Katmandu zdaje się schowane, przyczajone za górami. Samolot nadlatujący znad indyjskich równin wlatuje w strefę wysokich gór wpadając w turbulencje. Zataczanie kręgów w otoczeniu majestatycznych szczytów potęguje wrażenie grozy. Jest pięknie, ale strach staje kamieniem w gardle, a spocone ręce zaciskają się mocno na pochwytach foteli. Od czasu do czasu, kiedy maszyną szarpnie, ktoś krzyknie z przerażenia, ale zaraz się uśmiecha i robi minę, jakby przepraszał, że mu się wymsknęło.

Lotnisko jest małe, samolot czeka na swoją kolej lądowania, a my czekamy wraz z nim trzęsąc się w rytm gwałtownych turbulencji. W dole roztacza się rozlazłe, zakurzone, bure, nierealne miasto, gęsto pokryte nieregularną zabudową. Nie widać śladu myśli urbanistycznej – to rosnący chaotycznie organizm, a nie wynik zaplanowanych działań. Tumany kurzu nad ulicami świadczą o tym, że życie pędzi. Kiedy maszyna schodzi niżej widać rzeki samochodów szukające ujścia w wąskich uliczkach. Zgiełk, póki co milczący.

Tak wita Nepal.

Zdjęcia: Igor Olejniczak - Legal Nomads
« 1 z 7 »

Później są celnicy. Na każdej twarzy maska groźnego spojrzenia, które ma ustawić przybysza w odpowiedniej pozycji wobec majestatu Państwa. Pierwsze zetknięcie z ogromnym poczuciem dumy z bycia Nepalczykiem, to właśnie ta krótka wymiana spojrzeń z urzędnikiem siedzącym na podwyższeniu, zbudowanym z lakierowanych płyt wiórowych, chyba jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku. Budynek lotniska opuszczamy nieco ponad godzinę po lądowaniu. Jest brunatny i brzydki, stary i poniszczony. Wychodzimy przed halę przylotów i stajemy w wiszącym w powietrzu pyle. Przyjdzie do tego przywyknąć, kurz jest w Nepalu wszędzie. Po chwili zauważam, że Nepalczycy wokół co chwilę charczą i spluwają. Za parę dni dotrze do mnie dlaczego, tymczasem biorę to za lokalny koloryt.

Jesteśmy umówieni z lokalnym kierowcą, jest nas pięcioro, każdy ze sporym bagażem. Rozglądamy się po niewielkim, ale koszmarnie zatłoczonym parkingu w poszukiwaniu busa, ale żadnego nie widać. W końcu odnajdujemy się z naszym kierowcą, prowadzi nas do auta, które okazuje się być zwykłą, pięcioosobową Mahindrą Scorpio. Rozmiar auta nie rokuje, aby udało się do niego wpakować całej grupie z bagażami. Ale Nepalczyk, Prabesh, zdaje się nie widzieć problemu. Energicznie wrzuca nasze bagaże na dach, obwiązuje wszystko liną, pakuje jedno z nas do bagażnika, co nie wiedzieć czemu bardzo wszystkich bawi, i ruszamy… w otchłań piekła.

Ruch uliczny w Katmandu zdaje się nie mieć żadnych zasad, poza jedną – trzymaj się możliwie lewej strony. Reszta jest walką o przetrwanie, o wciśnięcie się w każdą wolną szczelinę zanim pojawi się tam inny samochód albo kilka skuterów. Zewsząd dochodzi dźwięk klaksonów, widoczność niewielka, wokół pył. Samochody stoją w ogromnych, wolno się przesuwających korkach, nie jak u nas w szeregu, tu panuje powszechny chaos. Lusterko w lusterko, okno w okno, zderzak w zderzak. Sygnalizacja drogowa w kilku miejscach udaje, że pracuje, ale nikt nawet nie udaje, że zwraca na nią uwagę. Drogi pokryte asfaltem co rusz zmieniają się szutry. Konieczność prowadzenia samochodu w tych warunkach prawdopodobnie przyprawiłaby Europejczyka o zawał, ale Prabesh zdaje się w ogóle nie zwracać uwagi na otoczenie. Uśmiecha się pod nosem i co rusz rzuca w naszą stronę badawcze spojrzenia. Zagadany najczęściej potrząsa głową w geście potwierdzenia i mówi „yes sir”, po czym znowu się uśmiecha. Jest niski i chudy, można by powiedzieć mały, mierzy może 165 cm. Jak większość Nepalczyków, których trudne warunki życia tak ewolucyjnie ukształtowały. Dla kogoś o wadze 100 kg i wzroście przekraczającym 180 cm życie w Nepalu byłoby wyzwaniem. Ciasno wszędzie, rozrzedzone powietrze, zawsze pod górkę albo z górki, walka o każdy oddech. Ten kraj wymaga żelaznej kondycji.

