dream machines rt5080-16PL27 recenzja

Dream Machines RT5080-16PL27 – recenzja. Gamingowy potwór z Ryzenem 9 9955HX3D i wodnym chłodzeniem

Współpraca płatna

Laptopy gamingowe z wodnym chłodzeniem to z jednej strony żadna nowość, ale z drugiej – raczej rynkowa ciekawostka, aniżeli rozwiązanie z potencjałem na standard. To raczej eksperymenty, jednostkowy pokaz siły producentów albo propozycja dla tak zwanych „entuzjastów”. No ale takie konstrukcje wśród gamingowych laptopów się zdarzały. W 2016 roku swój projekt pokazał Asus pod postacią Asus ROG GX800, który mógł pochwalić się doczepianym do tyłu „boom-boksem” będącym oczywiście stacją AiO. O krok dalej poszło Lenovo ze swoim Legionem 9i, który system chłodzenia wodnego miał zintegrowany z obudową, a przy tym udało się zachować całkiem smukłą linię obudowy. A co najważniejsze – system ten działał! W obu przypadkach, bądź co bądź.

Dream Machines RT5080 to kolejny notebook dla graczy, który sięga po tę tajną broń w walce z rosnącą temperaturą podzespołów podczas gry i – siłą rzeczy – nagrzewającą się obudową. A jest tutaj co chłodzić, bo na płycie głównej, oprócz GeForce’a RTX 5080 o TGP 80 W, znajduje się także jeden z najwydajniejszych procesorów mobilnych dostępnych obecnie na rynku – AMD Ryzen 9 9955HX3D. Taki duet potrzebuje wydajnego chłodzenia, aby móc dać z siebie maksimum i przy okazji zachować długie życie. Tyle tylko, że aby można było o tym mówić, to zastosowanie takiego rozwiązania musiałoby oczywiście dawać wymierne korzyści. I między innymi na pytanie: „Czy daje?” w tej recenzji odpowiem.

Dobra, ale powoli, bo każdy fan ultrawydajnych laptopów dla graczy doskonale wie, że chociaż high-endowy CPU oraz „grafa” to rzeczy niezaprzeczalnie istotne, to nie można pominąć tutaj kwestii wyposażenia dodatkowego. Dream Machines RT5080 to laptop kadłubkowy, czy też, jak ładniej i bardziej marketingowo się go określa – „laptop personalizowany”. Przygotowana przez Dream Machines konfiguracja bazuje na 16-calowej konstrukcji TongFang X6FR558Y, którą Chińczycy wyposażyli m.in. w ekran IPS o odświeżaniu 300 Hz. Pod kątem wizualnym, mimo że kadłubek na pierwszy rzut oka bardziej przypomina ponurą stację roboczą, to mamy tu kolorki serwowane przez podświetlenie RGB klawiatury oraz LED-owy pasek na froncie, które dodają mu nieco rozrywkowego charakteru.

I teraz najciekawsza z punktu widzenia zasobności portfela kwestia – za konfigurację, jaką otrzymałem na testy trzeba zapłacić niespełna 13 tys. złotych. Sporo, pewnie, ale biorąc pod uwagę stosunek tej kwoty do tego co dostajemy, to zaczyna robić się ciekawie. Przykładowo – za Asusa ROG Strix G16 w podobnej konfiguracji musimy wyłożyć już ok. 13 200 zł, z tym że tam mamy… RTX-a 5070, a nie 5080 – jak u bohatera testu. No i nie mamy wodnego chłodzenia.

No dobrze – to skoro już wiadomo, o czym przyszło mi pisać, to czas wziąć się za testy!

Specyfikacja

specyfikacja:Dream Machines RT5080-16PL27
wymiary i waga:357 x 245 x 26 mm
2,5 kg
przetestowany CPU:AMD Ryzen 9 9955HX3D
Fire Range (Zen 5)
16 rdzeni, 32 wątków
cTDP – 55 – 75 W
cache – 128 MB 3D V-Cache
dostępne CPU:jak wyżej
przetestowane GPU:NVIDIA GeForce RTX 5080, 16 GB GDDR7, 80 W
dostępne GPU:dGPU: NVIDIA GeForce RTX 5080
iGPU: AMD Radeno 610M
dysk:2 TB, M.2, PCIe 4.0 x4 NVMe
ADATA Legend 860
obsługiwane dyski:2x M.2 PCIe 4.0 x4 (2280)
RAM:32 GB LPDDR5-5600
Samsung M425R2GA3BB0
——————
dual-channel
max: 64 GB
przetestowana matryca:16 cali, 2560 x 1600, 16:10
IPS, 300 Hz, matowa, G-Sync
BOE NJ NE160QDM-NZL
dostępne matryce:jak wyżej
wybór portów:2x USB-C 3.2 Gen 2 (10 Gb/s, Power Delivery 3.0, DisplayPort 1.4)
3x USB-A 3.2 Gen 1 (5 Gb/s)
1x HDMI 2.1
1x mini DisplayPort 2.1 (80 Gb/s)
1x jack combo
1x RJ-45
akumulator:80 Wh
opcje łącznościWLAN: MediaTek MT7922 Wi-Fi 6E 160MHz
Bluetooth 5.3
LAN: Realtek RTL8125 Gaming 2.5GbE
wyposażenie dodatkowe:czytnik linii papilarnych zintegrowany z przyciskiem zasilania
głośniki stereo 2x 2 W z Nahimic
kamerka Full HD z funkcją rozpoznawania twarzy
podświetlana klawiatura
LED-owy pasek pod przednią krawędzią
aplikacja Control Center
chłodzenie wodne
opcje gwarancji:2 lata

