Jak większość osób wychowanych w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, długie godziny swojego dzieciństwa spędziłem przed telewizorem, ogrywając sukcesywnie kolejne generacje konsol Nintendo, a potem – PlayStation. Ośmiobitowce i szesnastobitowce – przyznaję to szczerze – zdefiniowały i dookreśliły moje gamingowe upodobania; produkcje takie jak Adventure Island, Mega Man (i jego klony), Battletoads czy Double Dragon (a także Battletoads & Double Dragon) do dzisiaj stanowią dla mnie wyznacznik dobrej zabawy. Stąd też moje upodobanie do coraz bardziej popularnych ostatnimi czasy gier niezależnych i szeroko pojętego retro-grania.

Retro-granie – czyli co?

Nie ulega wątpliwości: za popularność gier niezależnych (a po części także platform crowdfundingowych, za pośrednictwem których są finansowane) odpowiada pokolenie dorastające w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. To ludzie, którzy spędzili długie godziny nad Contrą – żeby nie wspomnieć o klasykach z Atari, Commodore czy ZX Spectrum (ktoś z Was jeszcze to pamięta?). To na nich bazuje rynek produkcji takich jak Fez, Titan Souls, Hyper Light Drifter, Hollow Knight, Axiom Verge czy chociażby polska The Way.

FEZ
Przełomowy FEZ to jedna z najlepiej znanych na świecie produkcji indie. Klasyczną rozgrywkę wzbogaca o współczesny „twist”: możliwość obracania kąta widzenia o 90 stopni w dowolną ze stron.

Rynek gier tego typu – gier w stylu retro, specyficznej podkategorii gier niezależnych – to przede wszystkim osoby, które dawniej spędzały długie godziny grając na emulatorach. Korzystając z nie zawsze legalnych źródeł, pobierały z Internetu ROM-y i odpalały je w programach służących do symulacji działania ośmiobitowej konsoli na sprzęcie, który jeszcze niedawno mógłby pojawić się co najwyżej w filmie sci-fi (i prawdopodobnie pełniłby tam rolę próbującego przejąć władzę nad światem antagonisty*). To właśnie do tych osób trafiają gry takie jak Super Meat Boy czy Stardew Valley. Czy też – nie przebierając – Pillars of Eternity (choć to inny rodzaj retro).

Axiom Verge
Axiom Verge to metroidvania w stylu Metroid. Choć grę stworzyła w całości jedna osoba, AV zachwyca swoim rozmachem, wielkością i złożonością świata, klimatem i… niewiarygodną wręcz liczbą sekretów do odkrycia.

Ale retro-granie to więcej niż tylko gry indie. To również retro-konsole i… oryginalny sprzęt z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Osoby śledzące temat z pewnością zauważyły ten trend: w odpowiedzi na powstawanie coraz to większej liczby reedycji, remasterów i remake’ów część retro-graczy „radykalizuje się”, odrzucając te produkty jako „nieautentyczne” albo „niepełne”.

* Przy nowych MacBookach SkyNet jest niczym.

Jak odpalić pierwszą Contrę na najnowszym Zephyrusie: parę słów o emulacji

Jeszcze do niedawna emulatory kojarzyły się głównie z piractwem. Czy tego chcemy, czy nie, wiele poświęconych emulatorom serwisów działało niezgodnie (lub nie w pełni zgodnie) z prawem, udostępniając graczom klasyczne produkcje bez poszanowania praw ich twórców. Tymczasem kradzież gry sprzed dwudziestu-paru lat nie różni się niczym od kradzieży gry przed jej premierą.

Dobre wieści są takie, że istnieje coraz więcej sposobów na legalną emulację, przynajmniej w przypadku ośmiobitowców. Wbrew krążącej po Internecie opinii (której źródeł jak dotąd nie udało mi się ustalić, ale która nie ma nic wspólnego z prawdą) nie musimy wcale posiadać oryginalnego egzemplarza gry i konsoli sprzed dwudziestu pięciu lat; nie musimy też „ripować” programu samodzielnie (o kopiowaniu BIOS-u konsoli nie wspominając)*. Coraz więcej gier z NES-a i SNES-a udostępniane jest obecnie na wolnej licencji. Osoby pragnące pozostać po jaśniejszej stronie Mocy muszą po prostu sprawdzić, czy w przypadku ich ulubionej gry jest podobnie.