Zdjęcia: Igor Olejniczak - Legal Nomads
« 1 z 6 »

Z szerokich, zatłoczonych arterii wjeżdżamy w labirynt uliczek tak ciasnych, że samochód przejeżdża niczym w tunelach, oddalony z obu stron od ścian budynków nierzadko o zaledwie kilka centymetrów, docieramy do maleńkiego hotelu. Czekają na nas dwaj mali, uśmiechnięci szeroko Nepalczycy; najwyraźniej goście tutaj to niezbyt regularne zjawisko. Hotel jest, w przeciwieństwie do wszystkiego wokół, zaskakująco czysty i zadbany. Stroma i bardzo wąska klatka schodowa prowadzi do pokoi, po jednym na każdym piętrze. Na dachu budynku stołówka, gdzie jutro zjemy pierwsze, nepalskie śniadanie. Wyposażenie tanie, ale spełniające swoją funkcję, wszystko w odcieniach czerwieni. To przystanek na jedną noc. Rano ruszamy w kierunku Chitwan i dalej do Pokhary.

Dzień rozpoczyna się konsternacją. Spodziewaliśmy się, że wczorajszy transport był tylko tymczasowy, że dzisiaj podstawią nam jednak jakieś wygodniejsze auto, gdzie wszyscy będziemy mogli usiąść w miarę wygodnie. Tymczasem widzimy tę samą, brudnozłotą Mahindrę zaparkowaną niemal w drzwiach hotelu. Zanim zdążymy zaprotestować Nepalczycy upakowują nasze bagaże na dachu i zabezpieczają je liną. Konflikt nie ma szansy się nawet zacząć, Prabesh każdą naszą skargę zbywa poczciwym uśmiechem i przytaknięciem. Po kilku takich reakcjach odpuszczamy, dociera do nas, że tak naprawdę nie mamy wyboru, albo bierzemy co jest, albo możemy zostać w Katmandu. Chcąc nie chcąc sadowimy się w brudnej Mahindrze, najmniejszą z osób lokując w bagażniku. Ruszamy.

Znowu kurz, znowu labirynt, kolejny niekończący się korek. Czy dzisiaj świeci słońce, czy nie? Przez pył nie widać. Nad ulicami i wzdłuż nich na słupach wisi ciężka plątanina kabli, niczym żył rozprowadzających prąd po organizmie miasta. Wokół budynki jakby wyrastające wprost z kurzu, zamknięte zbitymi naprędce z desek drzwiami, namalowane na dyktach niezrozumiałym alfabetem szyldy, szare od kurzu okna i charakterystyczne nepalskie flagi. Widać ślady potężnego trzęsienia ziemi sprzed trzech lat. Ogromne rany w tkance miasta powoli się zabliźniają, budynki klecone z czego się da z mozołem pną się w górę. Mamy nadzieję, że koszmar się skończy, kiedy opuścimy miasto. Nadzieję płonną, jak się po godzinie okazuje.