Jakość wykonania i ergonomia obudowy

Czasy, kiedy z laptopów kadłubkowych można było szydzić ze względu na jakość wykonania już dawno minęły. Przynajmniej jeżeli chodzi o produkty z górnej półki. Firma TongFang radzi sobie w tej materii całkiem nieźle, wskutek czego testowany Dream Machines nie odbiega jakoś szczególnie od konkurencji. Szczególnie pod kątem gabarytów. 16-calowa „SnuMaszyna” waży 2,5 kg (oczywiście bez chłodzącego „boksa”) oraz ma niespełna 26 mm grubości. To praktycznie takie same wymiary, jakimi może pochwalić się Lenovo Legion Pro 7, a jednocześnie RT5080 jest lżejszy od Asusa ROG Strix Scar 16 Ultra (2,9 kg, 31 mm) czy Alienware’a 16 Area 51 (3,4 kg, 29 mm).

Nie ma co ukrywać, że pod kątem wizualnym, detali i świecących bajerów kadłubek wyposażony przez Dream Machines ustępuje bardziej designerskim konkurentom, ale z drugiej strony nie pozbawiono go całkowicie gamingowego ego. Aluminiowa obudowa w całości skąpana jest w głębokiej czerni, ale pod przednią krawędź trafił LED-owy pasek fajnie podświetlający biurko, a klawiatura pozwala nadać wyjątkową barwę praktycznie każdemu z dostępnych klawiszy. Poza tymi dwoma elementami jest skromnie, trochę ponuro, a niektórzy pewnie będą się czepiać, że nudno. Dream Machines naniosło oczywiście na obudowę swoje logo (na klapie) oraz nazwę (na dolnej ramce ekranu) i podoba mi się, że nie jest to tania wlepka, która odkleja się po pierwszym kontakcie. Niby detal, ale warto docenić.

Skromność konstrukcji nie oznacza, że laptop swoją stylistyką odstaje od estetycznego standardu laptopów gamingowych o ultrawysokiej wydajności. Nie zapomniano także o smukłych ramkach ekranu, a także odpowiedniej wytrzymałości konstrukcji. Metalowa obudowa wypada całkiem dobrze, bo nic tu nie trzeszczy, nie piszczy i nie straszy jakimś kiepskim spasowaniem. Wydaje się też całkiem odporna na nacisk i czuć, że zarówno pulpit, jak i klapa laptopa wykonane są z odpowiedniej grubości aluminiowych paneli.

Ekran Dream Machines RTX5080 wspiera się na dwóch szeroko rozstawionych zawiasach. W takich konstrukcjach często spotykam się z kiepsko usztywnioną dolną ramką, ale tutaj wydaje się, że producent o tym nie zapomniał. A skoro już przy zawiasach mowa, to dodam, że ich siła została świetnie wyważona – pozwalają one na otwarcie laptopa jedną ręką, a także na odchylenie wyświetlacza niemal o 180°. A co najważniejsze – stabilnie wspierają ekran.  

Rozmieszczenie i wybór portów daje nam trochę dobrego i szczyptę – nie za bardzo. Część z nich z znajduje się na przodzie bocznych krawędzi, a taka lokalizacja sprawia, że zarówno osoby prawo-, jak i leworęczne mogą mieć nieco ograniczoną przestrzeń na operowanie myszą z powodu wystających wtyczek i kabelków. Po lewej stronie umieszczono „erjotkę” (ta akurat jest na tyle), uniwersalnego jacka 3,5 mm, USB-C w standardzie 3.2 Gen 2 (10 Gb/s, DisplayPort 1.4 oraz Power Delivery 3.0) oraz USB 3.2 Gen 1 w kształcie A, a z prawej strony kolejne dwa USB w tym standardzie. Resztę złączy przeniesiono na tył notebooka. I tam znajduje się HDMI 2.1, mini DisplayPort 2.1a oraz kolejne 10-gigabitowe USB-C. Do tego dochodzą gniazda dla wodnego chłodzenia oraz zasilania dla 420-watowego zasilacza. Pewnym zaskoczeniem dla mnie, niekoniecznie pozytywnym, okazał się brak portów o standardzie Thunderbolt 4/USB4.

