły Ameryki, śpiewając, że „każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma”. Piosenka powstała jeszcze w latach 80. XX wieku, więc motywem przewodnim piosenki było posiadanie różnych zwierzaków, ale jestem w stanie założyć się, że jeżeli jej słowa byłyby pisane dzisiaj, to na pewno znalazłaby się tam wzmianka o byciu graczem. Nie ma innej opcji. „Granie w gry” jest dzisiaj bardzo popularną rozrywką. Jedni czytają książki, drudzy namiętnie chodzą do kina, inni trenują crossfit, a jeszcze inni spędzają długie godziny przed ekranem monitora ciesząc się wirtualną rozrywką.

Nie ma się co oszukiwać – nie każdy, kto ogląda filmy jest znawcą kinematografii. I tak samo jest z graczami – nie każdy, kto gra w gry wideo jest od razu znawcą tematu i osobą godną tytułu gracza. A raczej – Gracza. Takiego wiecie – pisanego dużą literą. Jak każda grupa pasjonatów, ta także posiada swój specyficzny język, terminologię, zachowania oraz przyzwyczajenia. I tym dwóm ostatnim zjawiskom dzisiaj postaramy się przyjrzeć. Oto przed wami 8 zachowań i zjawisk charakterystycznych dla graczy. Przepraszam – Graczy.

Nie jest to oczywiście lista zamknięta!

 

1. „Nie mogę, bo gram!

Co tu dużo mówić? Klasyka gatunku! Według każdego gracza jest to wymówka doskonała. Wpada ojciec z „bojowym zadaniem”? Młodsza siostra, żeby jej pomóc w lekcjach? Dziewczyna prosi, żebyś przesunął komodę? Mąż prosi, abyś się pośpieszyła, bo się spóźnicie na spotkanie ze znajomymi? Żona grozi, że zaraz obiad ostygnie i na drugi raz będziesz gotował sobie sam?

NIE MOGĘ, BO GRAM!

Gracz z jakiegoś powodu sądzi, że tak rzucona inkantacja sprawi, iż nagle wszyscy wokół dadzą mu spokój. I co zaskakujące, za każdym razem jest zdziwiony i poirytowany, kiedy osoba zawracająca jakże zajętą teraz głowę, nie daje za wygraną. Dla świętego spokoju, kiedy gramy w jakąś grę dla pojedynczego gracza, można ją zapauzować, wybić się rytmu – owszem, zgubić tak długą obmyślaną taktykę, aby podjąć pewnego rodzaju inwestycję i iść zobaczyć co się dzieje. A nuż zajmie to tylko chwilę? Stracić krótki moment, żeby później mieć święty spokój – sensowne rozwiązanie.

 

Level sam się nie wbije, co nie?

Tragizm całej sytuacji zaczyna dopiero wypływać, kiedy np. gramy w sieciową strzelankę czy inną grę akcji. Rozgrywamy ważną bitwę rankingową. Klan na nas liczy, a drużyna nie wyobraża sobie zwycięstwa bez naszego udziału. Wcisnąć pauzę? Nie da się! Wyjść w trakcie gry i zostawić „swoich” na pastwę przeciwnika? To niegodne prawdziwego wojownika i brata broni! Pozostaje tylko uzbroić się w cierpliwość, liczyć, że wołająca nas osoba także założy z niej zbroję i nie wpadnie na pomysł wyłączenia korków w domu na kilka sekund…

 

2. Przesadne wczuwanie się

To zachowanie, którego częściej świadome są osoby obserwujące gracza niż on sam. Kiedy tylko przyjdzie wam znaleźć się w jego naturalnym środowisku (czyt. przy konsoli lub komputerze), szczególnie, kiedy odciął się od świata zewnętrznego (czyt. założył słuchawki i mało co do niego dociera), wejdźcie w rolę obserwatora. Ale ostrożnie! Kiedy gracz poczuje, że ktoś bacznie mu się przygląda, gotów się spłoszyć i z obserwacji nici!

Jakież to ciekawe zachowania można zaobserwować?