Zdjęcia: Igor Olejniczak - Legal Nomads
« 1 z 7 »

Droga do Pokhary byłaby piękną widokową trasą, gdyby… była. Tymczasem jest to szosa miejscami utwardzona asfaltem, a miejscami tylko zaschniętym błotem. Na niej sznur charakterystycznych nepalskich ciężarówek, z kolorowymi kabinami wyglądającymi niczym kioski, plujących w niebo czarnymi, tłustymi smugami spalin. W dziurach po drzwiach do kabiny czasem widać nóżki dziecka, siedzącego beztrosko na progu. Znowu kurz, ale teraz już przebija przezeń słońce. Samochody osobowe z wciśniętymi klaksonami wykorzystują nawet najbardziej beznadziejne szanse, aby wyprzedzić ciężarówki i przesunąć się choćby o kawałek w przód. Gdzieniegdzie roboty drogowe, przy nich sklecone z płyt pilśniowych, desek i blachy, wysokie na co najwyżej półtora metra domki, całe osiedla, zamieszkiwane przez bangladeskich robotników z rodzinami. Widok kobiety dźwigającej na budowie kamienie i rozłupującej młotem większe głazy jest tu zwyczajny. W pyle drogi, przy wtórze klaksonów i ryku diesli, w smrodzie spalin, umorusane dzieciaki biegają za piłką.

Chitwan leży na uboczu głównej trasy łączącej Katmandu z Pokharą. Po kilkudziesięciu kilometrach, których pokonanie zajmuje parę godzin, skręcamy na południowy zachód. Jest nieco luźniej, można trochę odetchnąć. Słońce zaczyna przyjemnie przygrzewać. Prosimy Prabesha, żeby puścił swoją ulubioną, nepalską muzykę, na co przystaje, lekko zdziwiony. Nie są to dźwięki łatwe w odbiorze dla nienawykłego, nienepalskiego ucha.

Zdjęcia: Igor Olejniczak - Legal Nomads
« 2 z 6 »

Chitwan na tle wszystkiego, co spotkaliśmy do tej pory, jakby zupełnie do Nepalu nie pasował. Jest schludnie, w miarę czysto. Domy kolorowo pomalowane, ogródki zadbane. Przy wielu gospodarstwach, pod specjalnie do tego skonstruowanymi wiatami, stoją, uwiązane łańcuchem za nogę słonie indyjskie. Niczym gigantyczne psy pilnujące obejścia.

Asish to dwudziestosiedmioletni chłopak, przewodnik po parku. Wygadany, mówiący poprawną angielszczyzną, otwarty. W trakcie spacerów po parku opowiada o swojej dziewczynie, chcą się pobrać, dlatego Asish wyjechał z rodzinnej wsi do Chitwan, za pracą. Jak zarobi, to wróci i zajmie się liczną rodziną. Wiem, że plan zrealizował kilka miesięcy później. Przysyła zdjęcia ze ślubu.

Ruszamy dalej, z powrotem na piekielną trasę prowadzącą do Pokhary.

Znowu piekło. Wszędzie dookoła wysypisko śmieci. Dawniej, w erze przedplastikowej, nie było problemu. Organiczne odpady zamieniały się w kompost, który w trakcie deszczu spływał w doliny, użyźniał zbocza i opadał do rzek. Obecnie plastik jest wszechobecny, ale nie ma go gdzie składować, nikt nawet nie próbuje zachowywać czystości – zużyte opakowanie rzuca się po prostu w bok, byle dalej od oczu. Tak jest z każdym odpadem, na próżno szukać kosza na śmieci, tych po prostu nie ma. My, nauczeni porządku, potrzebujemy kilku godzin, żeby pokonać w sobie niechęć do śmiecenia. Ale zwyczajnie nie ma innego wyjścia. W stertach leżących wzdłuż drogi śmieci grzebią psy, kury, czasem dzieci, w poszukiwaniu czegoś do zabawy. Krajobraz wokół mógłby zachwycić, gdyby tylko udało się na chwilę oderwać wzrok od tego, co dzieje się przy i na drodze.

Prabesh sugeruje objazd. Jeździł tą trasą od 15 roku życia, przez 10 lat, dzień w dzień, jako… kierowca autobusu.

– Jak to, od 15 roku życia??? – wykrzykujemy niemal wszyscy jednocześnie. – Autobusem? Z ludźmi? Dziecko kierowało???