Jako że mowa o laptopie przygotowanym raczej z myślą o bardziej zaawansowanych użytkownikach laptopów, to warto przyjrzeć się kwestii łatwości dostępu do podzespołów. Tutaj na szczęście wszystko jest dla użytkownika w zasięgu śrubokręta, z tym, że trzeba nim trochę pokręcić. Najpierw czeka 10 śrubek na dolnej klapie, a później trzeba odkręcić osłony dysków (2x M.2 2280) i/lub RAM-u. Nic skomplikowanego, ale trzeba uważać przy zdejmowaniu obudowy, aby nie uszkodzić zatrzasków.

Osprzęt i wyposażenie dodatkowe

Ekran

TongFang, a więc i siłą rzeczy Dream Machines, postawiło na panel LCD wykonany w technologii IPS. I to całkiem niezły panel, biorąc pod uwagę nie tylko to, jak się prezentuje gołym okiem, ale też pod kątem tego, co dodatkowo powiedział mi o nim kolorymetr. Bo już pierwszy kontakt z wyświetlaczem pokazał, że można tu liczyć na zaskakująco przyjemną czerń oraz ładne, nasycone barwy, a wszystko to w płynności 300 Hz.

Pozostali nie powinni marudzić i wydaje się, że producent odpowiednio o to zadbał. Zainstalowany tu wyświetlacz od BOE o rozdzielczości 2560 x 1600 pikseli obiecuje wiele i już teraz mogę zdradzić, że nie „rzucał słów na wiatr”. Obiecane 100% odzwierciedlenia palety kolorów sRGB jest obecne, podobnie jak odświeżanie o wartości 300 Hz oraz obsługa NVIDIA G-Sync. Dodatkowo, okazało się, że zainstalowany IPS może pochwalić się także bardzo intensywną, jak na panele IPS rzecz jasna, czernią (0,15 cd/m2) oraz głębokim kontrastem, a to zaś sprawiło, że finalnie obraz jest godny miana „wyświetlacza dla graczy”.

dream machines rt5080-16PL27 recenzja

Podświetlenie – no cóż. Pod kątem zrealizowania deklaracji, to jest nawet lepiej niż obiecano, bo specyfikacja mówiła o 500 nitach, a w najjaśniejszym punkcie ekranu, czyli na jego środku, mamy prawie 600 nitów. Tyle tylko, że podświetlenie jest mocno nierówne. Nie rzuca się to, co prawda, w oczy przy codziennym użytkowaniu, ale pomiędzy lewym dolnym narożnikiem a środkiem różnica wyniosła aż 91 nitów. To dużo.

Parametry matrycy:

  • luminancja: 598 cd/m2
  • kontrast: 4000:1
  • czerń: 0,15
  • paleta sRGB: 100%
  • paleta DCI-P3: 78%
  • paleta AdobeRGB: 73%

Klawiatura i touchpad

Gamingowa klawiatura często posiada nieco inną charakterystykę niż „kafelki” z laptopów do codziennego użytku albo sprzęt biznesowy. W sprzęcie dla graczy klawisze bywają bardziej twarde, mają bardziej stanowczą, dobrze wyczuwalną odpowiedź. Mechanizmy mają sprzyjać grze, a nie szybkiemu pisaniu, jak w chociażby „biznesówkach”. Taka właśnie jest klawiatura w testowanym laptopie. Jest wyraźnie twardsza niż ta, na której pracuję, podróż klawisza w dół jest raczej standardowa pod kątem głębokości, ale czuć, że palce muszą włożyć delikatnie więcej siły we wciśnięcie przycisku. Finalnie grało mi się na niej dobrze, ale już do pisania, szczególnie długich tekstów, raczej wolałbym coś innego. Wiadomo – gusta i guściki.

Podoba mi się też, że nie tylko kwestia mechanizmów została potraktowana z należytą powagą. Płytki klawiszy wykonane są z twardego, ale całkiem przyjemnego, gładkiego w dotyku tworzywa, a białe czcionki są wyraźne i co najważniejsze w sprzęcie gamingowym – podświetlane! Kolorków oczywiście nie brakuje, a podświetlenie można sobie dowolnie modyfikować po swojemu w aplikacji Control Center. W centrum zarządzania komputerem można nie tylko zmieniać tryb świecenia oraz barwy, ale nawet przypisywać pojedynczym klawiszom wybranym kolor. Nic nie stoi na przeszkodzenie, aby np. podświetlić sobie tylko klawisze WSAD, spację albo dajmy na to E lub F, będące często klawiszami interakcji w grach. Szkoda tylko, że nie można sobie w taki sposób tworzyć profili pod wybrane gry…

