Nie ukrywam, że tytuł powinien brzmieć „Dlaczego nie jaram się już jakimkolwiek wydarzeniem branży gier?”, ale skoro właśnie zakończyło się E3 2021, które obeszło mnie tak samo, jak awanse pierwszoligowych klubów do Ekstraklasy, podczas gdy rozgrywa się EURO 2020, to moje podejście do E3 będzie właśnie takim papierkiem lakmusowym mojego obecnego stosunku do branży gier wideo.

Powodów jest wiele. Nie wiem, które mają znaczenie większe, a które mniejsze. Może fakt, że od dwóch lat w mojej metryce przy wieku mam cyfrę „3”, robię się stetryczały i marudzę? Może fakt, że tegoroczne E3 pokryły się z trwającym od 11 czerwca mistrzostwami Europy w piłkę kopaną? Czy może winę ponosi nudna jak flaki z olejem cyfrowa formuła targów? A może trwające już dłuższy czas poczucie bycia robionym w konia przez gamedev i wydawców poprzez ciągłą jazdę na utartych schematach i wydawania niekiedy półproduktów za pełną kwotę – reszta w nadchodzących patchach oraz DLC czy tam innych przepustkach sezonowych? Albo ceny „podstawek” rosnące do absurdalnych kwot (za podstawową wersję zapowiadanego na E3 Forza Horizon 5 trzeba będzie zapłacić 300 zł, za Battlefielda 2042 – 269 zł, najprawdopodobniej – nowe Call of Duty również zbliży się do trzech stówek, biorąc pod uwagę ceny Modern Warfare oraz Black Ops Cold War)?

A może źle robię? Po co szukać głównego winowajcy, skoro na ten moment wszystko wydaje się być tutaj powodem.

Nie będę ukrywał, że czasu na granie mam coraz mniej, a co za tym idzie – chciałbym od czasu do czasu przysiąść przy jakimś tytule, ograć go od początku do końca, poczuć jakość i fakt, że gra była warta każdej wydanej złotówki. Poczuć włożone serducho, zobaczyć coś kreatywnego, zatopić się w klimat, roztapiać się widząc dopracowanie i przywiązanie do detali. Tylko że ostatni raz takie poczucie miałem grając w Red Dead Redemption 2, z tym że było to rok temu. W tym roku do grona takich gier zaliczę It Takes Two, przy którym spędziłem z żoną kilkanaście godzin naprawdę świetnej zabawy, oraz Days Gone. Z tym, że to produkcja z 2019 roku, wydana teraz na PC. Reszta? Gry na które czekałem okazały się mniejszym bądź większym rozczarowaniem. No, może za wyjątkiem Resident Evil: Village – sam jeszcze nie spotkałem się oko w oko z panią Dimitrescu i jej córciami, ale gracze przyjęli produkcję ciepło. Nieco chłodniej Polacy kompletnie nie rozumiejący decyzji o braku polskiego tłumaczenia gry – sam do tego grona się zaliczam. No i jeszcze otrzymaliśmy najlepszego Hitmana w historii, ale też nie miałem przyjemności ograć tej produkcji.

Nie chciało mi się po raz kolejny oglądać trailerów i różnych zapowiedzi, które koniec końców i tak mają mało wspólnego z jakością produktu końcowego. Ile można patrzeć na wyreżyserowane gameplaye z pompatyczną muzyką i wielki napis „Pre-order now!”? Przy okazji apel – nie dawajcie się robić w bambuko i kupujcie gry po premierze. Wracając do tematu – nie chce mi się jarać, że jakaś tam gra wyjdzie jeszcze w tym roku albo na początku 2022, bo i tak pewnie nie wyjdzie. Bo COVID, bo „potrzeba doszlifowania”, bo „chcemy dać graczom wyjątkowe doświadczenie i staramy się dopracować pewne elementy, które jeszcze nie działają, jak byśmy chcieli” – jasne, te powody są zrozumiałe, tylko że na końcu stosunkowo rzadko kiedy gracze dostają produkt faktycznie w pełni dopracowany. A później znowu zabawa w tłumaczenia… Wiara w pierwszą datę premiery ma dzisiaj taki sam sens, jak branie za złotą monetę obietnic naszej reprezentacji i sztabu szkoleniowego, że do mistrzostw piłkarze są w pełni gotowi pod kątem mentalnym, taktycznym oraz fizycznym.

A później przychodzi mecz ze Słowacją…

Na całe szczęście rynek gier niezależnych, czyli tzw. „indyków” ma się całkiem dobrze, więc nie jesteśmy skazani na produkcje AAA. Ubiegłoroczna rewelacja, Hades, utarł nosa naprawdę wielu dużo bardziej rozreklamowanym produkcjom i zgarniał jedną nagrodę za drugą.

Żeby nie było, że tylko narzekam – oczywiście, że rzuciłem okiem na to, co szykują studia i wydawcy. No i większość zapowiedzi była dla mnie ciekawa i fascynująca mniej więcej tak, jak kawałek ogórka dla mojego psa. Ale nie ukrywam, że ucieszyłem się na wieść o drugiej części The Outer Worlds (przy „jedynce” bawiłem się przednio), kontynuacji opowieści z A Plague Tale: Innocence (kto nie grał, niech nadrobi!) oraz nowym STALKERZE (fanboy uniwersum od lat – do dzisiaj mam legitymację z terenowego LARP-a odbywającego się w forcie Nysa, na którym kiedyś byłem). O tym, że mam spore oczekiwania co do Atomic Heart już pisałem – nic się w tej materii nie zmieniło. Nowe gry od Ubisoftu? W ich kontekście nie mam oczekiwań żadnych, bo i też każdy wie, czego się po Far Cry 6 oraz nowym Rainbow Six spodziewać. Posiadacze Nintendo Switch mają za to swoje małe święto spowodowane zapowiedzią Legend of Zelda: Breath of the Wild 2.

 

 

 

 

 

 

I to tyle moi drodzy, cytując sławną parodie analizy trenera Jacka Gmocha z mistrzostw świata 2002: „Koniec mistrzostw, do widzenia”.

Może za rok będzie lepiej?