– Yes sir – pada odpowiedź a towarzyszy jej niezmiennie delikatny uśmiech i ledwie dostrzegalny błysk dumy w oku.

Zna tę trasę jak własną kieszeń, połowę życia spędził w jej kurzu. Zgadzamy się na objazd w nadziei, że uciekniemy od koszmaru tej schorowanej aorty H04, łączącej Katmandu z Pokharą.

Zdjęcia: Igor Olejniczak - Legal Nomads
« 1 z 6 »

To dobry wybór. Trasa, choć dłuższa, daje na chwilę odpocząć od kurzu i pozwala wreszcie spojrzeć na otaczające góry i majaczące daleko za mgłą ośmiotysięczniki. Zmieniamy się w bagażniku, nikt nie jest w stanie usiedzieć tam dłużej niż godzinę. Najwyższy z nas nie wytrzymuje nawet 10 minut. Niżsi, w tym ja, są zatem skazani na większy od reszty dyskomfort. Zgodnie dochodzimy do wniosku, że jazda samochodem w Nepalu, to sport ekstremalny, przy którym base jumping, czy freediving to śmieszna igraszka rozkapryszonych chłoptasiów. Rozsiane przy drodze i w dolinach wraki bezsprzecznie to potwierdzają. Ale Nepalczycy w to wrośli, to twardzi ludzie, żylaści, o ogorzałych i zakurzonych twarzach, ale o gołębich sercach. Mili, uczynni, nieśmiali. Z każdą godziną czujemy, jak narasta w nas sympatia do nich.

Zatrzymujemy się w przydrożnym barze, kierowca go zna, może polecić. Wchodzimy do zacienionego pomieszczenia, dopiero po chwili wzrok przyzwyczaja się do braku światła i zaczynają się wyłaniać detale wnętrza. Zbity z nieheblowanych desek stół, ławy, ulepiona jakby z gliny kuchnia, na niej dwa zarośnięte grubą warstwą sadzy garnki, a w nich bliżej nieokreślona mieszanina kolorów i zapachów, dla przybyszów nieznanych. Kierowca wdaje się w rozmowę z właścicielem, zamawia jedzenie, siada przy ławie i śmiejąc się zajada pokrzykując co jakiś czas w kierunku szefa. Pewnie opowiada mu o naszych reakcjach, bo co chwila wybuchają śmiechem i zerkają w naszą stronę. Czujemy się w obowiązku coś zamówić, ale nie możemy się przemóc. W końcu, żeby nie zostawiać właściciela bez utargu, kupujemy zakurzoną paczkę czipsów i butelkę rumu nieznanej marki.

Rumu, który, jak się wkrótce okazuje, bardzo nam się przydaje.

Zdjęcia: Igor Olejniczak - Legal Nomads
« 1 z 8 »

Dalsza część trasy przebiega serpentynami po zboczach porośniętych gór, droga miejscami jest tak wąska, że koła zdają się łapać krawędź i od obsunięcia się w przepaść dzielą nas milimetry. Kierowca jednak ma na twarzy niezmącony spokój, a po posiłku jest ewidentnie zadowolony i w coraz lepszym humorze. My wspomagamy swą odwagę rumem i w myślach bezowocnie próbujemy sobie przypomnieć wyniki testów bezpieczeństwa Mahindry. Są takie chwile, których lepiej na trzeźwo nie przeżywać i to jest jedna z nich. Po opróżnieniu butelki nasze humory zrównują się z humorem kierowcy i rozmowa z nim, mimo dużej bariery językowej, zaczyna płynąć wartko. Prabesh beztrosko trzyma kierownicę jedną ręką, drugą gestykulując w naszą stronę podczas wypowiedzi, które, jakimś cudem, są teraz dla nas zrozumiałe.

Ruch na drodze powoli się wzmaga, coraz częściej mijamy kopcące kioski na ogromnych kołach, niemal zawsze z oklejonymi oknami i firankami w nich. Liczącą niewiele ponad 150 km trasę pokonujemy w bez mała 8 godzin. Docieramy do punktu startowego wielu himalajskich wypraw leżącego u stóp Annapurny Pokhary.