Touchpad w sprzęcie o takim formacie i takiej specjalizacji nie jest może najważniejszym dodatkiem, wszak raczej mało kto będzie korzystał z 16-calowego Dream Machines mobilnie. Niemniej, cieszy fakt, że i tu zadbano o odpowiednią jakość. Płytka z tworzywa jest całkiem spora, a teflonowo-podobna faktura sprawia, że paluchy ślizgają się po niej bez oporu. Co prawda klik klawiszy jest nieco „plastikowy”, ale najważniejsze, że mają odpowiednio wyważony, dobrze wyczuwalny pod palcami skok. W zasadzie jedyną rzeczą, której mógłbym się uczepić, to podatność czarnej płytki na upaćkanie.

Głośniki

W maszynie od Dream Machines postanowiono skorzystać ze sprawdzonego stereo, ale trzeba przyznać, że całkiem nieźle radzącego sobie z multimediami. Jakość serwowanego przez nie dźwięku nie sprawi nagle, że wszyscy stwierdzą, że słuchawki albo zewnętrzne głośniki z subwooferem są zbędne, ale to co oferuje laptop jest po prostu – jak na głośniki z notebooka rzecz jasna – w porządku.

Dwa głośniki o mocy 2 W nie są przesadnie głośne, całkiem sensowne zbalansowane i w trakcie testów nie dane mi było słyszeć zbyt mocno szklistych albo świdrujących uszy sopranów. Nawet przy maksymalnej głośności. Wszystko wybrzmiewało bliżej środka skali, jednocześnie delikatnie zarysowując bas. Do okazjonalnego obejrzenia serialu, filmu, a nawet pogrania w coś, jeżeli akurat pod ręką nie mamy lepiej brzmiących alternatyw – jak najbardziej się nadają.

Funkcje bezpieczeństwa

Dream Machines RT5080-16PL27 nie oferuje pod kątem bezpieczeństwa nic ponad to, co oferuje system Windows 11 i jego wymagania – stąd siłą rzeczy obecność modułu szyfrującego TPM 2.0, oraz kamerka z czujnikami IR i funkcją rozpoznawania twarzy. Nie ma tu żadnego innego sprzętowego zabezpieczenia, ale też nie jest to żadna większa niespodzianka, bo chociaż np. czytniki linii papilarnych od czasu do czasu w laptopach gamingowych się pojawiają, to jednak nie nazwałbym tego standardem. Testowany laptopa również się w tym kierunku nie wychyla.

Łączność

Jedną z największych zalet laptopów kadłubkowych jest możliwość skonfigurowania go przez sklep na różne sposoby i nie chodzi tu tylko o RAM czy konfigurację dyskową, ale też takie elementy jak karta sieciowa. A każdy gracz lubujący się w „giereczkowaniu” po Sieci doskonale wie, jak ważny jest to dodatek. Mimo że laptop dysponuje także przewodową kartą sieciową (Realtek RTL8125 2,5 GB/s), to jednak jest to dość standardowe rozwiązanie, a konfigurator nie pozwala na wymianę tego podzespołu.

Inaczej rzecz ma się w kontekście karty WLAN. Tutaj do wyboru jest cały wachlarz – od trącącego myszką Wi-Fi 5, przez nowsze i stabilniejsze standardy Wi-Fi 6 oraz Wi-Fi 6E, aż do Wi-Fi 7. W testowanej konfiguracji sięgnięto po „złoty środek”, a więc kartę WLAN obsługującą standard 6E (MediaTek MT7922 Wi-Fi 6E z obsługą Bluetooth 5.3), ale po dopłacie dodatkowych 90 zł można sięgnąć po „sieciówkę” z gamingowej serii Intel Killer, a za dodatkowe 130 zł można skonfigurować laptopa z Wi-Fi 7.

Box chłodzący w zestaw wchodzący

W tytule tego akapitu postanowiłem zawrzeć odpowiedź na jedno z pytań, które z pewnością niejednemu czytelnikowi przyszło do głowy czytając tę recenzję: tak, stacja zawierająca pompę wodną jest częścią zestawu.

Niewielka stacja AiO umożliwiająca skuteczniejsze chłodzenie podzespołów niż w przypadku konwencjonalnego zestawu składającego się z wentylatorów, ciepłowodów i termopadów to dość ciekawy dodatek do maszyny, która ma przede wszystkim służyć swoją wysoką wydajnością. Przestrzeń na wymianę powietrza wewnątrz ciasnej obudowy notebooka jest niewielka, a fizykę w tym przypadku ciężko oszukać. Kluczowym pytaniem jest oczywiście to, czy dołączany do kompletu z laptopem dodatek wywiązuje się z powierzonego mu zadania?

