Wierzyć się nie chce, że w czerwcu od premiery pierwszego Parku Jurajskiego minie dokładnie 29 lat. Jako dwunastolatek byłem więc w idealnym wieku, by załapać się na dinozaurową szajbę, która błyskawicznie opanowała cały świat. Świetna adaptacja słynnego technothrillera pióra Michaela Crichtona nie tylko przybliżyła szerokiej publiczności ideę wykorzystania klonowania do przywrócenia do życia wymarłych gatunków zwierząt, ale także pokazywała, jak ogromny wpływ na naukę ma postęp w dziedzinie komputerów. Oczywiście, sukces filmu to także zasługa wizji Stevena Spielberga, który zadbał o rewolucyjne i nawet dziś świetnie się prezentujące efekty specjalne, oparte o najwyższej klasy animatronikę oraz jedne z pierwszych animacji w pełni stworzonych za pomocą CGI. Nie sposób tu także nie wspomnieć o kultowej ścieżce dźwiękowej Johna Williamsa, którą po kilku nutach rozpozna większość kinomaniaków. 

 

 

Taki sukces musiał błyskawicznie doczekać się kontynuacji, czyli wypuszczonego raptem cztery lata później Zaginionego Świata. Jak filmowa tradycja nakazuje, „dwójka” okazała się wyraźnie słabsza od pierwowzoru, zwłaszcza pod względem fabularnym, i nie zrobiła aż takiej kariery. Nie przeszkodziło to jednak hollywoodzkim producentom w próbie przyciągnięcia widzów do kina po raz trzeci w 2001 roku – Jurassic Park 3 spotkał się jednak z jeszcze chłodniejszym odbiorem fanów i krytyków, kręcących nieco nosem na zmianę klimatu filmu na familijno-przygodowy. Sam wspominam ten tytuł nawet miło, gdyż fajnie było zobaczyć Sama Niela wracającego do roli dr Granta, ale niewątpliwe JP 3 był znacznie słabszy od „jedynki”. Na ładnych parę lat dinozaury zniknęły więc z dużego ekranu i dopiero wciąż trwająca moda na wszelkiego typu rebooty, remake’i i „kontynuacje po dekadach”, sprawiła, że stworzone przez Spielberga i Crichtona filmowe uniwersum znów zawitało do kin. Nowa trylogia swe otwarcie zaliczyła w 2015 roku, ale mimo niezłej obsady (między Chrisem Prattem i Bryce Dallas Howard całkiem miło iskrzyło na ekranie) Jurassic World oraz Jurassic World: Upadłe królestwo (2018) okazały się kinowymi średniakami, o których błyskawicznie zapomniałem.

 

 

Cóż, już w czerwcu będziemy mogli sprawdzić, jak udanym dziełem okaże się wieńczący nową trylogię Jurassic World: Dominion, który pod względem fabularnym zapowiada się dość oryginalnie, gdyż tym razem bohaterowie nie trafią na odizolowaną dino-wyspę, lecz zmierzą się z całym ziemskim ekosystemem, którego częścią stały się prehistoryczne gady. W dodatku do akcji wkroczą postacie znane zarówno „Parków”, jak i „World’ów” i czeka nas spotkanie „świeżaków”, czyli Owena Grady (Ch. Pratt) i Claire Dearing (B. D. Howard), z weteranami starej trylogii – dr paleontologii Alan Grant (Sam Niel), dr paleobotaniki Ellie Sattler (Laura Dern) oraz matematyk i ekspert od teorii chaosu dr Ian Malcolm (Jeff Goldblum) znów ruszą dinozaurom z pomocą. 

Zwiastun prezentuje się naprawdę klimatycznie, ale to jeszcze nie znaczy, że film okaże się udanym zamknięciem nowej trylogii. Przekonamy się o tym dopiero 10 czerwca.