Pokhara to Krupówki na sterydach. Wzdłuż głównej ulicy niekończące się stragany i sklepy, wszędzie pamiątki, podrabiane ubrania znanych marek, podrabiane okulary słoneczne, kantory, mniej lub bardziej brudne restauracje i bary, gwarne agencje turystyczne, maleńkie jadłodajnie z pierożkami momo i samosami, wciśnięte niczym w szparę w ścianie. Nad ulicami żyły kabli, jak w Katmandu, napędzające miasto energią.

Spada deszcz. Prawdziwa ulewa. Nie trwa długo, może kilkanaście minut, ale spływająca ze zbocz woda spiętrza się na ulicy momentalnie zamieniając ją w rzekę. W rzece brodzą ludzie, samochody, rowery, kozy i krowy. Te ostatnie zatrzymują się czasem na środku i ani myślą się ruszyć. Wówczas ruch na chwilę przystaje, ludzie czekają, aż zwierzęta raczą zmienić lokację. Ciekawe, że na siebie nawzajem kierowcy trąbią bez opamiętania, ale krowy zostawiają w spokoju.

Udajemy się do hotelu, Prabesh urządza sobie nocleg w samochodzie. Tak woli, zawsze to parę rupii w kieszeni.

Po przebudzeniu zauważam pojawienie się kaszlu. Coś świszcze w gardle i każe odchrząknąć. W końcu nie ma wyjścia, wszyscy tego dnia zaczynamy chrząkać i dyskretnie spluwać. Najpierw nieśmiało w chusteczki, po jakimś czasie już jak wszyscy, pod nogi. Połknięty w płuca kurz trzeba wykrztusić, organizm się broni. Zagadka z parkingu przy lotnisku zostaje rozwiązana. Odchrząkiwanie to w Nepalu konieczność, nie maniera.

Zdjęcia: Igor Olejniczak - Legal Nomads
« 1 z 8 »

Nie mamy wiele czasu, Nepal jest tylko przystankiem w drodze do Indii. Ruszamy na wycieczkę po okolicznych wzgórzach, odwiedzamy położony na zboczach, jeden z osiemdziesięciu dotychczas zbudowanych pomników buddyjskich World Peace Pagoda, spacerujemy przez malowniczo położone wioski, otoczeni oszałamiającym bogactwem przyrody i widokami ogromnych gór na horyzoncie. Wokół wiele kwiatów, pachnie ziemią i wilgocią, ale pod nogi trzeba patrzeć nieustannie, bo błoto jest wszechobecne. Wspinamy się po ułożonych z ociosanych kamieni schodkach na szczyt jednego ze wzgórz. Na górze mała kapliczka buddyjska, w niej posążek Buddy obsypany kwiatami. Z drugiej strony wzgórza oszałamiający widok na dolinę i położone w niej jezioro Phewa. Tak, dla tej chwili warto było przeżyć koszmar przejazdu z Katmandu.

Kiedy pokona się drogę z Katmandu do Pokhary warto zadbać o to, by mieć tam więcej czasu. Okoliczne trasy trekkingowe, z których wiele zajmuje kilka lub kilkanaście dni, to coś, czego na pewno warto doświadczyć. Niestety tym razem nie mamy okazji się o tym naocznie przekonać. Mimo wyjątkowej uciążliwości podróży coś w głębi mówi mi jednak, że trzeba będzie tam wrócić i przegryźć się przez to piekło dalej, na szczyty, do nieba. Ale to innym razem, teraz przed nami ocean, jeśli nie cały kosmos. Indie.

Kilka dni po naszym przylocie do Nepalu, na tym samym lotnisku w Katmandu, przy podchodzeniu do lądowania, rozbija się samolot z Bangladeszu zabierając 49 dusz.

Z okien kołującego samolotu widzimy w oddali miejsce zdarzenia. Wylatujemy z sercem na ramieniu, na długi czas rozmowy w samolocie ustają.