Contra
Contry nikomu przedstawiać nie trzeba. Nie najlepiej jest natomiast z jej dostępnością. Większość źródeł w Internecie to źródła pirackie lub semi-pirackie (o nieustalonym, ale mocno podejrzanym statusie prawnym).

Inne rozwiązanie – niezupełnie eleganckie – polega na przerzuceniu odpowiedzialności. W dużą część ośmiobitowej klasyki pograć możemy… w przeglądarce, korzystając z jednego z tysięcy dostępnych w Sieci serwisów. Jest to jednak rozwiązanie dla osób preferujących czerwony miecz świetlny. O fakcie, że wiele z tych witryn instaluje na naszych urządzeniach nie do końca pożądane oprogramowanie szpiegujące, nie warto wspominać; tyle powinno być oczywiste.

* W Stanach Zjednoczonych użytkownicy postępujący w ten sposób mogliby teoretycznie powoływać się na zasadę „fair use” (uczciwego korzystania). Czy jednak uniknęliby w ten sposób kary za kradzież, trudno powiedzieć, bo nie istnieje żaden precedens. Ale w Polsce prawo działa na zupełnie innych zasadach niż w Stanach. Samo Nintendo stawia sprawę jasno: ripowanie gier, które nie zostały „uwolnione” spod władzy licencji, jest nielegalne. Biorąc pod uwagę, że firma sprzedaje obecnie te gry na nowe edycje ich retro-konsol, nie sposób się dziwić.

W pełni legalna emulacja – usługa Virtual Console na Wii/Wii U

Usługa Virtual Console na Wii/Wii U stanowi alternatywę dla osób, które nie chcą szukać rozwiązania dla zasygnalizowanych powyżej problemów. Za jej pośrednictwem możemy nabyć – w pełni legalnie i z oficjalnego źródła – gry na klasyczne konsole Nintendo (i nie tylko: w grę wchodzą również m.in. biblioteki Commodore 64, Neo Geo czy GameBoy Advance). Następnie możemy odpalać je na Wii U (ew. na nieco starszej Wii).

Jest to dobre rozwiązanie – o ile, oczywiście, posiadamy którąś z tych konsol. Niestety, Virtual Console nie będzie na razie dostępne na tę najnowszą – Nintendo nie ma póki co w planach udostępniania VC posiadaczom konsol Switch. Co może stanowić pewien problem: dostępność Wii U nie jest na polskim rynku najlepsza (dużo łatwiej o używaną niż nową konsolę*); ceny również nie są zachwycające (w granicach 1500-2000 zł). Do tego dochodzą problemy z zakupem ewentualnych dodatkowych kontrolerów. Same gry są raczej tanie.

Prezentacja usługi Virtual Console:

 

Problemy? Jest kilka. Po pierwsze: dostępność. Z oczywistych względów za pośrednictwem VC nie nabędziemy wszystkiego. Chrono Trigger jest; Metroid jest. Ninja Gaiden też. Gorzej z mniej znanymi grami. Generalnie: kupimy produkcje Nintendo, Tecmo, Konami, Square; nie dostaniemy natomiast gier większości nie-azjatyckich producentów (wiele z nich udostępniono na wolnej licencji w Internecie). Dla wielu wychowanków Pegasusa może być to pewien problem.

Chrono Trigger
Chrono Trigger to gra-monument, jedna z najważniejszych produkcji w całej historii jRPG-ów. Niestety, dostępny na Steamie remaster zawiódł oczekiwania fanów klasyka. Za pośrednictwem usługi Virtual Console możemy jednak zagrać w oryginalną wersję CT… wraz ze wszystkimi jej ograniczeniami ;- )

Po drugie – możliwości. Cóż zrobić – emulatory pozwalają na więcej. Korzystając z Virtual Console możemy tylko tyle, ile mogliśmy, grając na oryginalnej konsoli. Zapomnijcie więc o spowalnianiu czy przyspieszaniu gry, zapisywaniu jej w dowolnym momencie czy wprowadzaniu kodów; to po prostu niemożliwe. Gramy na oryginalnych zasadach. Dla wielu może być to zaletą. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że VC stoi w rozkroku pomiędzy nowoczesnością i tradycją – i nie umie zdecydować się ani na jedno, ani na drugie. Nie oferuje ani przewag emulatorów, ani autentyczności klasycznej konsoli. To również jest problem.