Aby podłączyć stację chłodzenia wodnego, trzeba ją po prostu połączyć z laptopem za pomocą kabli zasilających, wtedy zasilacz wpina się do „boksa”, a od niego do gniazda zasilania laptopa idzie drugi przewód. No i oczywiście na końcu trzeba podpiąć wężyki – wszystko jest banalnie proste i dobrze oznaczone, co zaliczam na spory plus. Nie sposób się tutaj pomylić, a wszystkie* niezbędne elementy znajdują się w zestawie. Włącznie z zapasową końcówką wężyków oraz uszczelkami.

*No, prawie wszystkie, gdyż w przypadku chłodzenia cieczą trzeba pamiętać o… cieczy. W tym przypadku przyda się ok. 200 ml litrów wody destylowanej/dejonizowanej.

Woda nalana? Kabelki i wzmocnione oplotem wężyki na swoich miejscach? To teraz wystarczy tylko wcisnąć przycisk zasilania znajdujący się na froncie urządzenia, a w aplikacji Control Center przejść do menu Performance, następnie do zakładki Liquid Cooling System Control i sprawdzić, czy stacja jest aktywna. Jeżeli wszystko jest w porządku – będziecie ją słyszeć. Jeśli jednak stacja się nie odpaliła, warto w aplikacji wcisnąć przycisk Connect. Jeżeli jednak z jakiegoś powodu coś nie zadziałało jak trzeba, u góry znajduje się przycisk Q&A, pod którym znaleźć można zestaw podpowiedzi i sposoby na rozwiązanie ewentualnego problemu. W moim przypadku wszystko działało jak należy, za każdym razem, kiedy AiO podłączałem i odłączałem.

Testy wydajności

Skoro już wszystkie poboczne kwestie mamy omówione, to czas przyjrzeć się możliwościom tej konfiguracji, bo ta to w zasadzie flagowe podzespoły, szczególnie jeżeli bierzemy pod uwagę procesor oraz kartę graficzną. Ryzen 9 9955HX3D z pamięcią 3D V-Cache to najlepsze co ma do zaoferowania obecnie AMD w kwestii procesorów mobilnych o wysokiej wydajności, a GeForce’a RTX 5080 od NVIDII raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Do tego dochodzi 2x 16 GB pamięci DDR5 w kościach od Samsunga, a także 2-terabajtowy nośnik M.2 PCIe 4.0 x4. No i wsparcie wodnego chłodzenia!

Procesor i wydajność ogólna

Po kolei jednak. Producent laptopa nie rozmieniał się na drobne w kwestii wydajności i zaoferował 16-rdzeniowego i 32-wątkowego potwora zaprojektowanego z myślą o laptopach o wysokiej wydajności. Ryzen 9 9955HX3D to pierwsza wariacja mobilnej wersji chipu z megawydajnym „cachem” o pojemności 128 MB.

Technologia pamięci 3D V-Cache drugiej generacji nie jest już dzisiaj żadną nowością w komputerach stacjonarnych z topowymi jednostkami od AMD w gnieździe płyty głównej, ale w przypadku laptopów to wciąż nowinka technologiczna. Wiadomo jednak, że po reprezentancie rodziny Fire Range (Zen 5) należy spodziewać jak najwyższej wydajności nie tylko w grach. Zresztą, także konfigurowalne TDP jednostki o wartości 55 – 75 W również to sugeruje.

I tak, każdy z 16 rdzeni fizycznych może pochwalić się taktowaniem bazowym na poziomie 2,5 GHz, które maksymalnie może zostać podbite w trybie Boost do 5,4 GHz. Faktycznie, w trakcie testów zdarzało się, że na moment jednostka taką częstotliwość osiągała, ale były to oczywiście krótkotrwałe skoki. Podczas długotrwałego obciążenia jednostka osiągała stabilny pułap 3,7 – 3,8 GHz utrzymując temperaturę poniżej 80°C.

AMD Ryzen 9 9955HX3Dtemperatura:taktowanie:
czas pracy – 15 min77° C3,8 GHz
czas pracy – 30 min78° C3,8 GHz
czas pracy – 60 min78° C3,7 GHz

Ale już w tym momencie dało się zauważyć, że dołączona do zestawu pompa z chłodzeniem wodnym potrafi nieco namieszać w tych statystykach. Podpięcie wężyków z cieszą sprawiło, że temperatura APU nie tylko wyraźnie spadła, ale też rdzenie zdołały wydusić z siebie dodatkowe 100 – 200 MHz. W związku z tym, aby wykorzystać maksimum potencjału procesora, wszystkie testy wydajnościowe zostały przeprowadzone z wodnym chłodzeniem w trybie „ON”.