Plecy lekko zgarbione, wyciągnięta w stronę monitora szyja, zmrużone oczy, niekiedy dochodzi do tego delikatnie wyciągnięty i przygryziony język i zmarszczone brwi – gracz jest bardzo mocno skupiony. To nie jest dobry moment na przerwanie tego stanu. Łatwo można wtedy gracza zirytować lub nawet zezłościć, albo wręcz przestraszyć! Ale jest też druga inna skrajność – w tym stanie nawet nie spostrzeże, że wokół niego coś się dzieje….

Pad jest wykręcany w różne strony, dodatkowo za dłońmi dzierżącymi pada podąża ciało, jakby przyciągane jakimś magicznym magnesem. Palce gracza bieleją od wciskania przycisków. Ciało jest napięte, ale pozycja zmienna. Obserwowany gracz najprawdopodobniej kieruje w grze jakimś pojazdem, a w jego mniemaniu wszystkie ruchy przez niego wykonywane mają podnieść sterowność wehikułu oraz przyspieszyć jego reakcję na wciskanie poszczególnych klawiszy. Nie pytajcie, po prostu przejdźcie obojętnie…

Podobne zachowanie można zaobserwować wśród graczy preferujących myszkę i klawiaturę. Oczywiście z racji specyfiki posługiwania się tymi akcesoriami, tutaj raczej nie dochodzi do trzymania w rękach klawiatury i myszki i wywijania nimi na wszystkie strony. Raczej mamy do czynienia z wyginaniem na boki całego ciała oraz ewentualnie głowy. Czy pojazd, którym w danym momencie gracz steruje, zyskał na manewrowości albo przyspieszeniu? Możecie zapytać. I tak usłyszycie pewnie, że „Wcale tak nie robię!

 

3. Pęcherz gracza

To nie jest zachowanie samo w sobie. To raczej przez lata trenowana umiejętność. Skill, o który nikt nie prosił, a jest. Tak zwany „pęcherz gracza” to nic innego jak cierpliwe odkładanie w czasie „wyjścia za potrzebą”. Czekanie z tym tak długo, aż ciężko będzie wytrzymać. Wiem, wiem – to niezbyt zdrowe. Pęcherz gracza jest tak właściwie pochodną poprzedniego punktu, czyli nadmiernego wczuwania się i nieprzerywania wirtualnej przygody pod byle pretekstem, ale głównie taką umiejętność zyskują miłośnicy rozgrywek multiplayer. Jak wiadomo – „tego nie da się zapauzować!”. Dopiero gdy rozgrywka nieco się uspokoi, emocje opadną albo następuje przerwa pomiędzy kolejnymi bitwami/rundami/meczami – można udać się na krótką (chociaż tu akurat bywa różnie) wycieczkę do toalety.

Co za ulga…

 

 

4. „Nie jestem głodny!”

Tak naprawdę jest – jak niedźwiedź, który obudzony pierwszymi wiosennymi promieniami słońca zaczyna powoli wypełzać ze swej gawry. Po schowanych w szufladzie lub szafce biurka paluszkach już dawno pozostała sama sól i opakowanie. Ze sreberka niedawno otulającego czekoladę z bakaliami zrobił kulkę, którą ugniata w trakcie wczytywania kolejnej misji. Zostało tylko to, co kiedyś wpadło pomiędzy klawisze klawiatury. Ale to stanowi zapas na naprawdę czarną godzinę… Chwila, czy to orzeszek?

Gracz wciągnięty przez rozgrywkę, jakakolwiek by nie była, zdaje się zapominać o większości potrzeb fizjologicznych. Piramida potrzeb Maslowa została przez niego całkowicie zburzona, a poszczególne jej pięterka układa sobie wg swojego widzimisię. Byleby tylko nie musieć się jeszcze odrywać od monitora, maksymalnie wydłużyć czas gry, dokończyć, co już zostało rozpoczęte. Iść zjeść, kiedy będzie gotów. A nie jak mama/dziewczyna/żona/ktokolwiek inny woła nas na obiad/kolację/przekąskę. „Teraz? Teraz nie mogę. Nie jestem głodny, później przyjdę.”