* Nintendo oficjalnie zawiesiło produkcję Wii U w ubiegłym roku. Nowe/nieużywane egzemplarze konsoli możemy jednak znaleźć na Amazonie i w niektórych sklepach stacjonarnych. W najpopularniejszym polskim serwisie aukcyjnym znajdziemy egzemplarze używane.

Retro-konsole i sprzęt vintage. Commodore na ceneo?

Commodore 64 na ceneo raczej nie znajdziemy. Poszukać możemy jednak retro-konsol. A w serwisach aukcyjnych bez trudu znajdziemy oryginalne konsole sprzed dwudziestu-paru lat. Nie zawsze tanie – ale są.

Z jakim wydatkiem trzeba się liczyć? Bardzo niewielkim. Zakup konsoli NES-o-podobnej to 25-50 zł, czasami mniej; do tego dostajemy pady i (czasem) pistolet. Gorzej z grami: te musimy kupować oddzielnie. Złe wieści są takie, że oryginalne nośniki nie zawsze „pasują”. Gry prawdopodobnie będziemy musieli kupić osobno – i dobrze się przy tym naszukać.

Ciekawą alternatywę dla zakupu retro-konsoli i retro-gier osobno stanowi zakup przenośnej konsoli z wbudowaną biblioteką: np. Retro Arcade Machine X czy GBOX. Urządzenia te przeznaczone są dla osób, które cenią komfort, mobilność i prostotę obsługi. Natomiast od strony technicznej są to po prostu konsole z wbudowanym dyskiem zawierającym określony zestaw produkcji. Niektóre z nich (np. wspomniana Retro Arcade Machine X) charakteryzują się ponadto interesującym wyglądem i posiadają wbudowany ekran, co umożliwia zabawę zawsze i wszędzie. Niestety, urządzenia te często się psują. Co więcej, uruchomienie na nich innego zestawu gier niż ten załączony najzwyczajniej w świecie nie jest możliwe.

Retro Arcade Machine X
Retro Arcade Machine X cieszy wystylizowanym wyglądem, ale martwi jakością wykonania i ogólnie pojętą awaryjnością. Jest jednak dobrą propozycją dla osób, które nie chcą lub nie mogą poświęcić czasu na poszukiwanie retro-gier.

Zakup sprzętu vintage to większa inwestycja. Ceny zaczynają się gdzieś w okolicach 500 zł i kończą w odległej galaktyce ludzkiej fantazji. Rozwiązanie to ma zarówno swoje plusy, jak i minusy; te pierwsze odczują szczególnie osoby, które zachowały swoje gry z przeszłości do dzisiaj. Nic nie stoi na przeszkodzie, by po prostu je odpalić. Będą chodzić jak marzenie (o ile – ma się rozumieć – w ogóle odpalą). Minusy? Generalnie: awaryjność. Sprzęt elektroniczny nie jest wieczny. A naprawa konsoli sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat nie zawsze jest prosta. (podzespoły z reedycji w większości przypadków nie pasują do oryginałów. Generalnie rzecz biorąc – jest to rzecz dla pasjonatów.

Oczywiście im starszy jest sprzęt, tym gorzej jest z dostępnością. Oryginalne Commodore 64 jest już dziś praktycznie nie do zdobycia. Podobnie pierwsze GameBoye. Osobiście znam jedną osobę, która posiada takie urządzenie; jeżeli wierzyć jej słowom, to kwoty, które jej za nie oferowano (wraz z biblioteką gier), nie należały do najniższych. Dużo łatwiej o NES-a czy SNES-a – je znajdziemy bez problemu. Konsole te są przy tym zaskakująco wytrzymałe. Ćwierć wieku później wciąż mają siłę na kolejne ćwierć wieku solidnej rozwałki.

SNES
Moda na konsolę SNES (Super Nintendo Entertainment System) ominęła Polskę, i to dość szerokim łukiem. Mieliśmy Pegasusy i NES-y (trudniej dostępne), a potem od razu pierwsze PlayStation. Zakup SNES-a wymagał wyjazdu do Niemiec… albo przynajmniej wizyty w specjalistycznym sklepie z tego typu produktami.