AMD Ryzen 9 9955HX3Dtemperatura:taktowanie:
czas pracy – 15 min64° C3,9 GHz
czas pracy – 30 min64° C3,8 GHz
czas pracy – 60 min63° C3,8 GHz

Skutek jest taki, że wyniki uzyskane w benchmarkach zamiotły z planszy inne procesory, które dotychczas miałem przyjemność testować. Prawie 2000 punktów w wymagającym Cinebench R2024 czy nieco ponad 4 minuty w teście HandBrake to nie tyle wartości, których nie widzi się na co dzień – to wartości, których nie widziałem w żadnym z dotychczas przetestowanych przeze mnie laptopów, wliczając w to stacje robocze!

dream machines rt5080-16PL27 recenzja

To właśnie zintegrowanie z SoC pojemnego cache’u pozwala na „przekazanie” większej liczby istotnych, w danym momencie, danych do podręcznego zasobnika CPU. Mało tego, sama pojemność pamięci i bliskość procesora to nie wszystko, albowiem zastosowana przez AMD pamięć 3D V-Cache jest szybsza od RAM-u. Warto jednak wiedzieć, że może ona stanowić spory zastrzyk wydajności w grach oraz operacjach wykorzystujących mnóstwo danych oraz zadaniach „wrażliwych” na opóźnienia w dostępie do pamięci – tutaj różnice pomiędzy konwencjonalnym procesorem a wyposażonym w 3D V-Cache będą największe. Mniejsze różnice będą zauważalne w operacjach związanych np. z renderowaniem 3D, kodowaniem wideo czy zadaniach bardzo mocno bazujących na wielordzeniowości. Trzeba mieć to na uwadze.

Wydajność graficzna

Ryzen 9 9955HX3D jest wyposażony w zintegrowany układ graficzny Radeon 610M z dwoma rdzeniami CU. To reprezentant rodziny Dragon Range, bazującej jeszcze na architekturze RDNA 2.0. Mimo że jako „integra” wypada ona nieźle, zapewniając chociażby podstawowe wsparcie dla ray tracingu, to jednak w przypadku tego laptopa nie ma co się oszukiwać – to element konfiguracji mający pomóc oszczędzać baterię i energię, kiedy akurat zamiast wyciskania z APU i RTX-a 5080, ktoś sobie przegląda Internet albo ogląda film czy serial.

Do „giereczkowania” niezbędny jest właśnie ten drugi układ graficzny – niezależny GeForce RTX 5080 od NVIDII, reprezentujący generację Blackwell. Producent sięgnął po wariant o TGP 80 W z taktowaniem 975 – 1500 MHz. Układ opiera się na rdzeniu GB203, a więc dokładnie tym samym, co desktopowy RTX 5080 oraz… mobilny RTX 5090. Różnice pomiędzy wymienionymi układami wynikają przede wszystkim z TGP, taktowania, dostępnych rdzeni CUDA, RT czy Tensor oraz pojemności vRAM-u. Można więc z czystym sumieniem powiedzieć, że są to mimo wszystko zupełnie różne układy.

GeForce RTX 5080 obecny w Dream Machines RT5080 posiada 240 rdzeni Tensor oraz 60 rdzeni RT, a do tego 7680 rdzeni CUDA. Do konfiguracji doliczyć należy także 16 GB pamięci GDDR7 na 256-bitowej szynie o przepustowości 896 GB/s. Pod kątem czystej specyfikacji nie ma w związku z tym na co narzekać, ale ważniejszym pytaniem jest, jak radzi sobie GPU w zderzeniu z najnowszymi produkcjami. No, może nie wszystkie są aż tak świeże, jak chociażby Kingdom Come: Deliverance II, ale na pewno wszystkie należą do tych zdecydowanie bardziej wymagających.

Jak się okazało, mobilny RTX 5080 w zestawie z Ryzenem 9 9955HX3D jest w stanie poradzić sobie z maksymalnymi ustawieniami Cyberpunka 2077, STALKER-a 2 oraz rzeczonego KC: Deliverance II w natywnej rozdzielczości zachowując płynność animacji na poziomie ok. 60 klatek na sekundę. Co prawda w przypadku produkcji od CD Projekt RED oraz Warhorse Studios przydało się wsparcie DLSS 4 i/lub generatora klatek, ale nie zmienia to faktu, że oczekiwana płynność została zachowana. Baldur’s Gate III w najbardziej wymagającej lokacji, jaką jest miasto Wrota Baldura to już przeszło 125 kl./s.

Warto jeszcze w tym miejscu wspomnieć o kulturze pracy GPU w czasie gry, bo także tu „box” chłodzący podzespoły cieczą okazał się sporym wsparciem. Kiedy zagoniony do roboty RTX 5080 chłodzony był wyłącznie dwoma wiatrakami, jego temperatura dochodziła do 80° C. Korzystanie z AiO sprawiło natomiast, że temperatura GPU oscylowała w okolicach 62° C – różnica jest więc nad wyraz zauważalna i odczuwalna, o czym nieco później.

