Wybory parlamentarne coraz bliżej. I tylko od nas zależy, jak mówi popularny mem, czy cofniemy się w czasie o pięć, czy o trzydzieści lat.

Nie zamierzam ukrywać swoich politycznych sympatii. Nigdy nie ukrywałem też antypatii. Dzisiaj jednak nie o polityce, a o metodologii przeliczania głosów na mandaty dla posłów. Tych ostatnich do podziału jest, jak wiadomo, 460 – i tylu właśnie posłów zasiądzie ostatecznie w ławach sejmowych, by wspólnie (albo i nie) decydować o przyszłości naszego kraju. W każdym razie tej najbliższej. Warto pomyśleć o pluralizmie. Chociaż dwie największe partie z upodobaniem agitują przeciwko sobie, to, jak, mam nadzieję, przekonacie się po lekturze niniejszego wyjaśnienia, warto czasem oddać głos również na któryś z mniejszych komitetów.

W Polsce głosy obywateli oddane w wyborach przelicza się na mandaty poselskie za pomocą tzw. metody D’Hondta – nazwanej tak od nazwiska belgijskiego matematyka Victora D’Hondta (autora metody).

 

Metoda D’Hondta – wyjaśniamy, na czym polega

Na czym polega metoda D’Hondta? To ciekawy system, zgodnie z którym o liczbie mandatów poselskich uzyskanych przez poszczególne komitety wyborcze (czyli, w uproszczeniu, partie, choć to duże uproszczenie) decyduje się za pomocą następującego algorytmu:

1

W pierwszej kolejności liczy się głosy zebrane przez poszczególne komitety.

Załóżmy, że komitet A zebrał 100 000 głosów, komitet B 70 000, a komitet C 19 000.

Źródło: PKW

2

Następnie głosy zdobyte przez komitety dzieli się przez kolejne liczby naturalne: 1, 2, 3, 4, 5… i tak dalej. Uzyskana w ten sposób wartość stanowi miarę „sukcesu” danego kandydata do sejmu.

Głosy zebrane przez komitet A i podzielone przez kolejne liczby dadzą następujące wyniki:

100 000 głosów / 1 = 100 000 > taki jest wynik „jedynki” na liście komitetu A

100 000 głosów / 2 = 50 000 > taki jest wynik „dwójki” na liście

100 000 głosów / 3 = 33 333 > taki jest wynik „trójki”

… i tak dalej, aż do końca listy kandydatów.

Podobnie traktuje się głosy oddane na pozostałe komitety. Wyniki kandydatów komitetów B i C obliczymy więc w następujący sposób:

70 000 głosów / 1 = 70 000 > wynik „jedynki” na liście komitetu B

70 000 głosów / 2 = 35 000 > wynik „dwójki”

… i tak dalej.

Źródło: PKW

3

Ostateczne wyniki przedstawiają się więc następująco:

1 miejsce: „jedynka” na liście komitetu A (wynik 100 000)

2 miejsce: „jedynka” na liście komitetu B (wynik 70 000)

3 miejsce: „dwójka” na liście komitetu A (wynik 50 000)

4 miejsce: „dwójka” na liście komitetu B (wynik 35 000)

5 miejsce: „trójka” na liście komitetu A (wynik 33 333)

… i tak dalej.

Źródło: PKW

Zauważmy, że jedynka na liście komitetu C otrzymuje wynik 19 000, jest więc daleko w tyle nawet za stosunkowo mało popularnymi kandydatami komitetów A i B.

 

Metoda D’Hondta promuje pluralizm, karze brak aktywizacji

Jak nietrudno zauważyć, metoda D’Hondta promuje pluralizm. Źle sprawdza się natomiast w sytuacji, w której o władzę rywalizują dwie partie.

Tam, gdzie głosy rozkładają się w miarę równomiernie, metoda oddaje sprawiedliwość woli suwerena – czyli głosujących obywateli – doprowadzając do równomiernego rozdziału mandatów.

Jednak w sytuacji, w której o władzę walczą dwie lub trzy partie, z których jedna wyraźnie prowadzi, a w danym okręgu do rozdania jest wiele mandatów – w takiej sytuacji druga i trzecia partia będą daleko w tyle za tą prowadzącą (co pokazuje przykład komitetu C powyżej). Druga partia będzie przy tym w sytuacji znacznie bardziej komfortowej; znacznie gorzej jest jednak z tą trzecią.

Z tego też względu nawet niewielkie wahania w sondażach mogą okazać się bardzo brzemienne w faktyczne konsekwencje; wystarczy niewielkie odchylenie we frekwencji wśród wyborców partii, która w danym okręgu prowadzi w sondażach, aby jej rzeczywiste wyniki okazały się znacznie niższe, niż pierwotnie zakładano. Z tych samych względów – niejako analogicznie – dla drugiej i trzeciej partii każdy głos ma znaczenie.

Warto też głosować na komitety z niższym poparciem – nie tylko ze względu na różnorodność w parlamencie, ale również na to, że fakt wejścia do sejmu większej liczby podmiotów znacząco minimalizuje ryzyko wystąpienia sytuacji, w której jedna z partii rządzi samodzielnie. Niezależnie od naszych politycznych sympatii – to prawie nigdy nie jest sytuacją pożądaną.

 

Metoda D’Hondta kontra frekwencja. Podsumowanie

Jeżeli jesteś wyborcą drugiej lub trzeciej partii – pamiętaj: Twój głos może przesądzić o rozkładzie mandatów. W przypadku nierównomiernego rozkładu głosów – w sytuacji, w której pierwsza partia ma znaczącą przewagę nad drugą i trzecią – metoda D’Hondta „oddaje jej wszystko”. W takim przypadku zwycięzca bierze znacznie więcej niż drugi i trzeci na podium.

Metodzie D’Hondta można zarzucić bardzo wiele – i wiele jej na przestrzeni lat zarzucano, jest jednak faktem, że jak żadna inna promuje ona aktywność obywatelską, a karze – jej brak.

Kto nie pójdzie na wybory, ten może mieć żal tylko do siebie samego.