Natomiast zdobycie pierwszego Xboxa czy PlayStation nie powinno być problemem – przynajmniej póki co. Ceny tych konsol nie są zawrotne. Jest tak prawdopodobnie ze względu na dość szeroką kompatybilność wsteczną platform współczesnych – PlayStation 4 i Xbox One – oraz sporą liczbę remasterów. Ta sytuacja może jednak już wkrótce się zmienić. Zakup oryginalnego PlayStation nigdy nie będzie inwestycją porównywalną do zakupu pierwszych komputerów Macintosh – ale konsole te prawie na pewno jeszcze trochę podrożeją.

PlayStation One
Pierwsze PlayStation, znane dzisiaj również pod nazwą PS One, zmieniło reguły gry. Dosłownie i w przenośni. Produkcje wymagające mocy obliczeniowej komputera stacjonarnego (i zarezerwowane jak dotąd dla jego posiadaczy) stały się dostępne dla każdego posiadacza przenośnej konsoli. Niestety, same gry były dość drogie, również w porównaniu z wersjami na PC-ty, nie inaczej zresztą niż dziś. Dlatego polski rynek PS One szybko zdominowały konsole „z przeróbką”: umożliwiające odpalanie pirackich kopii gier. Co zniechęciło dystrybutorów do inwestowania w nasz rynek i przyczyniło się do dużego ograniczenia dostępnych produkcji.

Jako posiadacz konsoli NES sprzed ponad dwudziestu lat muszę natomiast  zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię: podłączanie retro-sprzętu do nowych telewizorów nie zawsze jest proste i bezproblemowe. I nie chodzi tu tylko o dostępność odpowiednich złącz w telewizorze – tę sprawę bez trudu załatwimy przejściówkami. Większym problemem mogą być kable, zwłaszcza jeśli konsola korzysta z autorskich wyjść. W takim wypadku zagubienie bądź zniszczenie oryginalnego przewodu najczęściej kończy się koniecznością zakupu nowego. A nowy – co jasne i zrozumiałe – może okazać się trudno dostępny. Warto o te kable zadbać; oszczędzimy sobie sporo frustracji.

Ciekawy materiał na ten temat przygotowała RetroGralnia. (Nawiasem mówiąc: jest to serwis, który powinien obserwować każdy szanujący się gracz retro.)

Reedycje i remastery. Klasyczne produkcje we współczesnej odsłonie

Jeszcze inne rozwiązanie dla fanów gier retro to różnej maści reedycje i remastery. Odświeżone wersje największych konsolowych klasyków – np. wszystkie części Mega Mana czy Duck Tales – dostępne są obecnie choćby na Steamie. Natomiast pecetowe perełki z przełomu wieków (od Legacy of Kain po Homeworld) bez trudu kupimy w sklepach z rodzaju Good Old Games. Do tego dochodzą edycje HD czy EE – jak np. w przypadku Planescape: Torment i innych wielkich RPG-ów na silniku Infinity. Możemy spodziewać się, że produkcje te będą odświeżane regularnie; najnowsza reedycja Baldur’s Gate – stworzona przez kanadyjskie studio Beamdog BG: EE z 2012 r. – z całą pewnością nie jest ostatnią.

Baldur's Gate II Enhanced Edition
Draconis był trudny; trudny nawet jak na smoka. I potrafił zirytować. Dzięki wysiłkom studia Beamdog możemy zmierzyć się z nim także w rozdzielczości HD, grając w Baldur’s Gate II Enhanced Edition. Ciekawostka: studio stworzyło duży dodatek do Baldur’s Gate 1. „Siege of Dragonspear” (bo tak nazywa się rozszerzenie) łączy fabuły BG1 z BG2… a także Icewind Dale i Neverwinter Nights. Warto dać szansę! Zabawa jest przednia.

Nie ulega przy tym wątpliwości, że remastery są trendy. Czy trend się utrzyma – dowiemy się wkrótce. Póki co jednak, reedycji nie brakuje. Ja sam nabyłem niedawno odświeżonego StarCrafta – i muszę przyznać, że bawię się świetnie. Zergi wyglądają równie obrzydliwie co w 1998 r. A jeżeli studia takie jak FromSoftware odświeżają gry sprzed paru lat (vide: pierwsza część Dark Souls), to chyba nie mamy się czego obawiać. Rynek dla tego rodzaju produkcji rozkwita.