 

Czy jest smutniejszy widok od stygnącego obiadu? Tak! Napis „Porażka!”

 

5. Porażka nie jest winą gracza. Kropka.

Znacie powiedzenie, że porażka jest sierotą? Mało kto ma odwagę się do niej jednoznacznie przyznać bijąc się jednocześnie w pierś i wołając mea culpa. A jeżeli już się zmusi i postanowi wziąć na siebie winę… to często nie bierze jej do końca. Gracze mają podobnie.

Gracz przegrywa/ginie/podejmuje złe wybory, gdyż wokół czyhają różne czynniki, gotowe zrobić mu na złość w najmniej oczekiwanym momencie. A do nich należy oczywiście dorzucić nieuczciwych graczy, którzy posługują się wszelkim oszukańczym oprogramowaniem, jakie tylko można sobie wyobrazić, oraz współgraczy z drużyny posiadających najpewniej tyle samo punktów IQ, co wiosen na karku. Poza tym porażkę w grze sieciowej zawsze można jeszcze zrzucić na słabą jakość połączenia z Internetem (stąd lagi i wysoki ping – postrach wszystkich graczy online) czy jakieś niespotykane przycięcia animacji (wiadomo – gracz nie zdążył w tempo zareagować).

 

Kiedy przypomnisz sobie z jakimi ludźmi musiałeś grać wczoraj w Battlefielda

No dobra, ale przyjąłem tutaj, że nasz gracz częściej sięga po gry multiplayer. A co z solowymi kampaniami? Jak to co? Bugi, kiepska optymalizacja i przycinki, źle zbalansowany poziom trudności, zepsuta misja, głupie sterowanie… Mam wymieniać dalej?

Do tej listy można oczywiście dorzucić za słaby komputer, za wolną myszkę czy niewygodną klawiaturę. Powody mogą być też dużo bardziej absurdalne i naprawdę wymyślne. Ale na pewno nie są nimi umiejętność samego gracza

 

6. Remember, no preorders!

Gracz musi trzymać nerwy na wodzy nie tylko przed komputerem lub konsolą. Ale także w takich momentach, jak rozpoczęcie sprzedaży długo wyczekiwanego tytułu. Kiedy tłuszcza rzuca się do sklepów umożliwiających przedpremierowy zakup gry, prawdziwy gracz czeka aż do ostatecznej premiery. Za pierwszymi recenzjami.

I w sumie nic dziwnego, gdyż za taki stan rzeczy odpowiadają głównie deweloperzy i wydawcy. Przy czym ci drudzy może i nawet bardziej, naciskając na wydanie produktu, który jeszcze nie został w 100% gotowy. W ostatnich latach głośnych wpadek wydawniczych na rynku gier nie brakowało. I dotyczyło to także tak głośnych marek jak Battlefield, Call of Duty, Total War czy Fallout. Gracze wylewali swoje pomyje złości i rozczarowania na EA (temu wydawcy chyba dostało się najbardziej, szczególnie za nachalną implementację w grach mikrotransakcji mających wpływ na równowagę sił w grze lub zmuszających gracza do bezsensownego grindu – patrz: Middle-earth: Shadow of War czy Battlefront II), Bethesdę, Acitivision, 2K oraz Ubisoft (potężna wtopa z kiepskim Ghost Recon: Breakpoint). Ci którzy zakupili niektóre preordery od tych wydawców z pewnością rzucili niejednym przekleństwem w kierunku osób odpowiedzialny za długo wyczekiwaną grę.

Ale wytrawny, nauczony doświadczeniem gracz tylko śmiał się (nierzadko przez łzy) czytając kolejne newsy o rozsierdzonych graczach, którzy już nabyli daną produkcję. I czekał na patche mające naprawić grę. O ile uda się ją naprawić…

 

7. „Rozumiesz o czym mówię?”