Dysk

Nie jestem specjalnie zaskoczony, że Dream Machines wyposażyło „kadłubek” od TongFang w pojemny i szybki dysk. W tym przypadku mamy do czynienia z nośnikiem ADATA Legend 860 o pojemności 2 TB. Jeżeli ktoś lubi mieć zainstalowanych kilka sporych tytułów w jednym momencie, a do tego posiada sporą kolekcję filmów, zdjęć oraz np. różnego rodzaju projektów – pojemność jak znalazł. Jeżeli zaś i to okaże się za mało, to nic nie stoi na przeszkodzenie, aby wykorzystać drugie dostępne gniazdo. Sama przestrzeń na dane to oczywiście nie wszystko. Laptop został wyposażony w dwa gniazda PCIe 4.0 x4 pozwalające na montaż szybkich dysków M.2 w formacie 2280.

Nośnik od ADATA potrafi zrobić użytek z wykorzystanego interfejsu, chociaż nie ukrywam, że na rynku da się znaleźć szybsze nośniki PCIe 4.0, szczególnie pod kątem zapisu sekwencyjnego. Testowany Dream Machines postawił jednak na korzystny stosunek ceny do możliwości dysku. I tak, zapis to wartości przekraczające wyraźnie wartość 3000 MB/s. Odczyt sekwencyjny jednak wypada zdecydowanie korzystniej, szczególnie wg benchmarka Crystal Disk Mark 9. Udało mu się bowiem uzyskać wynik ok. 6300 MB/s, a więc wcale nie tak odległy od najwydajniejszych pod tym kątem „M-dwójek” bazujących na czterech liniach PCIe 4.0.

Jeżeli jednak dla kogoś to za mało, to w konfiguratorze na stronie Dream Machines istnieje możliwość wyboru jeszcze wydajniejszego nośnika.

Kultura pracy

Tym razem wyjątkowo ta sekcja zostanie podzielona na dwa scenariusze: kiedy laptop chłodzony był za pomocą wbudowanych wiatraków i ciepłowodów, a następnie – z podłączonym chłodzeniem wodnym. Już wcześniej zdradzałem, że zarówno procesor, jak i karta graficzna z obecności „boksa” korzystały efektywnie, szczególnie GeForce RTX 5080. Niższe temperatury podzespołów przełożyły się oczywiście na niższe wartości przy sprawdzaniu temperatury obudowy.

Chłodzenie konwencjonalne

Aby mieć punkt odniesienia, najpierw przyjrzyjcie się temperaturom poszczególnych stref obudowy i głośności generowanej przez trzy wiatraczki.

Jak widać, szczególnie tył obudowy potrafił się robić ciepły w czasie gry. Wyższą temperaturę, zbliżającą się do wartości 50° C dało się także zauważyć na środku klawiatury i ku mojemu zaskoczeniu było tam cieplej niż na spodzie laptopa. Zazwyczaj mamy do czynienia z sytuacją odwrotną.W laptopach gamingowych z podzespołami o wysoki TDP, a nawet stacjach roboczych takie wyniki się zdarzają i nie ma tu wielkiego zaskoczenia. Wiatraki układu chłodzenia potrafiły w tym momencie generować szum o natężeniu ok. 52 dB. Był on jednak dość jednostajny i nie miał świszcząco-gwiżdżącej tonacji.

Scenariusz pracy biurowej z kolei, dużo łaskawszy dla CPU i „grafy”, cechował się naturalnie niższymi temperaturami i ku mojemu zaskoczeniu, jak najbardziej pozytywnemu, nigdzie nie udało się trafić na wartość przekraczającą 39° C. Wentylatory natomiast także musiały od czasu do czasu się poobracać – trzeba pamiętać, że chłodzą procesor z wysokim TDP. I tak, mimo że krótkimi momentami wiatraczki potrafiły rozkręcić się i osiągnąć ok. 44 dB, ale po chwili znowu wracały do ledwo słyszalnego szmeru.

Chłodzenie wodne

Dołączone do zestawu chłodzenie wodne dość szybko pokazało swoją przydatność – wystarczy spojrzeć na temperatury badanych fragmentów „kadłubka”, żeby zobaczyć, że w obu scenariuszach różnice wyniosły od kilku do nawet kilkunastu stopni. Żadnym zaskoczeniem nie jest oczywiście fakt, że większy różnice mogłem zobaczyć podczas grania niż podczas symulacji pracy biurowej. Nie zmienia to faktu, że i tutaj w niektórych strefach, szczególnie przy tylnej krawędzi i na środku klawiatury, pirometr wskazywał o kilka stopni mniej niż przy korzystaniu z konwencjonalnego chłodzenia.