Nowy content w starym stylu: magia gier niezależnych

Tymczasem osoby, którym bardziej niż na oryginalnej grze zależy na określonym stylu rozgrywki, mogą sięgnąć po którąś z najnowszych produkcji niezależnych. Platformy crowdfundingowe – np. GoFundMe, Kickstarter, a ostatnio także Fig – obfitują w tego rodzaju projekty. A te, które zostały już ufundowane i ujrzały światło dzienne, jak chociażby Shovel Knight, robią naprawdę dobre wrażenie. Nierzadko dużo lepsze niż wielkie produkcje AAA. Wydaje mi się, że nikt, kto kiedykolwiek zagrał w Stardew Valley, nie może mieć co do tego najmniejszych wątpliwości.

Ale gry niezależne to obszerna kategoria – i bynajmniej nie wszystkie „indyki” podpadają pod gry w stylu retro. Dużo jest także „współczesnych” produkcji. Niemało z nich łączy najlepsze cechy obu tych światów – klimat gier retro z najważniejszymi wyróżnikami gier obecnej generacji. Do takich produkcji należą m.in. różne połączenia gier souls-like z metroidvaniami – czyli tzw. souls-like-vanie (świetny przykład: Hollow Knight). Do tego dochodzi ogromny wybór roguelikes i pseudo-roguelikes: od The Binding of Isaac po Dead Cells. I klasyczne platformówki. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Hollow Knight
Hollow Knight to jedna z najlepszych metroidvanii, jakie kiedykolwiek powstały. I najlepsza gra, w jaką grałem w 2017 r. (a trochę produkcji przecież ograłem). To nieprawdopodobne arcydzieło łączy w sobie najlepsze cechy serii Metroid i Castlevania z wystylizowaną grafiką, nietuzinkową historią i… trudnością rodem z Dark Souls. Uważajcie! Wciąga jak bagno!

Są też gry zupełnie świadomie naśladujące „usterki” ośmiobitowych klasyków – łącznie z dość topornym sterowaniem. Zabawne, że coś, co dawniej uznawane było za wadę, dziś uchodzi za oryginalną „zaletę”. Do gier tego typu należy choćby niewiarygodny Rain World – z całą pewnością jedna z najciekawszych i najbardziej wymagających produkcji indie ubiegłego roku. To wyjątkowo trudna gra z przedziwnym sterowaniem; wytrwałych nagradza jednak fantastycznym, zniewalającym klimatem, budowanym po części przez typową dla starych gier, pełną niedopowiedzeń narrację. Stare gry opowiadały historie „w niedopowiedzeniach” – co niesamowicie działało na wyobraźnię. Gry niezależne próbują tego samego. W Rain World udało się to chyba najlepiej.

Fani pecetowych produkcji z przełomu wieków również nie mają na co narzekać. Osoby wychowane na pierwszych Falloutach z radością powitają UnderRail; fani Baldur’s Gate na pewno cieszą się z już drugiej części Pillars of Eternity. Brakuje tylko czegoś w rodzaju Heroes of Might and Magic III. Złe wieści: chociaż „Herosi” ukazali się w wersji HD, to nadal brakuje reedycji dodatków. Powodem jest podobno zagubiony kod źródłowy. Jak by nie było, Armageddon’s BladeShadow of Death dostępne są za grosze – do pobrania z Good Old Games.

Podsumowanie

Choć rynek gier retro jest większy niż był, jego dalszy rozwój jest jedynie kwestią czasu. Ostatecznie – nadal jest on bardzo młody, podobnie zresztą jak rynek gier komputerowych w ogóle. Co więcej, możemy spodziewać się, że nadal jeszcze nie nabrał on kształtu, jaki będzie mieć ostatecznie: z wielu różnych sposobów dystrybucji starych gier żaden nie jest optymalny. Żaden nie stanowi satysfakcjonującej odpowiedzi na rzeczywiste potrzeby retro-graczy.

Stawka w tej grze jest ogromna – i sukces platform crowdfundingowych uświadomił to chyba każdemu. Rzecz nie idzie o miliony – obecnie chodzi już o potencjalne miliardy dolarów przychodu. Twórca Stardew Valley z dnia na dzień został multimilionerem. A pieniądze zawsze przyciągają nowych inwestorów – również tych wielkich.

https://www.youtube.com/watch?v=tkAJr-SL4QE

Dla nas, graczy, są to wieści raczej dobre. Raczej – bo nie chcielibyśmy, żeby produkcje tego rodzaju zawłaszczyły firmy skupione przede wszystkim na pieniądzach. Z drugiej jednak strony – jak długo retro-granie faktycznie jest retro – czy rzeczywiście stanowi to aż taki duży problem?