Kojarzycie ten niezręczny moment, kiedy znajdujecie się w towarzystwie osób rozmawiających  między sobą o rzeczach całkowicie wam obcych? I wy tak stoicie czasami przy tych osobach, słuchacie ich, widzicie pasję na ich twarzach. Oni zaś widzą, że kompletnie nie wiecie o co chodzi, chociaż od czasu do czasu przytakniecie, a nawet mową ciała wykażecie niezbędne minimum zainteresowania.

Podobnie czują się wasi znajomi albo rodzina, kiedy opowiadacie o grach – rozgrywce, fabule, może nawet mechanikach. Wasi bliscy pewnie doskonale wiedzą, że lubicie spędzać godziny na graniu, więc podczas spotkania istnieje spore prawdopodobieństwo, że ktoś zapyta o jakiś temat zahaczający o tematykę waszego hobby. Tak z grzeczności. I podczas gdy wy wygłaszacie płomienną przemowę podpartą merytorycznymi argumentami oraz odpowiednią terminologią na temat dlaczego Dragon Age: Origins było najlepszą częścią cyklu albo dlaczego STALKER stał się w Polsce grą kultową, chociaż nie był wolny od licznych niedoskonałości, wasi słuchacze (albo w tym przypadku: „słuchacze”) odbierają coś, co przypomina język klingoński z naleciałościami mowy elfów wyższych z dodatkami gwary kaszubskiej. W skrócie – ni cholery nie wiedzą o co wam chodzi.

Chociaż bardzo wiele osób pogrywa sobie w to i owo, czy to na konsoli, czy pececie, to jednak stosunkowo mało osób podchodzi do gier w sposób całościowy lub zaangażowany w jakikolwiek inny sposób niż po prostu bezrefleksyjna konsumpcja dzieła danego studia. Prawdziwy gracz będzie analizował grę przez pryzmat gatunku, ciekawych mechanik, dialogów, fabuły i jej ciągów przyczynowo-skutkowych, aż do estetyki grafiki, optymalizacji oraz ścieżki dźwiękowej. I chociaż masz ogromną wiedzę w tej dziedzinie, to jest ona często zbyt specjalistyczna dla „growych mugoli”… i przez to nie do końca zrozumiała. Czasem droga gracza jest drogą samotną

 

8. Przydałby się nowy…

Pewnie że by się przydał. Zawsze się przydaje. Ale co? Procesor, karta graficzna, dysk? A może więcej RAM-u, albo nowy monitor? Albo myszka?

Co by to nie było, miłośnik gier komputerowych zawsze znajdzie coś, co wzbogaci jego doznania. Źle to zabrzmiało, ale chodzi oczywiście o frajdę płynącą z gry. No bo jak można grać i wygrywać, kiedy wskaźnik wyświetlanych klatek na sekundę spada poniżej 60? Co można dostrzec na monitorze 24-calowym o odświeżaniu 60 Hz? A ta myszka już ma ze 3 lata, więc czas najwyższy zakończyć wspólną przygodę. Pamiętacie jeszcze punkt o porażkach? Zły sprzęt również może drastycznie zwiększać prawdopodobieństwo przegranej. I na nic tutaj powiedzenie, że „dobry lotnik na drzwiach poleci”.

 

Coś by się jeszcze przydało…

Jednak skupienie się wyłącznie na wyposażeniu samego komputera w żaden sposób nie zamyka listy rzeczy, w które warto by, według zapalonego gracza oczywiście, zainwestować. Trzeba pamiętać również o biurku gracza – jego świątyni. Może i panuje tam czasami zbyt duży bałagan, ale to jest JEGO bałagan. Element naturalnego środowiska. Podobnie jak fotel, mata czy podkładka pod mysz – akcesoria, które może i nie wpływają na rozgrywkę bezpośrednio, ale wpływają na wygodę spędzenia niekiedy kilku godzin na wirtualnych przygodach. I dlatego – przydałyby się nowe. Lepsze.

Zresztą, tak wydaje mi się, że biurko też zrobiło się jakieś takie – jakby za małe…