Wszystko ładnie-pięknie, ale uczciwie muszę jeszcze napisać o drugiej stronie medalu. Szum laptopa co prawda ma niższe natężenie, kiedy „box” jest podpięty, ale on sam także swoje odgłosy wydaje. I to wyraźnie słyszalne. Mi osobiście ten dźwięk kojarzył się z drukarkami. Czy był uciążliwy? Grając ze słuchawkami na uszach, dało się go ignorować. Ale to „brzęczenie” potrafiło osiągnąć poziom ok. 45 dB. Nagranie poniżej.

Fakt że stacja nie jest sztywno podpięta do laptopa, jak to miało miejsce chociażby w laptopie od Asusa, o którym wspominałem we wstępie, ma swoje plusy. Można w związku z tym postawić ją nieco z tyłu albo z boku laptopa. Trzeba jednak pamiętać, że na prawej ściance stacji chłodzącej znajdują się otwory wentylacyjne, którymi wydmuchiwane jest rozgrzane powietrze, więc nie powinny one być zasłonięte.

Testy baterii

Po laptopach tego pokroju raczej trudno spodziewać się, że będą osiągać spektakularne wyniki pod kątem długości czasu pracy na baterii. Przecież już sama obecność dodatkowego akcesorium na biurku, jakim jest stacja chłodząca, sugeruje, że Dream Machines RT5080 powinien być wykorzystywany jednak bardziej stacjonarnie niż „zwykły” laptop.

No ale jednak to wciąż notebook, a w jego wnętrzu znalazł się akumulator o pojemności 80 Wh. To całkiem sporo, ale nie na tyle, aby zapewnić działanie laptopa na własnym zasilaniu przez większość dnia. Oglądanie filmu czy przeglądanie Internetu wyssie energię z baterii już po ok. 3 – 3,5 godzinie. Z kolei zrezygnowanie z trybu oszczędzania energii sprawi, że komputer wyłączy się po nieco ponad godzinie. Zdecydowanie nie są to wyniki, które pozwoliłby zrezygnować z wkładania do plecaka z laptopem zasilacza.

Podsumowanie

Nie da się określić Dream Machines RT5080 inaczej, jak udanym laptopem gamingowym, który oprócz tego, że został odpowiednio wyposażony fabrycznie i przez samo Dream Machines, to na dodatek wypada dość atrakcyjnie pod kątem stosunku ceny do możliwości. Najbardziej jednak doceniam fakt, że chłodzenie wodne, na którym – nie oszukujmy się – reseller opiera sporą część marketingu tego modelu, nie jest tylko elementem reklamy albo zbędnym bajerem, ale faktycznie użytecznym dodatkiem do konfiguracji.

Laptopy kadłubkowe rządzą się trochę swoimi prawami i to widać także w przypadku maszyny od Dream Machines/TongFang. Mimo to nie można jej odmówić porządnego wykonania i zachowania standardu godnego segmentu, jaki laptop reprezentuje. Może i nie ma tu wizualnych fajerwerków znanych znanych innych brandów i rodzin sprzętu dla graczy, ale chociaż podświetlana klawiatura i LED-y pod spodem dodają fajnego smaczku.

Co do samej wydajności, to nie mogę mieć w zasadzie większych zastrzeżeń. Można wyłącznie żałować, że pod obudowę nie trafił któryś z wydajniejszych wariantów RTX-a 5080, ale zainstalowana wersja i tak daje możliwość przesunięcia wszystkich suwaków ustawień graficznych w kierunku „Ultra”. Ryzen 9 9955HX3D zaś to prawdziwy potwór stworzony z myślą o tworzeniu zgranego duetu z najwydajniejszymi GPU i to widać.

W zasadzie największym mankamentem tego laptopa wydaje mi się kultura pracy, ale nie pod względem temperatur, a bardziej pod kątem głośności układu chłodzenia. Bo jednak zarówno wiatraki, jak i stacja chłodząca wodą są słyszalne i trzeba będzie wziąć to pod uwagę decydując się na konfiguracje przygotowaną przez Dream Machines. Czas pracy na baterii też ma prawo niektórych rozczarować, chociaż ja sam zakładam, że będzie to raczej DTR niż notebook – jego „obszar działań” będzie stanowiło biurko, a nie teren.

No i nie można zapominać o najważniejszym – to propozycja, która jak najbardziej broni się pod kątem proporcji cena-jakość-wydajność. Tak więc, jeżeli komuś nie zależy na posiadaniu na laptopie znaczka Acera, Asusa, Lenovo Legion czy innego, a priorytetem jest sensownie wyceniona wydajność – Dream Machines RT5080 jest wartą wzięcia pod uwagę propozycją.

Sprzęt do testów dostarczyła firma Dream Machines. Opinie wyrażone w recenzji należą w 100% do autora i żadne osoby trzecie nie ingerowały w jej treść.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *