Jeszcze kilka lat temu cyberatak kojarzył się z czymś wyraźnie podejrzanym. Mail pisany dziwnym językiem, nadawca o dziwny adresie, podejrzany link, plik o nazwie „invoice_final_REAL_v2.exe”. Albo informacja od „firmy kurierskiej”, że nie mogli dostarczyć paczki, ale to nic, bo wystarczy kliknąć w TEN LINK, aby jeszcze raz umówić dostawę lub ją przekierować. Nawet mniej zaawansowany użytkownik komputera był w stanie wyczuć, że coś jest nie tak, mimo że w wiadomości znalazło się logo którejś z firm.
Dziś świat cyberprzestępczości się zmienił. Niestety – na naszą niekorzyść.
Z najnowszego raportu HP Wolf Security wynika, że cyberprzestępczość przeszła cichą, ale znaczącą transformację. Ataki coraz rzadziej są improwizowane. A co jeszcze gorsze – nie wymagają też dużych kompetencji technicznych, jak kiedyś. Chyba każdy kojarzy „speców” od cyberprzestępczości z filmów o hakerach, co nie? Dziś ataki coraz częściej przypominają proces produkcyjny: są powtarzalne, zoptymalizowane i skalowalne. I co najważniejsze: przestały wyglądać jak ataki.
Malware jak zestaw z klocków
Jednym z najbardziej uderzających wniosków raportu jest sposób, w jaki dziś powstaje złośliwe oprogramowanie typu malware. To żadna nowośc na „rynku” cyberzagrożeń – malware od zawsze miały wykradać dane, blokować dostęp do komputera albo smartfona albo przejmować kontrolę nad nimi lub podłączonymi doń sieciami. A to i tak ich najbardziej podstawowe wykorzystanie. Analizowany raport pokazuje, że dzisiaj hakerzy zamiast tworzyć wszystko od podstaw, zdecydowanie częściej korzystają z gotowych komponentów dostępnych na forach i w podziemnych rynkach.
Cały proces „ataku” można porównać właśnie do budowania z klocków, gdzie potrzebna jest podstawa, a następnie dołożenie na niej kolejnych elementów. I tak samo wygląda próba zainfekowania złośliwym oprogramowaniem. Jeden element odpowiada za pobranie pliku, inny za jego ukrycie, a jeszcze kolejny za komunikację z operatorem.
To co się zmienia, to „przynęta”, bo raz może to być faktura, innym razem dokument bankowy czy instalator popularnej aplikacji, a w jeszcze innym przypadku – archiwum ZIP lub RAR. Rdzeń ataku pozostaje jednak ten sam.
W rezultacie ataki można skalować niemal bez ograniczeń, a „próg wejścia” w świata cyberprzestępczości spada do poziomu, który jeszcze niedawno wydawał się nieosiągalny. Mało tego, w tym wszystkim hakerom pomaga dodatkowo sztuczna inteligencja i chatboty.
AI wchodzi do gry — także po stronie atakujących
Rosnąca rola wykorzystania AI w świecie cyberprzestępców to już nie ciekawostka, a pełnoskalowe zjawisko. Eksperci HP zauważają, że część analizowanych szkodliwych skryptów wygląda jak kod pisany przez AI. Jest przejrzysty, bardzo estetyczny, dobrze skomentowany i modularny. Zawiera instrukcje dla operatora, wskazujące, gdzie podmienić payload czy ścieżkę pliku.
To nie przypomina chaotycznych i nierzadko amatorskich prób ukrycia malware, tylko uporządkowaną pracę programisty.
W praktyce oznacza to jedno: cyberprzestępcy zaczynają korzystać z tych samych narzędzi AI co programiści i branża IT. Różnica polega wyłącznie na celu.
Najgroźniejsze ataki to te, które wyglądają znajomo
Największa zmiana nie dotyczy jednak technologii, tylko psychologii. Nowoczesne ataki nie próbują już „oszukać” użytkownika w oczywisty sposób. Nie opowiadają o tajemniczym dalekim krewnym, księciu Nigerii, który w załączniku zamieścił dla nas małą fortunkę, bo dlaczego niby nie? Zamiast tego budują wiarygodność.
Na przykład dany plik (chociażby wymieniona wyżej „faktura”) pobiera się z zainfekowanej strony, ale chwilę później użytkownik trafia na prawdziwy serwis, np. Booking. Albo instalator faktycznie instaluje na komputerze wybraną aplikację (np. zainfekowany Microsoft Teams) ze strony praktycznie idealnie naśladującej stronę od Microsoftu, ale aktywowany nieumyślnie w procesie instalacji malware już działa w tle. W innym przypadku plik wygląda jak klasyczny dokument PDF, ale w rzeczywistości jest skryptem mogącym uruchomić łańcuch reakcji.

Threat Insights Report March 2026
To subtelne zabiegi, które nie wzbudzają podejrzeń. Wręcz przeciwnie – utwierdzają użytkownika w przekonaniu, że wszystko przebiega prawidłowo. No bo przecież po operacji przeszliśmy na realny portal, a po instalacji aplikacji możemy z niej normalnie korzystać.
Statystki z ostatniego kwartału 2025 roku pokazują, że aż 38% zagrożeń zgłoszonych przez HP Sure Click kryło się w plikach EXE, co oznacza wzrost w stosunku do Q3 o 8%. Z kolei spadło wykorzystanie zainfekowanych plików archiwów (ZIP, RAR, 7z). Trzecim najczęściej wykorzystywanym formatem plików stał się DOCX, a tuż za nim uplasowały się PDF-y.
Internet wciąż ufa za bardzo
Szczególnie niepokojący jest sposób, w jaki cyberprzestępcy wykorzystują w pełni legalne platformy cieszące się „społecznym zaufaniem”. W przypadku omawianego raportu za przykład wzięto archive.org, Google Drive oraz inne usługi hostingowe.
Powód jest banalnie prosty: takie domeny rzadko trafiają na listy blokad, a użytkownicy ufają, że cokolwiek stamtąd pobiorą – będzie bezpieczne. Ale w efekcie złośliwe oprogramowanie czy skrypt może być ukryty w czymś, co wygląda jak zwykły plik z wiarygodnego źródła. Czasem nawet w… zwyczajnym obrazku. Pobranie go na komputer i otworzenie może narobić sporego zamieszania i stanowić przyczynek nie lada problemów na samego użytkownika i dla firmy. Mimo że przecież pobraliśmy go z zaufanego źródła.
Użytkownik nadal jest najsłabszym ogniwem systemu zabezpieczeń
Mimo całego postępu technologicznego, jedno pozostaje bez zmian: głównym celem ataku może być konkretny użytkownik, firma czy instytucja, ale pochodnię do wywołania tego pożaru umieszcza się zazwyczaj w ręce nieświadomego zagrożenia człowieka. To właśnie on jest w stanie finalnie otworzyć podlinkowaną albo przesłaną mailem puszkę Pandory. Jeżeli zagrożenie przedostanie się przez systemy detekcji zagrożeń i finalnie trafi do skrzynki odbiorczej, kolejne kliknięcia wyjdą spod palców pracownika.
Jak pokazują statystyki opublikowane przez HP, ponad połowa, bo aż 58% infekcji wszelkiej maści malware’em pochodziło z wiadomości e-mail. Kolejne 23% trafiło na firmowe PC ze stron pobierania. Jak te dwie wartości mają się do siebie? Wykorzystanie poczty elektronicznej spadło o 9%, natomiast infekcje na skutek pobierania plików przez przeglądarkę wzrosło o 7% w stosunku do Q3 2025.
Co gorsza, część z nich omija zabezpieczenia jeszcze przed dotarciem do użytkownika. To oznacza, że nawet dobrze zabezpieczone środowiska nie są wolne od ryzyka.
Zero-day tajną bronią
To nie jest jednak wyłącznie tak, że „wina” za infekcję leży tylko i wyłącznie po jednej stronie i jest to użytkownik. Inny raport HP zwraca także uwagę na kwestię tzw. zero-day’ów. To exploit mogący pojawić się na czarnym rynku zanim jakaś wada lub błąd w oprogramowaniu (np. w systemie operacyjnym, a nawet sofcie procesora czy płyty głównej) zostanie załatany przez producenta. Dane z końca 2025 pokazują, że aż 44% zero-day’ów dotyczy systemów operacyjnych. Z prostej przyczyny – dają najszersze pole dostępu, włącznie z przejęciem kontroli nad OS-em.
Jedną z najsłynniejszych luk w zabezpieczeniach był jednak tzw. Sinkclose – luka w zabezpieczeniach niemal wszystkich układów AMD od 2006 roku. Oficjalnie odkryto ją dopiero na początku sierpnia 2024 roku, a pod koniec tego miesiąca została załatana. Przez ten czas jednak miliony komputerów na całym świecie były narażone na ataki i to na poziomie trybu zarządzania systemem.
Wszystko jest w porządku (w pewnym sensie oczywiście), jeżeli luka została wykryta przez osobą, która niezwłocznie poinformowała o tym producenta. Gorzej jeżeli na trop takowej trafił cyberprzestępca, który postanowił sprzedać tę informację na czarnym rynku. Wtedy taka wiedza w niepowołanych rękach może potencjalnie wyrządzić masę szkód, zanim zostanie wykryta przez uczciwszą personę.
Wykorzystanie tego typu zagrożeń również jest na fali wznoszącej wśród cyberprzestępców i analiza podsumowująca 2025 rok pokazała, że tempo ich wykorzystania jest szybsze niż tempo łatania.
Cyberprzestępczość przestała być „hackingiem”
Marcowy raport pokazuje jeszcze jedną rzecz – cyberataki ataki wcale nie muszą być skomplikowane i zaawansowane. Hakerzy obecnie wcale nie muszą uciekać się do wymyślnych procedur, tworzyć skomplikowanych urządzeń, fizycznie wpinać się do systemów i sieci oraz robić wszystkich tych złożonych rzeczy rodem z filmów szpiegowskich. Wystarczy że ataki są bardziej dostępne, bardziej przewidywalne. Jednocześnie też „branża” cyberprzestępców sprofesjonalizowała się.
Cyberprzestępczość przestała być domeną pojedynczych „hakerów”. Coraz bardziej przypomina branżę usługową, w której odpowiednie narzędzia są gotowe, procesy zaplanowane i zoptymalizowane, a skala działania rośnie z miesiąca na miesiąc.
I właśnie dlatego staje się trudniejsza do zatrzymania.
Platforma HP Wolf Security jako lek na całe zło
W tym niezbyt przyjaznym cyfrowym świecie firma HP wraz ze swoją platformą HP Wolf Security poleca się na jako właściwy środek nie tylko zapobiegawczy, ale także działający doraźnie. Amerykanie pomyśleli zarówno o ochronie małych i średnich firm pod postacią HP Wolf Pro Security, jak i rozbudowanych, złożonych korporacji, firm i instytucji. Tu przyda się bardziej zaawansowany pakiet w postaci HP Sure Click Enterprise.
Wgląd do pełnego raportu HP Wolf Security Threat Insights Report z marca 2026 roku znajdziecie pod tym linkiem, a więcej na temat samego HP Wolf Security dowiesz się z tego tekstu.




Dodaj komentarz